Z ziemi polskiej do obcej. O wędrówkach w poszukiwaniu szczęścia w Muzeum Emigracji w Gdyni

Muzeum? To nie gryzie! Zapraszamy do kolejnego muzeum
5 minut czytania
273
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
8 czerwca 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

W cyklu „Muzeum? To nie gryzie!” zapraszamy Was dzisiaj na wycieczkę do Gdyni. Muzeum Emigracji opowiada o ludziach pozbawionych złudzeń. Jedynym sposobem na poprawę losu była emigracja.

Najpierw jest bilet, kupiony nierzadko za pieniądze ze sprzedaży całego nędznego majątku. Później walizka – z kilkoma koszulami, jakąś pamiątką i tym, co może przydać się w nowym życiu. Można ruszyć, najpierw wozem, później być może pociągiem. Na końcu drogi była woda i wielki statek, który dosłownie pożerał podróżnych.

Zanim małopolski Oświęcim zaczął się kojarzyć przede wszystkim z Auschwitz i obozem zagłady, już na początku XX w. stał się miejscem, w którym jedni dostawali od losu szansę, a inni, w poczuciu ogromnej niesprawiedliwości, musieli raz na zawsze porzucić marzenia o lepszym życiu. To właśnie tu, na styku trzech zaborów, koncentrował się ruch emigracyjny z całej Galicji.

We frazie „nędza galicyjska” nie ma odrobiny przesady. Problemy tej części Imperium Habsburgów brały się z dramatycznego przeludnienia (nigdzie w Europie, poza przemysłową Anglią, jeden kilometr kwadratowy nie był zamieszkiwany przez tak duża liczbę ludzi). Dość regularnie ta biedna kraina, pozbawiona dobrej gleby i leżąca na rubieżach monarchii, nawiedzana była przez klęski głodu. Największa nastąpiła w 1889 r.

Ludzie pozbawieni byli złudzeń, że z czasem ich życie zmieni się na lepsze. Jedynym sposobem na poprawę losu wydawała się emigracja – i to najlepiej do Ameryki, która jawiła się krajem tak wielkim, że każdy, kto nie boi się ciężkiej pracy, dostanie tam wielką parcelę i będzie mógł sobie samodzielnie gospodarować.

Zainteresowanie Ameryką rozbudzały też listy, które przysyłali ci, który zdobyli się na odwagę i już wyjechali. Najczęściej sami, z nadzieją, że z czasem ściągną rodzinę. Podróż przez ocean wymagała wielkich środków finansowych: nierzadko trzeba było najpierw sprzedać cały majątek (niewielki, ale jednak) i jeszcze się zapożyczyć. Posiadanie odpowiedniej sumy nie gwarantowało jeszcze sprawnego i bezpiecznego dostania się do Stanów.

Interesy na ludzkim nieszczęściu

Zainteresowani wyjazdem musieli przyjechać do Oświęcimia. Tu w obroty brali ich pośrednicy linii oceanicznych, przede wszystkim z Hamburga i Bremy, bo galicyjscy emigranci z reguły wybierali te niemieckie porty, którzy sprzedawali bilety na rejs, a za dodatkową opłatą obiecywali zorganizować wszystkie etapy podróży. Bardzo wielu było wśród nich oszustów i naciągaczy. Linie oceaniczne płaciły im od każdego pozyskanego klienta, więc działali bezwzględnie.

Obrali sobie bardzo łatwy cel: naiwnych galicyjskich chłopów, niepiśmiennych, nieobytych. Mogli wmówić im każdą bzdurę. Na przykład pobierali opłatę za nocleg w Hamburgu, skąd odpływał statek. Jako dowód uiszczenia opłaty dawali klientowi karteczkę z nazwą noclegowni – w rzeczywistości była to jednak ulotka, a nie żadne poświadczenie zapłaty. Bardzo często zdarzały się akty przemocy. Chłop nie chce skorzystać z usług tego konkretnego pośrednika, bo krewny w liście z Ameryki zarekomendował mu inną firmę? Siła wybijemy mu fanaberie z głowy. Nie chce oddać wszystkich posiadanych pieniędzy, bo upiera się, że zapłacić musi tylko tyle, ile wynika z cennika? Na „kontrolę osobistą” go! Kazano się takiemu rozebrać, po czym jeden oszust udawał, że przeprowadza badanie, a drugi w tym czasie przeszukiwał ubranie i bagaż w poszukiwaniu pieniędzy.

To dlatego w gazetach już wtedy pisano o „handlu ludźmi”. Organy państwa patrzyły często na ten proceder przez palce. Emigracja nie była zabroniona. W niektórych wypadkach był to też wentyl, dzięki któremu można było się pozbyć nadwyżkowej ludności. Dzięki emigracji z Ameryki płynął strumień pieniędzy do kraju, zaś ci, którzy wracali, mieli wyższe kwalifikacje. Z drugiej strony ucieczka setek tysięcy ludzi odbierała właścicielom ziemskim tanie ręce do pracy, a armii – mięso armatnie. Ale korupcja w monarchii habsburskiej kwitła na potęgę, z czego korzystali kryminaliści z agencji werbunkowych – opowiadał w rozmowie z Gazetą Wyborczą Martin Pollack, austriacki reportażysta, autor książki „Cesarz Ameryki”, który opisał kulisy działalności linii oceanicznych i szemranych pośredników, którzy w biednych, ruszających w nieznane ludziach widzieli tylko i wyłącznie szybki zarobek.

„Bele jedwabiu” płynęły w nieznane

Choć historie te budzą naszą złość i współczucie wobec oszukanych, to jednak kończyły się, w najgorszym wariancie, na perfidnej kradzieży oszczędności. Nie brakowało jednak bardziej dramatycznych scenariuszy.
Ciemna kartą emigracji był handel ludźmi. Młode dziewczęta kuszono pracą guwernantki lub służącej w bogatym domu, by następnie sprzedać je do domów publicznych. Nierzadko dziewczyny były sprzedawane przez własne ubogie rodziny. Handlarze posługiwali się szyfrem, zgodnie z którym ładne i zgrabne dziewczęta opisywano jako „bele jedwabiu” (…) a brzydsze – jako „worki kartofli” – czytamy w jednej z gablot Muzeum Emigracji.

O tym, jak wielka była skala zjawiska, świadczyć może głośny proces, który toczył się przed sądem w Wadowicach w 1889 r. Na ławie oskarżonych zasiadło m.in. sześciu hamburskich pośredników oraz kilkunastu urzędników z naczelnikiem urzędu celnego i dyrektorem policji w Oświęcimiu na czele. Przesłuchano również pięciuset świadków. Proces trwał, jak na tamte czasy, długo, bo aż cztery miesiące.

Ostatnie spojrzenie w stronę Ojczyzny, Gdynia

Choć wiele podróży za Ocean rozpoczynało się w Mysłowicach i Oświęcimiu, miastem, które najbardziej chyba kojarzy się z podróżą po nowe życie jest Gdynia. W poczekalni Dworca Morskiego tłumy emigrantów oczekiwały na legendarne transatlantyki „Piłsudski”, „Batory”, Sobieski” i „Chrobry”. Była to inwestycja o znaczeniu strategicznym dla kraju, który nie miał portu z prawdziwego zdarzenia – prawdziwa brama na świat.

Gdynia jest jednym z miast, w których zachowało się najwięcej śladów modernizmu w architekturze. Dworzec Morski będzie gratką dla miłośników tego stylu – oddany został do użytku na początku lat 30. XX wieku. To gmach o powierzchni 2,5 tys. m2 wyposażony był we wszelkie urządzenia niezbędne do przyjmowania i odprawy pasażerów, poczty i bagaży oraz prowadzenia obsługi celnej i paszportowej. W czasie II wojny światowej ucierpiał w wyniku alianckiego nalotu. Bomby zniszczyły jedno ze skrzydeł budynku. W latach powojennych nadal obsługiwał pasażerów – i tak do 1988 r., kiedy wycofany ze służby został transatlantyk „Stefan Batory”.

To tutaj od 2015 r. działa tam Muzeum Emigracji. Jest to pierwsze w Polsce muzeum, które prezentuje opowieści i historie losów polskiej emigracji.

Ziemniaki wpłynęły na losy milionów

Muzeum opowiada o emigracji z ziem polskich od czasów najdawniejszych, ale największy nacisk kładzie na ruchy emigracyjne w XIX i XX wieku. Nie tylko Polacy ruszali za chlebem w daleki świat – w Muzeum dowiemy się na przykład, dlaczego tak wielu Irlandczyków porzuciło Ojczyznę i przeniosło się do USA, tworząc zwarte (choć bardzo biedne, przynajmniej w dwóch pierwszych pokoleniach) grupy mniejszości. Wszystko przez głód wywołany zarazą, która w latach 1845-49 zniszczyła uprawy ziemniaków. Były one podstawą diety ubogich Irlandczyków. Wobec braku pomocy ze strony brytyjskiego rządu, mieszkańcy Irlandii masowo szukali szczęścia w USA, bo w kraju czekała na nich tylko śmierć z głodu. Szacuje się, że w ciągu 6 lat (od 1845 r. ludność Irlandii spadła z 8,5 mln do 6,5 mln.

Zaraza ziemniaczana i w Galicji zebrała krwawe żniwo i doprowadziła do buntu chłopów w 1846 r. Na ziemiach polskich ziemniaki odgrywały jeszcze większa rolę niż w Irlandii. Na jednej z muzealnych plansz wyczytamy, że przeciętny mieszkaniec zaboru austriackiego zjadał ich rocznie blisko dwa razy więcej niż przeciętny Anglik. Z kolei spożycie mleka i zboża było prawie dwukrotnie mniejsze niż na Wyspach, a mięsa – aż pięć razy niższe. Pokazuje to, jak bardzo uboga była dieta na ziemiach Małopolski i Podkarpacia jeszcze 150 lat temu i w jak bardzo dramatycznej sytuacji byli nasi przodkowie.

W Muzeum przeczytamy zarówno o emigracji wielkich Polaków, jak i tysięcy bezimiennych. Tych, którzy tłoczyli się pod pokładem wielkich statków – w potwornym ścisku i fatalnych warunkach higienicznych. Liniami oceanicznymi rządziła chęć zysku, więc upychały najbiedniejszych pasażerów do tego stopnia, że wielu musiało kilkanaście dni podróży do Stanów (a nawet 30, gdy za cel obrali sobie Brazylię) przespać na podłodze lub dzieląc niewielką leżankę z sąsiadem.

W Muzeum dużo jest czytania i oglądania, więc zwiedzanie trwa co najmniej 2 godziny. O emigracji dowiemy się zarówno z treści multimedialnych, jak i wyczerpujących plansz i podpisów pod eksponatami. Placówce udało się również zgromadzić pamiątki po emigrantach – walizki, z którymi ruszyli za ocean, jakieś zdjęcia i sporo listów. To one zrobiły na mnie największe wrażenie.

Opowieść o emigracji kończy się w roku 2004, kiedy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej i przeniesienie się do wielu krajów stało się dużo prostsze. Dziś może niewiele osób pamięta, że jeszcze kilka lat temu niektóre państwa „starej Unii” (np. Niemcy i Austria) nakładały restrykcje na chcących zamieszkać tam i podjąć pracę. Trochę szkoda, że wystawa urwała się w momencie, gdy emigracja, po raz pierwszy w historii, tak bardzo zmieniła swoją postać – stała się powiem praktycznie powszechnie dostępna i jedynymi ograniczeniami dotyczącymi zmiany adresu są te, które mamy w głowie.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akcetuję ją.