Zwiedzanie Łodzi. W poszukiwaniu tego, co pozostało

22 minut czytania
833
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
7 maja 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Opisy Piotrkowskiej bez trudu znajdziecie w przewodnikach i na blogach turystycznych. Ja natomiast chciałabym zabrać Was na wycieczkę nieco mniej oczywistymi szlakami – szlakiem łódzkiej secesji, łódzkich Żydów, Niemców, Rosjan. Biorąc pod uwagę, że z Poznania, Wrocławia czy Katowic (o Warszawie nie wspominając) można do Łodzi dojechać w 2-3 godziny, może zachęcę niezdecydowanych na nieplanowany, ale zaskakujący, wyjazd?

Bez słowa przesady powiem, że moim zdaniem nie ma w Polsce piękniejszej ulicy niż Piotrkowska, zwłaszcza na odcinku między al. Piłsudskiego a ul. S. Jaracza. Stoją tam szerokie, bogato zdobione kamienice z fasadami, których nie znajdziemy na staromiejskich domach w Poznaniu czy Krakowie, bo to nie ten styl, nie ten okres historyczny.

Secesja, czyli „zerwanie z tym, co było”

Miasto przemysłowe, miasto filmowe, miasto secesyjne. Pierwsze dwa określenia na pewno były prawdziwe w nieodległej jeszcze przeszłości. Dziś nad Łodzią nie górują już fabryczne kominy, nie znajdziemy też wielkich zakładów włókienniczych, ale szyje się nadal – tyle że w mniejszych firmach. Określenie „stolica polskiego filmu” też straciło na aktualności, bo choć Łódzka Szkoła Filmowa nadal kształci na wysokim poziomie, to jej absolwenci szybko przenoszą się do Warszawy, bo w Łodzi praktycznie nie ma już studiów filmowych.

Że skojarzenie z secesją nie jest przekłamaniem, szybko przekona się każdy, kto pojedzie na główna ulicę miasta, czyli Piotrkowską. Wystarczy zadrzeć głowę, by podziwiać charakterystyczną dla tego stylu bogatą ornamentykę (np. motywy kwiatowe), geometrię, miękkie, faliste linie.

Secesja to styl wywodzący się z Wiednia i popularny głównie w latach 1890-1910. Artyści tworzący w tym nurcie „zrywali z tym, co w sztuce już było”, a więc – żadnych odniesień historycznych.

Za perłę secesji uchodzi willa Leopolda Kindermanna przy ul. Wólczańskiej 31. Wybudowana została w 1903 r. dla bogatego fabrykanta. Zwraca uwagę dekoracjami roślinnymi. Portyk wsparty jest na rzeźbach dwóch jabłoni, wnętrza zaś zdobią stiuki w formie liści kasztanowca, kwiatów róży, jabłoni i maków. Zgodnie z założeniami architektury secesyjnej, każde okno w budynku ma inny kształt.

Ślady łódzkich Żydów – na podwórkach i klatkach schodowych

Myślę, że powieść Władysława Reymonta – bądź nakręcony na jej podstawie przez Andrzeja Wajdę film – każdy kojarzy choćby we fragmentach. Do historii przeszło zdanie: „Ja nie mam nic, ty nie masz nic. To razem mamy w sam raz tyle, żeby założyć fabrykę”, które padły w rozmowie Karola Borowieckiego, Maksa Bauma i Moryca Welta, a więc Polaka, Niemca i Żyda. Nie ma ani słowa przesady w stwierdzeniu, że Łódź to miasto czterech kultur (znalazła się w zaborze rosyjskim, więc ową czwartą siłą w mieście byli obywatele Cesarstwa Rosyjskiego).

Do dziś możemy oglądać pozostałości po niemieckich i żydowskich fabrykantach i przedsiębiorcach. Zanim jednak o nich opowiem, zaproszę Was na mniej oczywisty spacer, w trakcie którego szukać będziecie pozostałości po „codziennej” kulturze żydowskiej. Nie zachowało się ich wiele, bo choć wojna delikatnie obeszła się z samą Łodzią (stąd pomysł, by po 1945 r. pełniła ona funkcje stolicy), to jednak całkowita likwidacja getta i działania późniejszych władz w okresie PRL doprowadziły do tego, że dziś tylko wprawne oko dostrzeże pozostałości po Żydach.

W niektórych podwórkach przy ulicy Piotrkowskiej można jeszcze spotkać kuczki, czyli niewielkie dobudówki, które z daleka wyglądają jak werandy. Kuczki wiążą się z obchodzonym przez Żydów Sukkot, czyli Świętem Namiotów lub Szałasów. Trwało ono przez 7 dni i upamiętniało 40-letni okres wędrówki Izraelitów przez pustynię. W tym czasie mieszkali właśnie w szałasach. Kuczki to kompromis między tradycja a wygodą: nie chcąc mieszkać przez tydzień w szałasie, ale jednocześnie dochować tradycji każącej nocowanie poza domem, co bogatsze rodziny budowały takie dodatkowe, przylegające do mieszkania pomieszczenie. Kuczki znajdują się m.in. w podwórkach kamienic przy ulicach Piotrkowskiej 90, Targowej 10, Jaracza, 6 Sierpnia

Przed wojną mieszkanie zajmowane przez Żydów można było rozpoznać dzięki umieszczonym po prawej stronie drzwi, na wysokości oczu, mezuzom. Można je porównać do podłużnych metalowych pudełeczek, w których umieszczano niewielki zwój pergaminu. Zawierały jedną z najważniejszych modlitw – fragment Księgi Powtórzonego Prawa. Wyprowadzający się z mieszkania Żydzi powinni zabrać ze sobą mezuzę. Nie wszyscy jednak zdążyli, stąd w niektórych futrynach nadal tkwią niezauważone przez nikogo ślady bytności poprzednich lokatorów.

Lokatorzy ci zostali siłą wyrzuceni z krajobrazu miasta. Łódzkie getto, czyli Litzmannstadt Ghetto (nazwa miasta używana wyłącznie w czasach okupacji hitlerowskiej) było drugim największym (po warszawskim) miejscem izolacji żydów. Przetrwało do sierpnia 1944 r.

A wracając do mezuz – nawet jeśli ich nie znajdziemy, to przy odrobinie szczęście poczujemy pod palcami wgłębienie w miejscu, w którym były umieszczone.

Żyd Izrael Poznański pozostawił jeden z najpiękniejszych pałaców. Dziś działa tam m.in. Muzeum Miasta Łodzi i pałac ślubów. Jak na prawdziwego bogacza – i jednego z czołowych fabrykantów XIX w. – Poznański chciał, by jego rezydencja przyćmiła wszystkie inne pałace w mieście. Zapytany przez architekta, czego konkretnie sobie życzy, miał odpowiedzieć, że stać na wszystkie style.

Architekt wziął te słowa na poważnie i stworzył eklektyczną budowlę, w której znajdziemy elementy neorenesansowe, neobarokowe oraz secesyjne.

Była fabryka, dziś jest centrum handlowe

Z okien rezydencji Poznański widział fabrykę tekstylną. Był to jeden z największych zakładów w mieście (palmę pierwszeństwa dzierżył jego największy konkurent, Karol Scheibler). W czasach świetności, na początku XX w., zatrudniała prawie 7 tys. pracowników.

Fabryka nie ucierpiała w czasie wojny i przez cały okres PRL była jednym z największych przedsiębiorstw w mieście. W kolejnych dekadach bardzo powoli udoskonalano park maszynowy, co oznacza, że jeszcze w latach 60. XX wieku pracownicy obsługiwali urządzenia pamiętające czasy Reymonta. Nic dziwnego, że Wajda nie musiał budować dekoracji, by kręcić sceny w fabrykach.

Kogo zainteresuje „Łódź włókiennicza”, niech sięgnie do książki Marty Madejskiej „Aleja Włókniarek”. Tu natomiast można przeczytać tym, że łódzkie włókniarki potrafiły skutecznie zawalczyć o swoje prawa (a przy okazji wywalczyły to, czego kilka miesięcy wcześniej nie wyegzekwowali stoczniowcy w Trójmieście) oraz smutny opis tego, co się działo, gdy po zmianie ustrojowej padały łódzkie zakłady pracy.

Po tym, jak w nowej rzeczywistości gospodarczej nie było miejsca dla zakładów im. Juliusza Marchlewskiego (tak przez ostatnie 50 lat po wojnie nazywała się fabryka założona przez Poznańskiego), przez ponad dekadę ogromny pofabryczny teren popadał w ruinę. W połowie pierwszej dekady XXI w. zainteresował się nim francuski inwestor, który ogromnym zakładem sił wybudował w tym miejscu centrum handlowo-rozrywkowe. Nie jest to typowa galeria handlowa, bo liczne punkty usługowe znajdują się w przepięknie odnowionych postindustrialnych budynkach różnej wielkości. Na rynku (do niedawna zwanym po prostu rynkiem manufaktury, ale od 2017 r. jest to rynek Włókniarek Łódzkich) odbywają się różne miejskie imprezy, latem jest boisko bo piłki plażowej.

W budynku, w którym mieści się kino, działa Muzeum Fabryki. Dokumentuje działalność fabryki w kolejnych dziesięcioleciach: obejrzymy maszyny, zobaczymy filmy o codziennym życiu robotników. To zresztą nie jedyne muzeum prezentujące historię włókiennictwa. Drugie to Muzeum Włókiennictwa, w którym odbywają się bardzo ciekawe wystawy czasowe – np. wystawa prezentująca dorobek Mody Polskiej i jej czołowego projektanta, Jerzego Antkowiaka.

Największe miasto na zachodzie imperium rosyjskiego

Najmniej w czterokulturowej Łodzi było Rosjan, niemniej pozostawili po sobie trwałe ślady. To przede wszystkim okazałe cerkwie oraz groby na prawosławnych cmentarzach.

Jednym z najpiękniejszych łódzkich zabytków jest cerkiew św. Aleksandra Newskiego. Wybudowano ją pod koniec XIX wieku jako votum dziękczynne za uratowanie życia cara Aleksandra II. Co ciekawe, sfinansowali go także katolicy i Żydzi, co tylko dowodzi, że na przełomie wieków Łodzianie żyli harmonijnie niezależnie od narodowości czy religii.

Niedaleko, bo na ul. Piramowicza, znajduje się cerkiew św. Olgi. Jest znacznie skromniejsza, bo też zaprojektowano ją z mniejszym rozmachem. Była ściśle związana z ochronką dla dzieci, która pod koniec XIX w. działała w sąsiedztwie. Przed kilkoma laty dokonano remontu polichromii. Wymieniono m.in. cały strop świątyni, ściany poddano renowacji. Dzięki temu wnętrze odzyskało dawny blask i kolorystykę.

Rosyjskie ślady można też odnaleźć na prawosławnych cmentarzach. Jeden z najpiękniejszych nagrobków na cmentarzu na Dołach postawiono Katarzynie Kobro. Była wybitną rzeźbiarką, przedstawicielką awangardy w sztuce. Ostatnie lata życia spędziła w biedzie, skonfliktowana z mężem, również wybitnym artystą, Władysławem Strzemińskim. Kilka lat temu jego historię opowiedział Andrzej Wajda. Nie umiem filmu „Powidoki” (z Bogusławem Linda w roli głównej) ocenić wysoko, a to przede wszystkim za przekłamania dotyczące właśnie relacji artysty z byłą żoną i córką, niemniej warto obejrzeć go choćby po to, by wiedzieć, kim jest patron łódzkiej ASP.

W rolę Strzemińskiego wcielił się Bogusław Linda, który w trakcie kręcenia naraził się Łodzianom nazywając ich miasto „miastem meneli”. Nie da się ukryć, że są w Łodzi ulice zaniedbane, biedne i zwyczajnie niebezpieczne – ale też w których miastach ich nie ma? Zresztą i one zmieniają swój charakter. W centrum trwa największa w historii rewitalizacja, za kilka lat kamienice mają uzyskać nowy blask i elegancję.

To mit, że miasto jest nudne i „nic tu nie ma”. Kilkakrotnie oprowadzałam po Łodzi gości z innych miast i osiem godzin to było za mało, by spacerowym tempem obejść wszystko z listy „to trzeba zobaczyć”, nie mówiąc o bardziej nieoczywistych miejscach. Oprócz atrakcji, o których opowiedziałam powyżej, polecam spacer na Księżym Młynie (dawne osiedle robotnicze), leżący nieopodal piękny Park Źródliska, okolice Dworca Łódź Fabryczna (ciekawa, nowoczesna architektura), zabytkowy Stary Cmentarz przy ulicy Ogrodowej (kilkanaście minut spacerem od Manufaktury). Piękne wnętrza pałacowe zobaczymy w pałacu Herbsta (fabrykant spowinowacony z Karolem Scheiblerem, jednym z twórców włókienniczego imperium). Wisienką na torcie jest spacer Piotrkowską i podziwianie kamienic.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Igivideo

Ladom

IgiVideo
IgiVideo
16 grudnia 2018

Komentarze

Dodaj komentarz