Pokolenie śmieciarzy

5 minut czytania
1370
0
Małgorzata Januszewska
Małgorzata Januszewska
15 kwietnia 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Odpady to niemiły temat. Ale milcząc i udając, że świetnie dajemy sobie z nim radę, tylko zamiatamy sprawę i śmieci pod dywan. Dyrektywa plastikowa, zakazująca od 2021 r. obrotu niektórymi z dóbr i zmuszająca do stopniowego ograniczania produkcji, to tylko jeden z przykładów ślamazarnego reagowania. Zanieczyszczenie to nasz problem.

Średniowiecze już za nami. Bo nie wyrzucamy odpadków ani zawartości nocników z okien i przechodnie nie muszą krzyczeć „idzie się!”. Z warszawskiej Góry Gnojnej nie lecą w dół nieczystości. Pod perukami nie hodujemy zastępu wszy. Koronką nie zasłaniamy się przed mydłem. A mimo to, coraz więcej głosów nazywa nasze pokolenie: „śmieciarze”!

Od przesuwania terminów wdrożenia dyrektyw unijnych nie zmniejszy się krążąca po Pacyfiku wyspa śmieci (wg ocen naukowców już osiągająca wielkość pięciu Polsk), ani nie spadnie śmiertelność piskląt albatrosów, karmionych nakrętkami i innym, mieniącym się niczym ryby, tworzywem. A wszechobecny plastik wspomagają przecież producenci nie tylko plastików.

W banku dostaję wyrok

„Pani telefon jest za stary” – słyszę od uprzejmej pani, gdy aplikacja „blik”, wprowadzona 1 marca b.r., nie chce działać. To nic, że to najpopularniejszy system i telefon świetnie się spisuje. Urządzenie ma już swoje pięć lat, powinnam go więc (przepisowo) wymienić, bo pomysłodawca aplikacji nie przewiduje cofania się, tylko prze do przodu. Ani mu w głowie dostosowywanie aplikacji do starszych wersji dla kilku opornych klientów, z fanaberią trwania przy starociu. Pani z banku radzi, że może mi go uaktualnią do wymaganej wersji w małym serwisie.

W salonie komórkowym zdziwienie

„A dlaczego nie chce się pani przesiąść na nowszy aparat?”. Odpowiadam, że mam przynajmniej trzy powody. Po pierwsze: telefon sprawuje się bez zarzutu, więc po co miałabym go zmieniać i teraz wydawać pieniądze na nowy? Po drugie: lubię go, jest intuicyjny i wolę czas spożytkować na przyjemniejsze rzeczy, niż klikanie przy poznawaniu innego modelu. A po trzecie – najważniejsze: nie zgadzam się, aby przed dotarciem do kresu sił, trafił na elektrozłom, wzorem innych przedwcześnie wyrzuconych. Bo rośnie góra niepotrzebnych odpadów, ale przede wszystkim do produkcji smartfonów używamy rzadkich surowców, jak koltan – o wysokiej wytrzymałości napięciowej – i kasyteryt – z doskonałym przewodnictwem elektrycznym. Których wydobycie (np. w kopalniach Konga) grozi śmiercią przeciskających się przez jaskinie dzieci. Zwiększona produkcja telefonów to też wycinanie na większą skalę lasów deszczowych i niszczenie siedlisk szympansów. Dlatego zmieniam sprzęt tylko w konieczności, a nie dla kaprysu, bo wyszedł nowy model i koniecznie muszę go mieć…

Młody człowiek robi wielkie oczy, ale nie dyskutuje. Stwierdza tylko, że być może nowszą wersję systemu zaaplikują mi w drugiej bramie, za rogiem. Choć nie obiecuje, że potem wszystkie funkcje będą działać prawidłowo.

Sytuacja bez wyjścia

Niektórzy pewnie jeszcze pamiętają czasy, kiedy kupując kolorowy telewizor, inwestowało się w niego z myślą o korzystaniu przez wiele długich lat. Ten, u moich rodziców, działał ponad 30! Nowego sprzedawca wyposażył w ustną plakietkę: „na tyle lat to bym raczej nie liczył. Teraz, realnie sprzęt ma działać 5 lat…” Podobną informację dostajemy w serwisie samochodowym, przy zakupie sprzętu AGD, w salonie komputerowym. Dlaczego? Bo sprzedaż nie ma prawa maleć. Wszystkie firmy i handlowcy muszą być na fali. Muszą odnotować wzrost produkcji i podaży. Wyrabiać coraz bardziej ambitne limity transakcji. Bo progres to słowo magiczne. Od niego zależy premia i dalsza praca. A co mamy w zamian?

Dobre marki aut, które wypuszczały w świat niezawodne pojazdy, aby nie zbankrutować, zostały zmuszone przez rynek do zejścia na psy. Do przeproszenia się z tanią mocą przerobową i produkowania awaryjnych części, jak wszyscy. Do szukania oszczędności w wykończeniu, grubości materiału, używanych śrubkach. A w efekcie – dołączenia do długiej listy wytwórców szybkich odpadów. Oraz złości bezsilnych klientów.

Wysypiska, których nikt u siebie nie chce, rosną

Kto ma w okolicy aromatyczną górę śmieci, ten wie, jaka to przyjemność. Nie tylko roznoszący się odór, ale towarzystwo much, szczurów oraz przywiewane na balkon torebki, brud, skażone otoczenie. Ze złomowisk unosi się ciągły zapach oleju, rdzy czy paliw, a „estetyka” i hałas również nie należą do najbardziej oczekiwanych. Oprócz nich, gdzie nie spojrzeć (w rowie, nad brzegiem rzeki, pod mostem, no i oczywiście w lesie), kłują oczy sterty odpadów różnej maści. Przy zbiornikach wodnych zauważamy puszki po robakach, świadczące o bytności wędkarzy. I puszki po napojach. Wystarczy, że jakaś parcela nosi znamiona zapomnianej albo niczyjej – natychmiast zyskuje grono entuzjastów, którzy chętnie ją przyozdobią plastikiem, metalem, gruzem. Smutne, ilu właścicieli dba o swoją posiadłość – do granic płotu. Ale już poza nim pozbywa się odpadów z remontu.

A więc dzieci sprzątają po pijakach

Spójrzmy prawdzie w oczy: reforma śmieciowa nie sprawdziła się. Nadal wiele osób z przyzwyczajenia nie segreguje. Uporczywie rozlewa szambo po lasach, a nawet w otoczeniu uprawnych pól. Zdarzają się zakłady produkcyjne (np. mleczarnie), które tylko czekają do zmroku, by wypuścić ścieki, jakich ich oczyszczalnia (ze zbyt małą mocą przerobową) nie przefiltrowała. Zestawy wypoczynkowe dogorywają w jarach, w towarzystwie zużytych lodówek i rozprutych opon. Wciąż istnieje liczna grupa degustatorów piersiówek, które – ze złości, że już się skończyły, a może w poczuciu „tradycji” rozbijania szkła na szczęście – lądują na trawnikach, chodnikach, jezdniach. Gdzie przewracają się nasze pociechy i podnoszą z płaczem, bo z wbitym w kolano ostrym drobiazgiem. Gdzie kaleczą łapy czworonogi i przebijamy opony rowerów. Co rok wiosna odsłania prawdę o porzuconych w rowach i dolinach strumieni odpadach. Póki nie zarosną – będą straszyć. Póki nie pozbierają ich, zwerbowane przez grono nauczycielskie, dzieci – będą rosnąć w siłę.

Reagują buntownicy

W wielu miejscowościach, w tym w Częstochowie (gdzie z urzędu dba się jedynie o centralną, świętą wizytówkę miasta), mieszkańcy dzielnic ościennych postanowili dać przykład i własną pracą pokazać, że mają dość zaśmieconych przez margines skwerów. W kwietniu, podczas kilku akcji, zebrano kilkadziesiąt worków odpadów z każdej lokalizacji. To świetnie, że społeczność lokalna potrafi się sprzymierzyć, ale czy naprawdę o to chodzi? Czy nastanie czas, kiedy wszyscy będziemy zabierać przyniesione ze sobą na plażę czy nad rzekę butelki? Kiedy zwrócimy uwagę, słysząc innego rodzica spacerującego z synkiem i pozwalającego mu rzucić pustą puszkę gdziekolwiek? Czy wrócą jeszcze czasy, kiedy producent wyposaży sklep w niezawodny sprzęt, bo będzie mu się to opłacać, zamiast produkować jednorazowe buble? I czy informatycy przestaną nas zmuszać do pozbywania się sprawnych skanerów, komputerów, telefonów, tylko dlatego, że są niekompatybilne z systemem najnowszej (czytaj: jedynej słusznej) generacji?

Małgorzata Januszewska
Małgorzata Januszewska
Będąc humanistką z wykształcenia, poetko-pisarką z zamiłowania i eksploratorką z potrzeby oddychania, czas dzieli na trzy pasje. Prowadzi warsztaty interdyscyplinarne, nie rozstaje się z piórem (od reportaży po bajki), a palec planujący trasę po globusie, zamienia w wyprawę z plecakiem (ostatnio „lądując” w sercu Laosu). Propagatorka porozumienia dużych i małych. Przyjaciółka zwierzołków (no, może z wykluczeniem kilku uporczywych insektów :) Podziwia talenty homo sapiens, ale jej największą miłością są górskie krajobrazy (te naturalne, nie z betonu).
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akcetuję ją.