Kosić czy nie? W polskich miastach trwa wojna o trawniki

miasto, trawnik, łąka , ekologia, domy z betonu
11 minut czytania
1387
0
Beata Turska
Beata Turska
13 lipca 2019
fot. Małgorzata Piszczek, botaniczka i architektka krajobrazu

Odsłuchaj

Trawnik czy łąka? Jednym się marzą pełne kwiatów i motyli miejskie łąki, inni wolą trawniki równe jak stół do bilardu. Kto ma rację?

„Trawniki we Wrocławiu będą koszone rzadziej niż do tej pory, a pierwsze po zimie koszenia będą odbywać się później niż w poprzednich latach, by trawa zdążyła się wzmocnić” – ogłosiły władze Wrocławia. Podobnie dzieje się w innych miastach, na przykład w Krakowie, Gdańsku czy Warszawie oraz w wielu europejskich metropoliach. Rzadsze (od jednego do pięciu, w zależności od terenu) koszenie w terminie dostosowanym do pogody i ograniczone podczas suszy to jeden ze sposobów dostosowania miasta do zmian klimatu.

Przystrzyżony trawnik w Central Parku
Przystrzyżony trawnik w Central Parku

Miejskie łąki a klimat

Co ma koszenie do ograniczania skutków zmian klimatycznych? Ano wiele. Po pierwsze, bujny trawnik jest jak gąbka: dłużej trzyma wilgoć, bo deszcz i rosa nie odparowują z niego tak szybko jak wówczas, gdy wystrzyżemy go tuż „przy skórze”. Jeśli trzeba, przechwytuje nadmiar wody, co bardzo się przydaje po oberwaniu chmury albo po kilkudniowych ulewach.

Po drugie, takie wyrośnięte murawy są jak filtry: pochłaniają pyły oraz wszelkie inne zanieczyszczenia. Przy okazji zmniejszają hałas na tej samej zasadzie, jak puszyste dywany i zasłony, bez których w mieszkaniu jest pogłos.

Po trzecie, rzadsze strzyżenie to mniej dwutlenku węgla emitowanego podczas koszenia i wywożenia resztek, mniej nawozów sztucznych (pełen różnorodnych roślin trawnik nie potrzebuje wspomagania), mniej zużytej do podlewania wody (bo ma własne zapasy).

Po czwarte, zaoszczędzone na koszeniu pieniądze można przeznaczyć na inne cele, na przykład sadzenie drzew, dzięki którym miasta nie staną się wkrótce rozgrzanymi jak patelnie betonowymi pustyniami.

fot. Małgorzata Piszczek, botaniczka i architektka krajobrazu
fot. Małgorzata Piszczek, botaniczka i architektka krajobrazu

Dla pszczół i dla nas

Bujne, niekoszone obsesyjnie trawniki mają też inne zalety. Są rajem dla owadów, także tych zapylających, co w czasach wymierania pszczół jest bardzo ważne. Pełnią rolę stołówki dla ptaków, które żywią się nasionami i owadami. Dają schronienie najróżniejszych stworzeniom, od ryjówek po jeże. Sprzyjają różnorodności biologicznej i są bliższe natury.

Lenistwo popłaca

– Kawałek ziemi, na którym rośnie wyłącznie trawa, to stan obcy przyrodzie. Utrzymanie takiego zbiorowiska wymaga ogromnej pracy: krawędziowania obrzeży, wertykulacji, która napowietrza darń, wyczesywania martwych traw, wycinania otworów w glebie i piaskowania, by zwiększyć przepuszczalność, wyrównywania, nawożenia, dosiewania, wałowania, ciągłego plewienia, regularnego nawadniania i koszenia co 10-14 dni. To mnóstwo roboty, której można sobie oszczędzić – mówi Małgorzata Piszczek, botaniczka i architektka krajobrazu. Jeśli ograniczymy koszenie, odchwaszczanie i inne zabiegi, na nudnym, nienaturalnym trawniku szybko pojawią się najróżniejsze rośliny.

– Najpierw wyrosną koniczyny, lucerny, wyki i komonica, potem stokrotki i wrotycze, po nich rośliny ślazowate i selerowate, na przykład dzika marchew – wylicza botaniczka. – Im dłużej zostawimy trawnik w spokoju, tym będzie bardziej różnorodny i bogatszy. Można też na nim dosadzić odporne byliny, np. mikołajki płaskolistne, dzwonki pokrzywolistne, rozchodniki okazałe czy goździki kartuzki. Będą się same rozsiewać. Plusy? Zerowy koszt wykonania, mniejsze nakłady na pielęgnację, radość z murawy zielonej i kwitnącej mimo suszy, a w bonusie motyle i pszczoły.

Bo kleszcze, bo pyłki

Raj? Nie dla wszystkich. Decyzja władz miejskich budzi wśród wrocławian skrajne reakcje. Mnóstwo osób jest zachwyconych. „Wreszcie ktoś pomyślał!”, „Brawo! Tak trzymać”, „Podoba mi się, że pozwalamy, by na trawnikach było coś więcej niż tylko trawa. Nagle okazuje się, ile gatunków roślin istnieje i pięknie rośnie.” – piszą w komentarzach na Facebooku.

Nie brakuje jednak osób, których niekoszone trawniki uwierają. Najczęściej powtarzany argument: bo to brzydko wygląda: „Takie bujne zielsko prezentuje się po prostu źle, tak samo jak nieogolone pachy”, „W centrum miasta metrowe pokrzywy bujają się na wietrze” – komentują przeciwnicy pozostawienia trawników naturze. Według nich ładnie jest wtedy, gdy trawnik jest równy i jednorodny, jak murawa na boisku. Zdaniem Małgorzaty Piszczek warto jednak wyjść poza schemat myślenia, w którym człowiek rządzi przyrodą i nieustannie ją kontroluje, bo wtedy można dostrzec piękno i wartość naturalności.

Kolejny argument zwolenników koszenia: „Wysoka trawa zasłania widoczność kierowcom”. Pudło. Władze miasta podkreślają, że tam, gdzie rośliny mogłyby stwarzać jakiekolwiek zagrożenie, będą koszone regularnie. I jeszcze jeden: „Wysoką trawę lubią kleszcze i przez nią jest ich coraz więcej”. Znów pudło. Kleszcze lubią również niską trawę (a także krzaki i wszelkie zarośla), ale za ich wysyp nie odpowiada taka czy inna zieleń, lecz fakt, że zimy są łagodne oraz to, że zaczyna brakować naturalnych wrogów tych paskudnych stworzeń (np. ptaków) oraz preferowanych przez nie żywicieli (np. myszy). A nawet jeśli wśród wysokich roślin jest ich więcej, problem można rozwiązać kosząc wzdłuż ścieżek pasy trawy lub wygradzając rzadko koszone enklawy.

Przeciwnicy naturalnych trawników wspominają także o tym, że na wysokiej nie da się położyć ani pograć w piłkę (ciekawe, jak często to robią na trawnikach w środku miasta), trudno w niej sprzątać kupy po psie (serio?), a „trawnik powinien być dla ludzi, nie dla owadów” (tylko że bez owadów, zwłaszcza pszczół nie będzie także ludzi).

Dużo się mówi także o alergii. To prawda, pyłki traw są silnym alergenem, jednak wiele zależy od tego, co na trawniku rośnie.

– Dla dobra alergików można siać mniej traw, a więcej roślin dwuliściennych i kosić w odpowiednich terminach, tzn. przed okresem pylenia. Nikt przecież nie mówi o tym, żeby nie robić tego wcale. Rzecz w tym, by nie przesadzać – podkreśla Małgorzata Piszczek.

A może wszystko zabetonować?
A może wszystko zabetonować?

Nie wypada? Naprawdę?

W dyskusji na temat trawników głos zabrała lokalna gazeta. „Prezydencie! O miasto trzeba dbać! Skoście te chaszcze!” – krzyczał tytuł. Wśród rozmaitych argumentów przeciw miejskim łąkom w tekście znalazły się też te dotyczące estetyki: „W reprezentacyjnych miejscach, w środku miasta i w pasach przy drogach po prostu wypada, by trawa była skoszona” – poucza cytowany przez gazetę ekspert, który jednocześnie przyznaje, że miejskie łąki sprzyjają bioróżnorodności i mają wiele zalet. Pytanie, co jest ważniejsze: bioróżnorodność, od której zależy nasza przyszłość, czy to, że „wypada” kosić.

Część czytelników komentujących tekst w internecie nie ma wątpliwości: „Ludzie zdychają latem z gorąca, trawa umiera, robi się miejska pustynia, to lament, że nikt o miasto nie dba. Zostawiamy trawniki, żeby jakoś to się uchowało, to lament, że miasto brzydkie i alergicy biedni”. Nie brakuje jednak i takich, którzy wolą, żeby było „ładnie.”

A może zlać betonem?

Przeciwnicy bujnych trawników nie zawsze ograniczają się do słów. Czasem biorą sprawy w swoje ręce. Według relacji wspomnianej gazety grupa nastolatków z jednego z wrocławskich osiedli skrzyknęła się i skosiła skwer. Jeden z internautów z przekąsem skomentował to tak: „Co tam kosić. Zalać betonem albo asfaltem. Raz a dobrze”.

Beata Turska
Beata Turska
Dziennikarka, redaktorka i nie tylko. Matka nastolatka, który wie wszystko najlepiej. Od niedawna tropicielka tanich biletów do Wszędzie, a od zawsze - zbieraczka osobliwości i kuriozalnych coverów. Ozdobą jej kolekcji jest "Paint it black" Rolling Stonesów w wykonaniu Karela Gotta - po niemiecku. Kocha Indie, nie potrafi żyć bez kawy, gadania i psów.
AUTOR

Polecamy

[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa