Nie taki Tinder zły, jak go malują?

16 minut czytania
1602
0
Gosia Nowakowska
Gosia Nowakowska
6 kwietnia 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Tinder – popularna aplikacja randkowa. Źródło zła i rozpusty. Czas spojrzeć w oczy tinderowej prawdzie i przekonać się, czy za chwilę otrzymam szereg niedwuznacznych propozycji, poprzedzonych zapewne paroma standardowymi pochlebstwami.

Randka z Tindera, bąbelki musujące w zimnym piwie przyjemnie drażnią język, taneczna, ale nienachalna muzyka relaksuje, uśmiech od paru godzin nie schodzi z mojej twarzy. Bawię się wybornie. Spoglądam na towarzysza tej zabawy, siedzącego po drugiej stronie stolika. Wszystko wskazuje na to, że i on nie zamierza zgłaszać zażaleń. Myślami wracam do ostatnich tygodni, które powoli, poprzez kilkaset przesunięć w prawo (mnie się akurat mylą strony w tej aplikacji, więc wybieram bezpieczniejszą opcję i klikam serduszko bądź krzyżyk), kilkadziesiąt dopasowań, niewiele mniej rozmów i dwa inne spotkania doprowadziły mnie tutaj, do ulubionej knajpy w mieście i do pysznego hiszpańskiego piwa, sączonego w tak miłym towarzystwie. To były tygodnie spędzone w wirtualnej  rzeczywistości Tindera. Czy do końca wirtualnej?

. To były tygodnie spędzone w wirtualnej  rzeczywistości Tindera
To były tygodnie spędzone w wirtualnej  rzeczywistości Tindera

Co ja robię tu, co ja tutaj robię?

A wszystko zaczęło się od ostrzeżenia. Obserwowany przeze mnie bloger na swoim fanpage’u napisał coś w stylu: „na litość boską, nie zakładaj konta na Tinderze, jak jesteś w związku!” (co, swoją drogą, robi podobno 42 % użytkowników tej aplikacji…). Ja akurat byłam dość świeżo po rozstaniu, trochę jeszcze w pozwiązkowej żałobie, ale już otwarta na nowe znajomości, a już na pewno nie mająca nic przeciwko, by zająć czymś myśli. Na przykład flirtem. O tak, to powinno zrobić mi dobrze. Ściągam zatem aplikację, loguję się, wrzucam jakieś korzystne zdjęcie i niechaj się dzieje, co chce. Do stracenia nie mam nic. Czy coś do zyskania…?

Według obiegowej opinii – też nic. Przygodny seks – to najwięcej, czego mogę oczekiwać. Tinder jest podobno zdominowany przez mężczyzn (choć według raportu firmy IRcenter.com dysproporcja nie jest wielka, panowie mają przewagę zaledwie 10% nad paniami), nie dziwią mnie zatem napływające polubienia i dopasowania w pary, chociaż swą urodę uznałabym za umowną. Zwłaszcza, że początkowo sama dość rozrzutnie szastam serduszkami. Czas spojrzeć w oczy tinderowej prawdzie i przekonać się, czy za chwilę otrzymam szereg niedwuznacznych propozycji, poprzedzonych zapewne paroma standardowymi pochlebstwami.

Trochę drżącą ręką klikam w pierwsze napływające wiadomości. Tymczasem… owszem, jedna rozmowa dość szybko przeradza się w wywiad, co mam na sobie (w którym nie uczestniczę), a druga jeszcze szybciej dociera do punktu (to już po przeniesieniu się na Messengera, bo w darmowej wersji Tindera nie można przesyłać zdjęć), w którym otrzymuję serię fotografii klatki piersiowej swego rozmówcy.

Pozostałe (a jest ich naprawdę dużo) są grzeczne, kręcą się wokół zainteresowań, pracy zawodowej i oczekiwań od aplikacji. Rozmowy te bywają intrygujące, bywają przepełnione poczuciem humoru, bywają też drętwe, ale zawsze są miłe. I wcale nie oznacza to, że ociekają od tanich komplementów. Większość z nich, prędzej czy później, urywa się z powodu wyczerpania podstawowych tematów i braku iskry, która kazałaby poruszyć jakieś inne.

Jedna przeradza się w randkę, a właściwie w kilka randek… Tyle, że ja po pewnym czasie dochodzę do wniosku, że wymiksowuję się z tego układu i szukam dalej. To jest pewien, warty odnotowania, aspekt Tindera: daje możliwość poznania naprawdę wielu osób. I kusi, by szukać tej najlepszej, najbardziej odpowiedniej, nie zadowalać się pierwszą lepszą „zdobyczą”. Czy to minus, czy  plus, ocenić trzeba już samodzielnie. O drugiej randce szkoda nawet wspominać. Najnudniejsze trzy godziny mojego życia.

Według obiegowej opinii przygodny seks to najwięcej, czego mogę oczekiwać od Tindera
Według obiegowej opinii przygodny seks to najwięcej, czego mogę oczekiwać od Tindera

A jednak wsiąkam w tę grę. Tindera sprawdzam trochę odruchowo, podobnie jak Facebooka czy Instagram. Bez desperacji, z zaciekawieniem. Zarówno dotyczącym tego, na czym opierać się będzie następna rozmowa, a która przerodzi się we flirt, warty kontynuowania na zewnątrz telefonu, jak i tego, kiedy stamtąd ucieknę. A najbardziej chyba tego, czym będzie to spowodowane. Rozczarowaniem, czy może… wręcz przeciwnie?

Odinstalować Tindera, czy nie odinstalować?

Po pewnym czasie zmieniam strategię. Zamiast rozdawać lajki na podstawie pierwszego zdjęcia, wchodzę w każdy profil, przeglądam wszystkie wrzucone obrazki, czytam opis, sprawdzam odległość. Aha, no i zdarza się, że odzywam się pierwsza. Zawężam „poszukiwania” do kilku kilometrów. Początkowo traktowana przeze mnie jako forma rozrywki, mnogość rozmów zaczyna mnie męczyć i nudzić, stawiam na większe prawdopodobieństwo spotkania. Miasto, w którym mieszkam, liczy około 200 tys. mieszkańców. Jeśli założyć, że każdy z nich ma dostęp do internetu (co jest oczywiście nadużyciem), na Tinderze mogę spodziewać się około… 6 tysięcy osób z okolicy!

Wyliczenia opieram na statystykach wynikających ze wspomnianego już wyżej raportu, który ustala odsetek używających Tindera internautów na 3,2%. Z tych mocno szacunkowych sześciu tysięcy, 55% to faceci. Ufff, doprawdy głowa może rozboleć od tego dobrobytu. W rzeczywistości wyświetlane mi profile liczę raczej w setkach, niż w tysiącach. Telefon już nie pika jak oszalały, za to z kolejnymi rozmówcami poruszam też głębsze tematy niż praca i ulubione zajęcia. W międzyczasie natrafiam na profil byłego i na chwilę robi się lekko dziwnie. Propozycje natychmiastowego seksu? Owszem. Ile? Hmmm… cała jedna.

Z rozmówcami poruszam głębsze tematy niż praca i ulubione zajęcia
Z rozmówcami poruszam głębsze tematy niż praca i ulubione zajęcia

A jednak znak zapytania nie znika z głowy. A może oni wszyscy tylko udają, że interesują się fizyką kwantową, wspinaczką, czy też, dajmy na to, polityką? Albo chociaż udają, że mają ochotę o tym rozmawiać? Może w pogotowiu mają już całą kolekcję gotowych do wysłania zdjęć swojej klaty i jeż kolczasty wie, czego jeszcze? Przy okazji warto wspomnieć, że według badań tylko 58% użytków Tindera jest w stanie wolnym. Czego może poszukiwać reszta? Wracam do punktu wyjścia…

Odwracam jednak myślenie. Uważam się za w sumie dość normalną osobę, wiem, że seks jest ważnym elementem związku, ale szukam czegoś więcej, umieściłam swoje prawdziwe zdjęcia i nie zdarza mi się ściemniać w trakcie rozmów. A pomimo to tam jestem. Czemu więc miałabym obawiać się, że co drugi napotkany tam facet to napalony oszust? Tylko dlatego, że ktoś się sparzył i opisał to w internecie? Przecież po tej drugiej stronie równie dobrze może być ktoś taki, jak ja. Otwarty na relację, ale niekoniecznie chcący jej szukać po dyskotekach, albo zostawiać jej zaistnienie w rękach losu.

Karteczka na czole „jestem wolna”

Między innymi o to chodzi w Tinderze. Kto szuka przygód na jedną noc, niechaj szuka. To dobre narzędzie. Równie dobre jest jednak dla tych, którzy rozglądają się za związkiem. Można się w poszukiwaniu tego włóczyć po barach i zagadywać do przypadkowych osób, można zaangażować znajomych do aranżowania randek, można liczyć na łut szczęścia i poznanie kogoś w pociągu, można też ostatecznie przykleić sobie na czole kartkę „jestem wolna” i tak chodzić po mieście.

A można założyć Tindera, co jest zresztą odpowiednikiem takiej kartki, tyle że tam wszyscy mają ją na czołach, więc jest mniej dziwnie. Przefiltrować potencjalne znajomości, wybadać teren, spotkać się. Można? „Ach, Tinder” – wzdycha rozglądająca się za miłością życia znajoma na babskim spotkaniu – „Przerobiłam to. Nie polecam. Tam nikogo normalnego się nie znajdzie”. Obok dziewczyna potakuje z ponurą miną, nie pozostawiając wątpliwości, że podpisuje się pod tym każdą z kończyn. Ja postanawiam siedzieć cicho, od czasu do czasu dyskretnie zerkając w telefon. Ze względu na takie właśnie opinie, jak już przyznaję się znajomym, że jestem na Tinderze, to poprzedzam to ostrzeżeniem: „umrzesz ze śmiechu”. Tylko, że oni nie umierają. Przyjmują moje wyznanie ze zrozumieniem, a nawet pełną aprobatą.

Czy będzie chleb z tinderowej tej mąki? To oczywiste, że jeszcze nie wiem.
Czy będzie chleb z tinderowej tej mąki? To oczywiste, że jeszcze nie wiem.

Nie wiem już, co myśleć o tej aplikacji

Nie wiem też, co myśleć, gdy podaję na przywitanie rękę mojej trzeciej tinderowej randce. Więc nie myślę za dużo. Nastawiam się na dobrą zabawę, a jeśli się nie uda, cóż, wrócę do domu i znów przejrzę parę zdjęć, do kogoś zagadam, komuś odpiszę. Może następnym razem będzie milej, a może jeszcze parę takich randek i się zniechęcę, dołączając tym samym do grona tych, co na Tindera biadolą i odżegnują go od czci i wiary. I to ja będę tą znajomą, z grobową nieomal miną deklamującą utartą formułkę, że na Tinderze nie ma czego szukać.

Tymczasem upływają godziny i piwa, ale nie w takiej ilości, by zaburzyć moją ocenę sytuacji. Bawię się lepiej niż dobrze. Mój towarzysz najwyraźniej też. Czy będzie chleb z tej mąki? To oczywiste, że jeszcze nie wiem. Ale jeśli skończy się to katastrofą, wymagającą pracochłonnego sprzątania, zamiast pachnącym wypiekiem, to, do cholery, nie będę zrzucać winy na aplikację. Tak jak nie zrzucałabym jej na PKP, gdybym swoją randkę poznała w pociągu.

Gosia Nowakowska
Gosia Nowakowska
Z wykształcenia pedagog, z zamiłowania człowiek gór, o których bloguje na Rudazwyboru.pl. Trochę pisze, trochę biega, trochę się wspina, ale - nie oszukujmy się - marzy o tym, by móc całymi dniami oglądać seriale. Po trzydziestce stara się być po prostu sobą, cokolwiek miałoby to znaczyć.
AUTOR

Polecamy