Mołdawia samochodem, przez Ukrainę i Rumunię

20 minut czytania
904
0

Odsłuchaj

Zapraszamy Was na wycieczkę samochodem przez Ukrainę i Mołdawię. Czy wyjazd poza granice strefy Schengen jest wyjazdem poza strefę komfortu? Ukraina, Mołdawia i Rumunia są blisko. I są piękne.

Już po wyjechaniu z Hrebenne człowiek zaczyna wyglądać inności. Dowodów na to, że już nie jest u siebie, tylko gdzie indziej. Na Ukrainie to proste – na horyzoncie pojawiają się złote dachy. Cerkwie widać tutaj z daleka. Jest Wielkanoc, skwerki miejskie przyozdobiono wielkimi jajami wielkanocnymi.

Znajomi – dziwili się. Spotkany w Tarnopolu na Ukrainie Polak wytrzeszczył oczy i upewnił się: „Jedzie tam własnym autem?”. Im bliżej granicy byliśmy, im dalej od Unii odjeżdżaliśmy, tym cała podróż stawała się w naszych sercach coraz bardziej sensacyjna, absurdalna i nieprzemyślana. Wszyscy pukali się w czoła, straszyli dziurami w drogach. A Eric Weiner autor „The Geography of Bliss” otwarcie mówi, że wino mołdawskie śmierdzi…

Zapomniałam o nich zupełnie. Kilka dni temu pytałam Cristinę jak długo możemy stać na granicy pomiędzy Rumunią a Mołdawią. „Nie za długo, jakąś godzinę, może dwie.” Ale kilka tygodni temu stała 5 godzin, bo jakiś system się zepsuł i ktoś musiał osobiście pojechać do Bukaresztu żeby zresetować komputer. Nie mieści mi się to w głowie. Nie pamiętam już kiedy ostatnio musiałam stać na granicy dłużej niż kilkanaście minut. Samochodem w ostatnich latach bywałam na Litwie, w Czechach czy w Niemczech. Schengeńska mgła zaćmiła mi umysł.

Samochodów na trasach przy granicy jak na lekarstwo. A potem nawet jak są, to zwykle na poboczu. Zepsute auta i szukający podwózki stoją wzdłuż całej trasy do Tarnopola. Pojawia się teoria, że albo auta nie wytrzymują albo jadą tak długo jak starczy im benzyny. Kiedyś ukraińskie paliwo było sprzedawane w cenach śmiesznych. Teraz trzeba płacić prawie tyle co w Polsce. Nie wiemy kogo na to stać. Ludzie łapią stopa stojąc na poboczu albo na przystankach. Jest ciemno, kompletnie ich nie widać. Za Lwowem pola pokrywają się cienką warstwą śniegu. Ostatnie dni kwietnia żegnamy w Europie burzami śnieżnymi.

Ukraina

Do Tarnopola jedziemy chyba po szwajcarskim serze, a nie po drodze. Nocujemy w hostelu. Dostajemy świeżą porcję zdumienia i legend o mołdawskich drogach. Do tego ekstra rewelacje na temat podejścia ukraińskiego wojska do fotografowania strategicznie istotnych budynków, takich jak mosty. Zagrzebujemy drona trochę głębiej w bagażniku.

Podobną trasę pokonywał mój ojciec jakieś 30 lat temu, w czasach polskiej turystyki handlowej. Jechał po towar w okolice Tarnopola i stamtąd z wyładowanym na handel maluchem pognał w stronę przejścia w Czopie. Pokazuje mu zdjęcia z wyjazdu. Zatrzymuje się przy fotografii ogłoszenia o „rabocie w Polszy”. Mówi, że nigdy nie myślał, że czegoś takiego dożyje.

On jechał maluchem, a my w podróż wybraliśmy się 15-letnią, nisko zawieszoną Hondą Civic i naprawdę martwimy się o drogi, zwłaszcza, że Ukraina z każdym kilometrem częstuje nas coraz większymi porcjami „sera”. Na szczęście jest też czym popić: Podole ma najpiękniejsze studnie na świecie, a w dodatku jest śmigus-dyngus i miejscowe chłopaki spryskują nas częścią swojego wiadra. Mogliśmy chyba wybrać inną drogę. Odbić na zachód i przejechać przez popularne w latach dwudziestych uzdrowiska w Zachliszczu. Tam droga jest ponoć lepsza, choć Zachliszcze to chyba już tylko wspomnienie. Oglądamy w Internecie przedwojenne zdjęcia modnych bulwarów nad Dniestrem.

Ustawiamy nawigację na zamek w Chocimiu. Od kiedy pamiętam zamek ten istniał w mojej dziecięcej polskiej wyobraźni jako potężna warownia na miarę Malborka. Nie wiem dlaczego wyobrażałam sobie, że stoi pośrodku sporego miasta i góruje nad nim jak Wawel nad Krakowem. W przekonaniu, że ta odwieczna i potężna metropolia się zbliża utwierdzały mnie mijane po drodze zrujnowane bramy: lwowska i kamieńska.

W końcu GPS oświadcza, że jesteśmy na miejscu. Ilość samochodów zaparkowanych na poboczu małej wiejskiej drogi świadczy o tym, że w okolicy musi znajdować się jakaś weekendowa atrakcja. Ale zamku nie widać. A my stoimy na wiejskiej ulicy. Mniej więcej tak jakby zamek stał pomiędzy chatami w Kruszynianach. Wokół Polacy i Ukraińcy w piknikowym nastroju. Mała kasa i bilety po 10 zł. Za kasami dwa grille, dwa rzędy straganów i sławojka z dziurą do sikania w kształcie łezki. Zamek znajdujemy w końcu za odpustowym parkingiem i sławojką. Majestatycznie góruje nad doliną Dniestru.

Druga granica

To chyba najlepszy moment w roku, żeby przekraczać granice Polski z Ukrainą. W Hrebennem z nudów lustrowano nas jak Oleksego. Celnik ni stąd ni zowąd zapytał Daniela, jak długo ma prawo jazdy. Było pusto, prawosławne święta wielkanocne wybiły ludziom z głowy podróże.

Do granicy z Mołdawią w Mamałydze dojeżdżamy z prędkością może 30 km/h. Panuje atmosfera piątkowego popołudnia. Wszyscy mówią po angielsku. Nadwyrężamy sobie szyje, żeby zobaczyć w końcu te mołdawskie drogi. Jesteśmy przygotowani na wysiadanie z auta, powolne przetaczanie się przez każdy wertep. A tutaj wjeżdżamy na trasę M14 i z prędkością 100 km/h pędzimy do Kiszyniowa.

Kilka lat temu rząd rozpoczął rewolucyjny program Better Roads. Turyści wjeżdżający od strony Ukrainy mogą odetchnąć z ulgą, bo trasa M14 jest w bardzo poprawnym stanie. Po drodze prawie żadnych miejscowości. Tylko pastwiska, pagórki i małe jeziora, a w okolicach Kiszyniowa przepiękne lasy bukowe.

Pierwszego dnia w Kiszyniowie łapiemy na ostatnią chwilę nocleg przez aplikację. Obskurny blok, przed wejściem sklep z ogromnymi warzywami i sznury suszących się ubrań. Samochody po parkowane na klepisku wokół drzew. Przed blokiem chyba nasz gospodarz. Pakuje rzeczy do mercedesa sklejonego z trzech aut. Mówi po rosyjsku z silnym akcentem. Trajkocze, ale w końcu orientuje się, że od 2 minut nic nie mówimy i przerzuca się na łamany angielski. Pokazuje mieszkanie i każe zdejmować buty, bo „psy srają na ulicy”.

Kiszyniów

Cristina powiedziała, że domofon nie działa, więc rano włoży kamień w drzwi wejściowe. A jej klatkę schodową poznamy po tym, że stoi przed nią samochód sąsiada. I że prawdopodobnie sąsiad będzie ten samochód mył, bo myje go co dziennie.

Klatkę schodową znajdujemy bez problemu, choć nie spodziewaliśmy się, że samochód stoi tak bardzo pod nią. Auto wygląda na nieźle zadomowione. W przednim kole nie ma w ogóle powietrza. Mam też wrażenie, że właściciel wykonał specjalną wylewkę przy schodach żeby ułatwić sobie wjazd w żywopłot. Dzień i noc stoi przy nim wiaderko z myjką. Sąsiad chyba mieszka na parterze i nie lubi rozstawać się ze swoją maszyną. Gdyby otworzył okno i zaczął głaskać je po dachu, to nawet bym się nie zdziwiła.

Cristina zna, albo niedługo pozna wszystkich sąsiadów bloku. W ostatnim miesiącu przyszedł jej rachunek za ogrzewanie w wysokości 100 euro. Kwota astronomiczna. W mieszkaniach nie ma żadnej regulacji temperatury, brakuje chyba też izolacji. W zimę w mieszkaniu jest 32 stopnie na plusie, bo sąsiad odpowiedzialny za ogrzewanie ma jakieś 92 lata i marznie. A wszystko to w ramach miejskiego ogrzewania. Dlatego Cristina postanowiła założyć indywidualne ogrzewanie gazowe. Nie jest to zupełna nowość, po widoku elewacji widać, że co najmniej dwóch innych sąsiadów też już się na to zdecydowało.

Żeby plan wprowadzić w życie, trzeba udać się do urzędu miasta. Tam posłuchać o tym, że jest się nieodpowiedzialnym, bo przecież bez centralnego zamarznie w nocy, będzie jej zimno, przeziębi jajniki, a przecież nie ma jeszcze dzieci. Potem, kiedy już uda się postawić na swoim, musi przygotować projekty, przejść szkolenie z obsługi gazu i co najważniejsze: zdobyć podpisy wszystkich mieszkańców bloku, którzy muszą zgodzić się na zmianę ogrzewania. Na szczęście urząd jest w miarę wyrozumiały – nie musi być 100%, ale większość na pewno. Jakieś 80.

Cristina zdobyła już 3 podpisy. Sąsiedzi z góry ją zalali, więc korzystając z chwilowego poczucia winy wydębiła od nich zgodę. Czwarty zdobyła już po naszym wyjeździe. Sąsiadka zgodziła się podpisać, jeśli Cristina wpuści ją do swojego mieszkania. Ktoś ukradł jej tulipany z ogródka i chce sprawdzić czy to przypadkiem nie ona.

Postęp

Wszelkie próby uniknięcia zwiedzenia najbardziej reprezentatywnej części Kiszyniowa zostały zduszone w zarodku. Cristina pokazuje mi pocztówki z najważniejszymi budynkami w stolicy: katedra, kolumna Stefana Wielkiego, nawet nieczynny, rozlatujący się budynek cyrku. Wsiadamy w trolejbus i kupujemy papierowe bilety u biletera, przedstawiciela zawodu skazanego na wymarcie, ale wciąż sztucznie podtrzymywanego przy życiu w Mołdawii. Stąd zaczyna się obowiązkowa trasa wokół katedry, łuku triumfalnego i budynków rządowych rozmieszczonych w okolicach Placu Zgromadzenia Narodowego i ulicy 31 sierpnia 1989. Zaglądamy na drinka do Propagandy, jednej z najpopularniejszych knajp w okolicy. Ta część miasta przypomina Warszawę na początku lat 2000. Już jest dokąd wyjść, ale jeszcze mało kogo na to stać. Przechadzamy się niedaleko czynnego całą dobę targu kwiatów i zaglądamy przez okna do rozświetlonych, prawie pustych restauracji.

Zachód słońca nad miastem. Alejki parku Valea Morilor – dawniej Centralny Park Kultury i Wypoczynku Leninowskiego Komsomolu – wypełniają się rowerzystami, biegaczami i spacerującymi rodzinami. Po chodnikach szurają deskorolki. Widać inwestycje. Rządowe, ale niekoniecznie mołdawskie. Drogi budują Amerykanie, schody odeskie w miejskim parku remontuje Rumunia. Rosjanie ponoć nie budują nic, ale są. Język rosyjski słyszy się na ulicach, nie da się dostać dobrej pracy bez znajomości rosyjskiego. Kiedy Mołdawia uzyskała niepodległość, wielu dziennikarzy państwowej telewizji nie potrafiło mówić po rumuńsku, mimo że został wpisany w konstytucji jako język państwowy.

Droga do Unii

Embargo nałożone na Rosję po aneksji Krymu uderzyło w gospodarkę Mołdawii z mocą tarana. Dotąd większa część eksportu owoców i warzyw płynęła właśnie tam. Trzeba było znaleźć nowych odbiorców. Ale zakochany w ekologicznym jedzeniu Zachód nie chce jedzenia z Mołdawii, dopóki ta nie zacznie dostarczać owoców jak z folderu. Nie stosuje się tu takiej ilości pestycydów, jak w Unii. Winogrona maja pestki. Dla wielu importerów to niedopuszczalne. W Rosji nikt nie sprawdzał, czy w winogronach są pestki.

Jedziemy do Orhei Velch. Tamtejszy skalny klasztor to numer jeden we wszystkich polskich przewodnikach po Mołdawii. Droga jak stół. Prowadzi nie tylko do klasztoru, ale chyba przede wszystkim do położonego niedaleko miasta Orhei. Drogę postawił burmistrz.

Burmistrz Orhei to miliarder Ilan Shor, skazany dwa lata temu na 7,5 roku więzienia za oszustwa bankowe. Zdefraudował co najmniej 300 mln dolarów, co lokalne media opisywały w nagłówkach jako „kradzież stulecia”. Miliard dolarów zniknął z kont trzech mołdawskich banków. PKB całego kraju wynosi nieco ponad 8 miliardów.

W Orhei ma jakieś 21 tys. mieszkańców. Poza odnowieniem dróg, Shor zafundował miastu trochę większy ogródek jordanowski. Jest tu kilka dmuchanych zjeżdżalni, karuzele, park linowy, równo przystrzyżone chodniki i fontanny. Wstęp całkowicie darmowy. W letnie weekendy do Orhei przyjeżdżają ludzie z całej Mołdawii.

Shor został też niedawno posłem. W plebiscytach na najpopularniejszego polityka zajmuje 3 miejsce w kraju.

Schengen

Przed wyjazdem rozmawiamy ze znajomymi z Rumunii. Pytamy co można zobaczyć w Maramuresz. Odpowiadają: biedę. Przez pierwsze kilometr telepiemy się po starej drodze. A potem wjeżdżamy na unijny asfalt, równy jak stół, i pędzimy w stronę w stronę Bukowiny.

Być może jesteśmy już znieczuleni po pobycie w najbiedniejszych krajach Europy. Rumunia z perspektywy trasy zaskakuje pod każdym względem. Domy są większe, sklepy przepastniejsze, ceny wyższe, a drogi o niebo lepsze niż na Ukrainie i Mołdawii. Choć widać, że ten asfalt w Maramuresz położono chyba dzień przed naszymi przyjazdem.

Maramuresz to kraina jak z bajki. Samochód na czeskich blachach hamuje. Zatrzymują się i chyba będą zwiedzać. Jesteśmy gdzieś w połowie drogi pomiędzy Jassy a Borsa. Na drodze trudno jest się skupić, bo tutejsze domy obwarowane są ogromnymi zdobionymi bramami. Strzeliste wieże górują tu nad drewnianymi nawami cerkwi. Widać je z daleka. Nadają charakteru, jak wieże w Swanetii i San Gimignano. Nad Wesołym Cmentarzem wznosi się turkusowa wieża. Zachwyca, mimo że nawet nie jest jeszcze skończona. Nowe kościoły budowane są dokładnie w tym samym stylu, co stare świątynie.

Czeka nas jeszcze ta ostatnia granica między Rumunią a Węgrami. Ogromny tłok na stacjach i spore kolejki na drodze. Stajemy dokładnie naprzeciwko busa pełnego mężczyzn. W oczekiwaniu na celnika chodzą wokół nas, palą papierosy i wlewają wódkę w gardło. Każde zdanie kwitują splunięciem. Jeden już odpadł i śpi z twarzą wciśniętą między oparcie siedzenia a okno. Rozmawiają z żonami przez telefon. Jadą na zachód do pracy.

Wracamy do Schengen. Przejścia znikają, nie ma nawet znaków, które prosiłyby żeby zwolnić przy wjeździe do kolejnego kraju. Słowacja miga nam za oknem, szczególnie że pogoda nie sprzyja wysiadaniu z samochodu. Kupujemy winietę i pędzimy pierwszymi od Kiszyniowa dwupasmówkami. Wokół krajobraz kampanii do parlamentu. Billboardy krzyczą: „Unia tak, RODO nie” (Unia ano, GDPR nie). Wszystko wygląda coraz bardziej znajomo. Znikają z horyzontu złote dachy cerkwi i wysokie wieże Maramureszu.

Justyna Dzik-Wykrętowicz
Justyna Dzik-Wykrętowicz
Z zawodu prawnik, ale większość czasu poświęca na pisaniu o podróżach, głównie na Z dala od biura i Plan Poland. Zwykle podróżuje z rowerem, z dobytkiem sformatowanym do rozmiaru sakwy. Czasem w nocy marznie w namiocie, ale jak dobrze wycyrkluje, to poranna kąpiel jest w jeziorze.
AUTOR

Polecamy

[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa