Pomoc domowa – służaca, pracownica czy przyjaciółka rodziny?

Nic dziś o nich nie wiemy, a one kiedyś wiedziały wszystko
14 minut czytania
918
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
9 kwietnia 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Słowo służba czy pomoc domowa nie kojarzy się najlepiej. W latach 90. XX w. Polacy mieli zdecydowany opór przed zatrudnianiem pomocy domowej. Choć bogacili się i kupowali apartamenty, luksusowe parkiety woleli szorować sami. Służba była czymś egzotycznym, znanym z serialu o rodzinie Carringtonów. Dzisiaj służba domowa wraca do polskich domów.

Służba, służące czy pomoce domowe z reguły były niewidzialne, nie miały nazwisk, często nawet imion, a przecież to one froterowały podłogi u znanych pisarek i prasowały koszule sławnych pisarzy, których pamiętamy ze szkolnych podręczników. I tak na przykład Witold Gombrowicz bardzo lubił swoją służącą, pisali do siebie listy. To m.in. od niej czerpał literackie inspiracje. To ona wymyśliła zakończenie „Ferdydurke”. Jest bowiem autorką słynnego zdania zamykającego dramat.

„Koniec i bomba. A kto czytał, ten trąba”

Aniela Brzozowska urodziła się w Sokołowie Podlaskim. Okazuje się, że nie tylko korespondowała z Witoldem, ale również prowadziła własny pamiętnik. Jej postać szerszej publiczności po raz pierwszy przedstawiła Joanna Siedlecka, która opisała spotkanie z nią w książce biograficznej o Gombrowiczu zatytułowanej „Jaśnie panicz”. Aniela powinna być osobą, którą Sokołów się szczyci, stwierdziła Joanna Siedlecka podczas spotkania ze słuchaczami sokołowskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. – Była nie tylko służącą, ale i przyjaciółką Witolda Gombrowicza. Co początkującego pisarza urzekło w Anieli? Kochał jej słownictwo. Cenił ją również za poczucie humoru. Wyczuwała jego ironiczny humor, nie obrażała się, kiedy nazywał ją „ciemną Anielą”. W jego twórczości zawsze istotną rolę odgrywała relacja wyższości z niższością. Sam przyjaźnił się z parobkami i służącymi,  z ludźmi z „nieswojej sfery”.

Witold Gombrowicz przyjaźnił się z parobkami i służącymi, nie tylko ludźmi ze swojej sfery
Witold Gombrowicz przyjaźnił się z parobkami i służącymi, nie tylko ludźmi ze swojej sfery

Aniela była religijna, chociaż daleko jej było do dewotki. Gombrowicz zaś był niewierzący, nie przystępował do spowiedzi i komunii. Być może niewielka różnica wieku pozwoliła im się zaprzyjaźnić. Kobieta mówiła o Gombrowiczu: „Taki paniczyk, kawalarz, zginie jak ruda mysz, nie potrafi właściwie nic, podawało mu się wszystko, ubierało od stóp do głów. Był bardzo nieżyciowy, niezaradny”.

W czasach Gombrowicza służące wchodząc pod cudzy dach, stawały się niejako częścią rodzin, niektóre pozostawały w domach chlebodawców do końca swoich dni. Wiele rodzin wiązało się z nimi tak mocno, że uwzględniano je w testamentach, powierzano ich opiece małoletnie dzieci i zapewniano im spokojną, dostatnią starość.

Wzajemne zaufanie uważano za fundament relacji służby z chlebodawcami, bo przecież służące znały najskrytsze sekrety swoich pracodawców, przygotowywały im posiłki, wychowywały dzieci, dzieliły ich niedole. Nie miały własnych spraw, dom państwa był w centrum ich świata, a rodzina, której służyły, stawała się ważniejsza od ich własnej.

Film „Roma” – hołd dla służącej

Tak było w przypadku bohaterki nagrodzonego w tym roku Oscarem filmu „Roma”, który wygrał z „Zimną wojną”. Reżyser filmu, Adolfo Cuarón, opowiada o kobietach, które go wychowały, czyli matce i meksykańskiej służącej. Można powiedzieć, że jego opiekunka poświęciła życie, zajmując się nim i jego rodzeństwem oraz dbając o dom. Nie miała własnych dzieci (urodziła martwe dziecko) ani rodziny. Film jest hołdem dla niej.

W XIX w. posiadanie służby domowej przez klasę średnią było standardem. Służącymi zostawały najczęściej kobiety. Na początku XX w. profesja służącej też była powszechna. Niektóre były tak oddane rodzinie, u której służyły, że po wybuchu II wojny światowej szły z nią do getta. Służące mogły pokazać ratujące życie dokumenty i nie jechać do Treblinki, ale zdarzało się, że z pełną świadomością nie uczyniły tego. Wypływało to z przywiązania do rodziny, z którą żyły i cierpiały przez dziesiątki lat.

Służąca śpiewaczki operowej Marcelli Sembrich – pierwszej Polki, która zaśpiewała w Metropolitan Opera – odziedziczyła po niej apartament w Nowym Jorku. Bezdzietna artystka, która w Nowym Jorku czuła się bardzo samotna, zapisała Antoninie także dzieła sztuki i meble. Służąca pod koniec życia stała się jej bardzo bliska.

Wiejskie dziewczęta, tak jak Antonina, zaczynały służbę najczęściej w wieku piętnastu lat. Pozbawione prawa do urlopu i wypoczynku, na nogach od świtu do nocy. Zarabiały grosze. Dla niektórych służba była epizodem. Inne w rodzinie chlebodawców znajdowały przyjaciół i opiekunów.

Oczywiście były też takie, które oszukiwały swoich pracodawców, np. Albert Einstein został okradziony przez osobę opiekującą się jego domem. Wprowadziło go w błąd jej arystokratyczne nazwisko: Marta von Sulkovsy. Oczywiście zmyślone. Złodziejkę, która ukradła uczonemu pieniądze i wartościowe przedmioty, ujęto w Westfalii. Z kolei Maria Dąbrowska miała pecha i trafiała na służące sekutnice, ale niektóre stawały się jej szczególnie bliskie i trafiały do jej książek. Opierając się na swoich doświadczeniach, pisarka w końcu doszła do wniosku, że formuła służenia się wyczerpała.

Najbezpieczniejsza kochanka dla syna

Służące stanowiły najliczniejszą grupę społeczną mającą nieślubne dzieci I tak na przykład dziadek Angeli Merkel był nieślubnym synem niemajętnej Anny Kaźmierczak, służącej.

Wiele matek tolerowało romans syna ze służącą z troski o jego zdrowie. Obawiały się, że przy bliższym kontakcie z „obcą” kobietą może zarazić się chorobą weneryczną. Gabriela Zapolska w „Moralności pani Dulskiej” rozwinęła zagadnienie bezkarności paniczów i panów wobec służących i cichego przyzwolenia pań dla ich poczynań, a także podłego losu wykorzystywanych służących.

Pisarka, cięta na wszelkiej maści kołtunów, stworzyła demaskatorski dramat społeczny, w centrum którego znalazła się zbałamucona przez młodego Dulskiego służąca. Główna bohaterka, hipokrytka, toleruje romans swojego syna ze służącą, do czasu gdy kobieta nie zajdzie w ciąże. Mimo takiego ryzyka służąca wydawała się najbezpieczniejszą kochanką dla syna.

O tym, jak ważną rolę pełniły służące w zamierzchłych czasach, pisze fantastycznie Joanna Kuciel-Frydryszak w książce „Służące do wszystkiego”. „Nic dziś o nich nie wiemy, a one kiedyś wiedziały wszystko”, podkreśla autorka. To pierwsza w naszym kraju pozycja, która opowiada o losach kobiet pracujących w Polsce w charakterze służących.

Książkę obfituje w historie służących sławnych Polaków, przede wszystkim literatów: Sienkiewicza, Gombrowicza czy Nałkowskiej. Dodać trzeba, że każda ze znanych postaci miała ze służbą zupełnie inne relacje. Wyspiański dla służącej popełnił mezalians. A Nałkowska przez lata tkwiła w masochistycznej więzi z despotyczną Gienią.

Rok 1945 praktycznie zlikwidował w Polsce służbę domowa. Mało kogo było stać na zatrudnienie pomocy domowej. Maria Dąbrowska pisała w dziennikach: „Kto by pomyślał, że nie mieć służącej, być w mieszkaniu samej czy samemu, nie potrzebować żadnych usług od ludzi z niższej sfery jest to tak przyjemne. Służba wnosi dziwny obcy pierwiastek do domu”.

Choć wojna przyniosła załamanie świata dawnych zwyczajów, nie położyła kresu wielkiemu zapotrzebowaniu na pomoce domowe, bez których wiele małżeństw i rodzin by się rozsypało.

W dzisiejszych czasach stosunki społeczne uległy transformacji. W Polsce jest coraz więcej rodzin, które wymagają „pomocy domowej z zamieszkaniem”. Słowo „służba” nie kojarzy się najlepiej i nie jest już używane. Dziś jest to „pomoc domowa z zamieszkaniem”. Tak naprawdę wciąż jednak chodzi o to samo: pomoc przy gotowaniu, sprzątaniu i zajmowaniu się dziećmi.

„Zatrudniam gosposię z zamieszkaniem i traktuję to jak po prostu wymianę usług. Nie ma to nic wspólnego ze służeniem, to kontrakt finansowy. Pracuję w korporacji, często wyjeżdżam w podróże służbowe, nie mam czasu na sprzątanie domu, prasowanie, gotowanie itp.” – mówi Anna z Krakowa.

Gosposie do wszystkiego

Polak, a częściej Polka z aspirującej klasy średniej, już oswoił się z zatrudnianiem pomocy domowej. Socjolog dr Anna Kordasiewicz, która od kilku lat prowadzi badania na temat służby domowej, ustaliła kilka powtarzalnych wzorów, wedle których Polacy układają relacje z pomocami – od urodzinniania lub zaprzyjaźniania się, poprzez wywyższanie się i wbijanie pracownika domowego w niższą pozycję, po ustawianie sprzątaczki, niani, opiekunki w roli szeregowej podwładnej, którą się zarządza na modłę przyjętego w korporacjach ładu. Zauważyła przy tym, że Polacy dość chętnie wchodzą właśnie w urodzinnianie. Owo urodzinnianie w polskim wydaniu mocno ciąży ku wzorcom przedwojennym.

Współczesne gosposie żyją razem z domownikami, śpią pod jednym dachem i jedzą ten sam chleb. Żyją problemami domu, począwszy od dzieci, a skończywszy na psie, z którym trzeba pójść do weterynarza. Czasem uczestniczą w rozwodach, czasem w narodzinach kolejnych potomków. Tym bardziej ważne jest, aby pomoc domowa umiała zachować dyskrecję.

Często ich praca zaczyna się o wczesnych godzinach porannych, a kończy dopiero po kolacji. Zajmują się absolutnie wszystkim, łącznie z nadzorem nad hydraulikiem. Zdarzają się domy, w których zatrudnia się kilka takich osób, choć nie jest to jeszcze często spotykane zjawisko. Czasami zatrudnia się małżeństwo, które dzieli się kompetencjami.

Służąca czy znajoma, która pomaga?

Kilka lat temu tylko co dziesiąta sprzątająca w Polsce była Ukrainką, dziś jest ich znacznie więcej, ale Polki wciąż w tym sektorze dominują.

Beata, właścicielka kliniki odnowy biologicznej, zdecydowała się zatrudnić panią do sprzątania, gdy zaszła w ciążę. „Nie mogłam sobie wyobrazić, że ktoś myje moją łazienkę, a ja oceniam, czy ta łazienka jest wystarczająco czysta”, opowiada. Z zatrudnioną o kilka lat starszą Heleną z Ukrainy po krótkiej znajomości przeszły na ty. Kobieta w swojej ojczyźnie pracowała w szkole jako nauczycielka chemii. Szybko znalazły wspólny temat. Na przywitanie Beata poczęstowała swoją pracownicę specjalnie na tę okazję upieczonym ciastem. Z czasem jednak zorientowała się, że po jej wizytach na półkach jest pełno kurzu, a zlew jest pełen naczyń. „Głupio mi było krytykować kogoś, komu z jednej strony się zwierzam, a z drugiej już i tak wykorzystuję do zasuwania ze szmatą za 100 zł na dzień”, mówi. Gdy zorientowała się, że sama stoi przy zlewie, a Helena siedzi w fotelu i pije kawę, stwierdziła, że rezygnuje z pomocy domowej. Sama sobie poradzi z ogarnięciem domu.

Są też osoby zamożne, które pomimo braku czasu nigdy nie wpuszczą do domu kogoś obcego. „Nie chcę, żeby ktoś mi zaglądał do szuflad. Mieszkanie to miejsce intymne, to krępujące, kiedy przez przypadek zostawię majtki na łóżku” – mówi Jola z Krakowa. Dr Anna Kordasiewicz pracodawców dzieli na tych, którzy mają problemy z zatrudnianiem pomocy domowej, i tych, którzy ich nie mają. Ludzie mają kłopoty przede wszystkim ze zbliżaniem się oraz z zażyłością i hierarchią.

Socjologowie wyróżniają dwie kategorie pracodawców, którzy nie mają problemów w relacji z pomocą domową. Jedni wchodzą w język korporacji. Mówią: „Pomoc domowa to mój podwładny, którego rekrutuję, motywuję, oceniam”. Kobiety pracujące w korporacji podkreślają, że nie widzą różnicy pomiędzy nianią, którą zatrudniają, a swoimi podwładnymi w firmie. Taka osoba traktuje pomoc jak funkcjonalnego intruza. Zgadzamy się wpuścić go do domu, niech zostawi czysty produkt i znika.

Inna grupa pracodawców odwołuje się do świata tradycji. Mówią, że gosposia jest dobrym duchem domu i sprawia, że staje się on pełen. Zakrząta się, ugotuje, stanowi serce domu. W wywiadach polscy pracodawcy bardzo często mówią, że źle się czują, zatrudniając pomoc domową. Nie wiedzą, jak się zachować w stosunku do gosposi: może to jest gość, którego trzeba obowiązkowo poczęstować kawą? Mają nastawienie równościowe, a muszą się postawić w sytuacji szefa, który coś każe.

W tym fachu najważniejsze jest zaufanie. „Wielu klientów po prostu daje mi klucze do mieszkania, często odbieram ich przesyłki. W domach czasem leżą na wierzchu pieniądze czy wartościowe rzeczy, bo moi klienci wiedzą, że nic nie ukradnę, nic nie zniszczę. Wiedzą, że po powrocie zastaną posprzątany dom. Czasem u bogatych ludzi na szafce leży kilkadziesiąt tysięcy złotych w gotówce. Może to podpucha, a może po prostu taki mają zwyczaj?” –  zwierza się 44-letnia Lidia z Zakopanego. Dlatego gosposia, która najczęściej poznaje najskrytsze tajemnice rodziny, powinna być dyskretna, a najlepiej niewidzialna.

Nikt dokładnie nie wie, ile jest pomocy domowych

GUS ich nie liczy, ZUS też nie zbiera takich danych. Na pewno czarny rynek w tym zawodzie jest ogromny, ale trudno ocenić jego wielkość.

Wielu pracodawców, szczególnie przedstawicieli klasy średniej, mówi, że czas zaoszczędzony na sprzątaniu mogą wartościowo spędzić z dziećmi czy partnerem i budować z nimi relacje. Socjologowie nazywają to podejście „koncepcją jakości czasu”. Tak naprawdę stoi za nią przekonanie, że ktoś uważa się za osobę lepszej kategorii, kierującej się zasadą: „Zasługuję na ten czas i mogę go sobie kupić za stawkę, za którą sam bym nawet nie wstał z łóżka”.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz