Kłamstwo mamy we krwi, więc dlaczego „przepraszam” nie wystarcza?

6 minut czytania
800
0
Małgorzata Januszewska
Małgorzata Januszewska
4 kwietnia 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Przyczyn, dla których kłamstwo na stałe gości w naszym życiu, jest wiele. Altruizmu – aby nie zrobić przykrości – uczą już rodzice, zachęcając do podziękowań bliskim, nawet jeśli prezent nie przypadł nam do gustu. Z biegiem lat wachlarz kłamstewek staje się bogatszy. Nie tak niewinny. I „sorry, nie chciałem” go nie zmyje.

Do notorycznych należą kłamstwa na linii pracodawca-pracownik. Jedna strona zataja prawdziwy zakres obowiązków w zbyt ogólnej ofercie lub obiecuje gruszki na wierzbie; druga – snuje peany na temat zdolności, sukcesów i żelaznego zdrowia, licząc na to, że pracodawca referencji nie sprawdzi i w jego oczach będzie diamentem bez skaz.

Równie często życzeniowo pocieszamy: „wszystko będzie dobrze, wyzdrowiejesz” i mimo, że jesteśmy świadomi postępującej choroby, oszukujemy siebie i bliskich. Aby nie zrazić dzieci, nie szczędzimy pochwał motywujących: „jest dobrze, ale wiem, że stać cię na więcej”, choć na końcu języka mamy: „leniu, weź się wreszcie do roboty”. Zaś manipulanci bez skrupułów przytakują tym, od których zależy ich przyszłość, nawet jeśli za plecami wieszają na nich psy.

Informacje mijające się z prawdą głoszą foldery reklamowe i strony internetowe. Kusi cena od X zł, mimo, że artykuły z promocji już się wyprzedały lub oferta skończyła w ubiegłym miesiącu. Początkujący artysta wzbogaca swoją biografię ogólnikiem, że „jego fotografie doceniają zagraniczni kolekcjonerzy”, nawet jeśli nabywcą jest ciocia z Ameryki. Z lupą w ręku odkrywamy czające się w umowach haczyki, pisane maczkiem, pozbawiające np. odszkodowania. Rolnik wciska nam świeżo sypane chemią warzywa, handlowiec – wadliwy produkt, byle tylko wywiązać się z narzuconego limitu sprzedaży i dostać prowizję. Krętacze główkują jak obejść należne podatki, jak oszukać urząd, firmę albo od Kowalskiego wykraść kasę, podsuwając fałszywą fakturę lub inny załącznik-szpieg.

Łgarza zdradzą oczy

Najbardziej perfidne oszustwa bazują na ludzkiej niewiedzy, zaufaniu i dobroci. Bo która babcia nie wesprze wnuczka?

Kłamstwo (humanitarne lub dla osiągnięcia własnych korzyści) niemal z każdych ust pada średnio 1-3 razy dziennie. Psy odczytują ludzkie intencje z naszych oczu. My również, nie chcąc paść ofiarą fałszu, powinniśmy obserwować rozmówcę. Jeśli patrzy prosto – mówi prawdę, w lewo – przypomina sobie coś, lecz gdy wzrok ucieka w prawo, staje się rozbiegany, a źrenice zwężone… zamiary są nieszczere. Dodatkową wskazówką będzie rumień na twarzy, strużki potu, przyspieszony puls i chęć podrapania się. Gdy osobę znamy, kłamstwo zdradzi inna niż zwykle gestykulacja oraz szybsza i głośniejsza mowa.

Kłamstwo z miłości

Niedopowiedzenia przychodzą z łatwością. Drobne – tłumaczone są chęcią uniknięcia konfliktów, wyrzutów i podsycania zazdrości. Większe – oszczędzeniem przykrości żonie/mężowi, a sobie kary, bo „dla wszystkich lepiej”, kiedy partner z duetu nie wie, że grają już w trio. Taką obłudę trudno jednak ukryć. Zdradzi ją irracjonalna irytacja w stosunku do ślubnego partnera, plątanina wymówek, nieangażowanie się w sprawy domu. Spowodowane przeniesieniem ciepłych intencji na rzecz nowej bliskiej osoby.

Kiedy prawda wychodzi na jaw, pójście w zaparte jedynie pogorszy sytuację. Próba zbagatelizowania problemu i usprawiedliwiania siebie przez wpasowanie w standard: „tylu parom się to przytrafia i żyją dalej” to też żaden lek. Podobnie jak rozpaczliwe rozkładanie odpowiedzialności: „skoro podejrzewałaś, to czemu nie reagowałaś wcześniej?”, czy odsuwanie winy: „nie chciałem, opętała mnie” – co zresztą źle wróży na przyszłość, bo oznacza, że kłamca nie tylko jest podatny na sugestie i nie potrafi odmówić, ale prędzej przyjmie rolę ofiary, niż przyzna się do błędu.

Skrucha to dobra rzecz, ale zadośćuczynienie lepsza

W dorosłym życiu kłamstwo rzadko uchodzi na sucho. Już nie można liczyć na to, że mamusia nie ukarze, bo za bardzo kocha. Ani, że burza sama przycichnie. Zamiast chwytać się marnych prób wybielania, trzeba zakasać rękawy. I – jeśli celem ma być dalszy wspólny los – odzyskać utracone zaufanie. Im bliższą osobę skrzywdziliśmy, tym silniej odczuwa ona rozpad relacji i tym dłużej trwa odbudowanie związku. „Przepraszam, to się więcej nie powtórzy” nie załatwi sprawy. Skradziony sprzęt można oddać, szkody materialne pokryć, postępek odpracować, np. proponując wykonanie czegoś dodatkowego, ale kalecząc uczucia, trzeba najpierw zneutralizować rozpacz, aby na ponowną aprobatę zasłużyć. Ślepym zaułkiem jest nakłanianie do zapomnienia i przekonywanie: „już wszystko w porządku, teraz tylko ty”.

Osoba skrzywdzona musi zyskać pewność, że kłamca rozumie, jakie spustoszenie w ich związku spowodował i ile pięter wspinaczki przed nimi. Dopiero po bolesnym przerobieniu wszystkich problemów i po rekompensacie traumy, rodzi się szansa na podanie rąk. Na wybaczenie. Nie zapomnienie (bo wówczas byłoby to wyparcie urazu), ale zaakceptowanie go. I uwolnienie od przeszłości.

W przyjaźni z prawdą

Szczerość i mówienie wprost sprawdza się najlepiej. Nie wisi nad nami ryzyko ujawnienia kłamstwa, wstyd i konieczność wypicia nawarzonego piwa. Dla przykładu: nawet jeśli przyznanie, że nie wykonamy zadania na czas, wyda się koszmarem, de facto będzie miało mniejsze negatywne konsekwencje, niż gdy poczekamy z tą nowiną do ostatniej chwili – kiedy szef nie będzie miał już szansy przydzielić nam kogoś do pomocy, ani scedować pracy na inną osobę, ani wydłużyć terminu.

Gdyby każdy dostawca miał w sobie odwagę i traktował kontrahenta fair, to informowałby o bieżących kłopotach z produkcją czy dostawą. I nie zapewniał, że kabiny prysznicowe już jadą do sklepu, podczas gdy za oceanem, w chińskiej fabryce, właśnie montują im dysze… Nie sztuką jest bowiem nawijać makaron na uszy klienta, ale w terminie go zatowarować. A taka „wpadka” całkowicie przekreśla współpracę, podobnie jak tracimy zaufanie wobec krętaczy, którzy – niczym chorągiewki – zmieniają zdanie, aby wpasować się w korzystniejsze układy.

Małgorzata Januszewska
Małgorzata Januszewska
Będąc humanistką z wykształcenia, poetko-pisarką z zamiłowania i eksploratorką z potrzeby oddychania, czas dzieli na trzy pasje. Prowadzi warsztaty interdyscyplinarne, nie rozstaje się z piórem (od reportaży po bajki), a palec planujący trasę po globusie, zamienia w wyprawę z plecakiem (ostatnio „lądując” w sercu Laosu). Propagatorka porozumienia dużych i małych. Przyjaciółka zwierzołków (no, może z wykluczeniem kilku uporczywych insektów :) Podziwia talenty homo sapiens, ale jej największą miłością są górskie krajobrazy (te naturalne, nie z betonu).
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz