Muzeum życia w PRL: Czar pralki Frania, perfum „Być może” i małego fiata

5 minut czytania
3395
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
18 maja 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Zapraszamy was do „Muzeum życia w PRL”. W serii „Muzeum? To nie gryzie” opublikowaliśmy do tej pory: Muzeum Warszawy: obcowanie z historią, ale nie historyczny Disneyland i Nie tylko „Kopernik” – nietypowe muzea, które warto odwiedzić

– Niestety, nie działa. Trzech specjalistów próbowało naprawić, ale bezskutecznie – mówi pani Kasia, przewodniczka w Muzeum Życia w PRL. Chwilę wcześniej zapytałam o jej ulubiony eksponat. Bez wahania wskazała na niebieski saturator.

Na PRL-owskich ulicach dominowały saturatory na dwóch kołach z charakterystyczną parasolką, która chroniła sprzedawcę przed słońcem. Wózki wyposażone były w duży baniak na wodę i zbiornik na dwutlenek węgla, by serwować bardziej luksusową odmianę wody – z bąbelkami. Do tego był jeszcze pojemnik na tzw. suchy lód, który schładzał podawaną klientowi wodę.

Saturator w Muzeum na pierwszy rzut oka bardziej przypomina lodówkę. To maszyna samoobsługowa – klient wrzucał monetę (lub żeton) do otworu po lewej stronie, jeśli chciał samą wodę (50 gr) lub prawej, by napić się wody z sokiem (5 zł).

Tego rodzaju automatyczne saturatory były zdecydowanie rzadszym widokiem niż kołowe. Tym, co je łączyło, była najbardziej niewątpliwie charakterystyczny dla saturatorów element: przymocowana na stałe (najczęściej średniej grubości łańcuchem) szklanka.

– Saturatory powszechnie nazywało się „gruźliczankami”, bo wszyscy pili z tej samej szklanki. Częściej była to zresztą musztardówka. W czasach, gdy w sklepach dostępne były praktycznie tylko ocet i musztarda, taniej było kupić musztardę, opróżnić szklane opakowanie i umieścić je przy maszynie niż kupować zwykłą szklankę – wyjaśnia pani Katarzyna. – Automatyczny saturator umożliwiał wprawdzie mycie szklanki, ale wodą z zamkniętego obiegu. Pomimo tego, że tak naruszano zasady higieny, w tamtych czasach nie było przypadków zachorowań na gruźlicę. Można to wytłumaczyć tylko tym, że wszyscy przechodzili obowiązkowe szczepienia.

Niebieski saturator to prezent od pana Eugeniusz, który przez lata trzymał go w garażu. Gdy dowiedział się, że powstaje muzeum PRL-u, uznał, że warto, by zobaczyli go inni. Najstarsi warszawiacy mogą zresztą pamiętać tę maszynę produkcji radzieckiej. Stała przy ul. Wileńskiej 5, niedaleko pętli autobusowe. Wodę można było kupić przez cała dobę.

Od małej wystawy do muzeum

Muzeum Życia w PRL (wcześniej: „Czar PRL-u”) powstało z inicjatywy Rafała i Marty Patla. Oboje są przewodnikami po Warszawie, którzy turystom proponują m.in. wycieczki po mieście zabytkowymi Nysami 522. Zauważyli, że w stolicy nie ma miejsca, które opowiadałoby o codziennym życiu w latach 1945-1990 – takiego bez ocen historycznych i wielkiej polityki. Po znajomych i rodzinie zebrali więc pamiątki rodzinne iw garażu na terenie Soho Factory zbudowali przykładowe mieszkanie z okresu młodości swoich rodziców. Było dostępne dla klientów biura podróży Adventure Warsaw, którymi są głównie obcokrajowcy.

Przy okazji rewitalizacji terenu garaż zburzono, więc państwo Patla przenieśli zbiory w inne miejsce. Zmienili koncepcję swojej wystawy – od 2014 r. była ona dostępna dla wszystkich zainteresowanych. Na 100 mkw odtworzono nie tylko mieszkanie, ale miejsce znalazły m.in. biurko socjalistycznego dygnitarza czy opakowania różnych produktów, które można było znaleźć na sklepowych półkach 40 czy 50 lat temu (m.in. perfumy „Być może” dla pań lub „Brutal” dla panów, kosmetyki, przybory szkolne). Zainteresowanie turystów było tak duże, że małżeństwo zaryzykowało i wynajęło dwupoziomowy lokal w samym centrum – na Placu Konstytucji (swoją drogą – jest to miejsce bardzo ważne na mapie peerelowskiej Warszawy).

– PRL to czasy wielu paradoksów. Z jednej strony odbudowie kraju ze zniszczeń wojennych towarzyszył ogromny społeczny entuzjazm, z drugiej – nie sposób było uciec od wzmożonej, partyjnej propagandy sukcesu, zaś skala prześladowań ze strony Służb Bezpieczeństwa nie miała precedensu w historii. Przeciętny mieszkaniec ówczesnej Polski codziennie ponosił skutki nakazów i ograniczeń wynikających z niewydolności upaństwowionego przemysłu, jednak były to również czasy wzmożonej kreatywności i zaradności.

Celem wystawy jest pokazanie codzienności czasów PRL. Prezentowane na wystawie wnętrza i przedmioty składają się na opowieść o tym, w jaki sposób polityka „władzy ludowej” wpływała na codzienne życie dotkniętych skutkami jej działań obywateli. Stanowią dokumentację zmieniających się realiów i potrzeb społecznych w czasach, gdy wszystko trzeba było sobie „załatwić” czy zorganizować – czytamy na stronie internetowej.

Muzeum odwiedziłam na początku maja. Pierwsze wrażenie? Muzeum nie ma w sobie nic z nobliwych instytucji kulturalnych, w których należy zachować ciszę i oglądać w skupieniu. Tu głośne komentowanie jest jak najbardziej na miejscu. Dorosłym łza się kręci w oku („Mydło Jacek i Agatka! Pamiętam, że mama je dla nas kupowała”) i z pasją opowiadają dzieciom, z jaką dumą ich dziadkowie maszerowali z …papieru toaletowego po mieście. Młodzież – a miałam okazję chodzić z grupą licealistów – dotyka, fotografuje, czasem coś wyśmieje („te odkurzacze wyglądają jak zardzewiałe rakiety!”).

Jest i on, król szos i marzenie każdej rodziny po 1973 r., kiedy trafił do produkcji.

– Czego ty tam szukasz? Silnika? To raczej nie znajdziesz, bo w maluchu jest z tyłu – chłopcy śmiali się z kolegi, który najpierw nieporadnie otwierał maskę żółtego Fiata125p, a później rozczarowany powiedział, że samochód jest niekompletny (w bardziej młodzieżowym stylu, rzecz jasna). Do samochodu można wejść choćby po to, by się przekonać, że wysoki kierowca nie dawał rady wygodnie prowadzić, więc jedynym rozwiązaniem było wymontowanie przedniego siedzenia. Ale jak wtedy spakować cała rodzinę i potrzebne rzeczy, by pojechać na dwutygodniowy urlop nad morze? Cóż, PRL uczył niespodziewanej dziś zaradności.

– Mówiono, że „maluchy” to najcichsze samochody – a to dlatego, że kierowca w czasie jazdy zakrywał kolanami uszy – mówi stary żart pani Katarzyna. A zupełnie na poważnie: w latach 1973 – 2000 Wyprodukowano 3,5 mln sztuk Fiatów 125p. Jeździły po drogach we wszystkich krajach demokracji ludowej. Sporo oddaliśmy przyjaciołom na Kubie. Powszechnie nazywa się je tam „Los Polacos” i sprawują się nieźle – wiele egzemplarzy nadal jest na chodzie.

Sztuka (prze)życia na małej powierzchni

Przed kilkoma laty nakładem wydawnictwa Znak wyszła książka Witolda Szabłowskiego i Izabeli Meyzy „Nasz mały PRL”. To zapis eksperymentu, który małżonkowie prowadzili przez pół roku. Udawali, że wsiadają do wehikułu czasu i przenoszą się do Polski Ludowej, w związku z czym musieli zdecydować, jak urządzić mieszkanie, ubierać się, spędzać czas. Starsi znajomi, którzy okres ten znają z doświadczenia, szybko wyprowadzili ich z przekonania, że jest coś takiego jak jeden, właściwy pięciu dekadom, schemat. „”To było tak naprawdę kilka różnych krajów. Inaczej było zaraz po wojnie, gdy Bierut nosił jeszcze baldachim za prymasem na Boże Ciało, by potem rozpocząć z Kościołem wojnę i podjąć budowę Polski na wzór radziecki. Inaczej za przaśnego Gomułki, inaczej za ćwierćkapotalistycznego Gierka, inaczej za półdyktatury Jaruzelskiego” – powiedział młodym dziennikarzom emerytowany księgowy.

Bo PRL nie był monolitem. Przez pół wieku wiele się zmieniło. Ale jedno pozostało niezmienne: mieszkało się ciasno. Jak wszystko w gospodarce planowej, także wielkość mieszkań była ustalana odgórnie. Regulowały to normatywy, czyli wytyczne. Pierwsze pochodzą z 1959 r. Ustalono, że mieszkanie dla dwóch osób (M-2) powinno mieć powierzchnię 24-30 m2, dla M-3 było to 33-38 m2.

W 1974 roku normatyw uległ zmianie: teraz mieszkanie dla dwóch osób miało mieć 30-35 m2, dla trzech – 44-48 m2.

Włocławek na kuchennej ścianie

Pójdźmy więc „w gości”. Bez zapowiedzi, bo pokolenie naszych rodziców nie miało w swoich M-2 telefonów, więc szło się do znajomych mając nadzieję, że będą w domu. Jeśli nasi przyjaciele będą w domu, najpewniej zaproszą nas do kuchni, bo tak się jakoś przyjęło, że poważne rozmowy prowadzono wtedy przy stole kuchennym.

Niewielkie mieszkanie odtworzono z dużą pieczołowitością. Co może zaskoczyć współczesnego turystę? Z pewnością półkotapczan, czyli „łózko w szafie”. Genialny pomysł, by zorganizować miejsce do spania na ograniczonej przestrzeni.

Na wyposażeniu znajduje się frania, cudowne urządzenie, które zdjęło ze spracowanych matek i babć ten jeden nieprzyjemny obowiązek – ręczne pranie. Nie, żeby pranie we frani odbywało się tak łatwo, jak w pralce automatycznej! Najpierw należało ją wypełnić gorącą wodą przyniesioną w wiadrze czy garnku. Do prania używano najczęściej proszku IXI, chyba że w domu były małe dzieci; wtedy w ruch szedł Cypisek.

Mokre ubrania wyciągało się z gorącej wody za pomocą drewnianych szczypiec. W maleńkich łazienkach nie było możliwości rozwieszenia mokrych ubrań, więc prawdziwym błogosławieństwem były wyżymaczki, czyli dwa walce z korbą. Po zakończeniu prania, mydliny, za pomocą węża wylewało się z pralki do wiaderka lub bezpośrednio do ujścia kanalizacyjnego.

– Kiedyś ludzie mieli mnie ubrań, więc rzadziej włączali pralkę. A Polacy nie lubią, gdy coś zajmuje miejsce i nie jest używane, więc wymyślali dla niej nowe zastosowania. Można w nich było robić masło lub mieszać beton. Co sprytniejsi poparli też używać ich do fałszowania pieniędzy. Dopóki fałszowali polskie banknoty, milicja przymykała na to oczy. W kraju było jednak kilu, którzy fałszowali również dolary. Na to już władze zgodzić się nie mogły i konsekwentnie rozbijały takie grupy – opowiada pani Katarzyna.

Muzeum! To nie gryzie!

Komu muzea kojarzą się wyłącznie z kurzem i ochraniaczami na buty i stanowczo zarzeka się, że jego noga nie stanie na terenie żadnego muzeum – tego pewnie do zwiedzania i tak nie przekonamy. Wszystkich innych zapraszamy do odwiedzenia wraz z nami różnych polskich muzeów. Będą to miejsca nieoczywiste i raczej spoza listy w rodzaju „10 rzeczy, które koniecznie musisz zrobić w X”.

Muzeum Życia w PRL znajduje się w Warszawie przy ul. Pięknej 28/35.

Bilety można zakupić bezpośrednio w kasie muzeum lub online.

 

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Komentarze

Dodaj komentarz