Znikający partner, czyli mąż z Kuby przywieziony

Dla Kubańczyków turysta jest łakomym kąskiem
22 minut czytania
3286
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
6 lipca 2019

Odsłuchaj

Marzeniem prawie każdego Kubańczyka jest spotkanie zamożnego Kanadyjczyka lub Europejczyka, który zabierze go do swego kraju, gdzie będzie żyć jak w bajce i opływać w luksusy, o których na Kubie może jedynie pomarzyć. Szukanie sponsora jest jedną ze strategii przetrwania – mówi Elwira Bienkowska, Polka mieszkająca od 30 lat w Kanadzie.

Ślub Anny z kubańskim piosenkarzem miał być ratunkiem dla ich obojga. Ona miała zyskać opiekuna wyrywającego ją z objęć choroby afektywnej dwubiegunowej. On – uciec z biednej wyspy do wielkiego świata. Dla dziewczyny życie stało się jednak koszmarem. Dla Kubańczyków turystka to łakomy kąsek. Rozmawiamy z Elwirą Bienkowską, Polką mieszkającą od 30 lat w Kanadzie. Mamą Anny.

Kuba jest bardzo popularna w Kanadzie, to ulubione miejsce wypoczynku Kanadyjczyków. Pani z córką byłyście zafascynowane tym jednym z najbardziej zmysłowych miejsc na świecie. Jednak po kilku latach bardzo się Pani tym krajem rozczarowała? Dlaczego?

Ktoś, kto zna Kubę tylko z opowiadań, bardzo ją idealizuje. Ten etap mamy już za sobą. Można powiedzieć, że po dogłębnym poznaniu Kuby nasz ideał sięgnął bruku. Z atmosfery euforii i szczęścia przeszłyśmy do poczucia totalnego rozczarowania.

Tak naprawdę to jest bardzo mistyczny, wspaniały kraj, gdyby nie jego mieszkańcy, którzy są tak bardzo zdeprawowani. Miłośnicy Kuby zarzucą mi, że to skrajny pogląd, zbudowany na osobistych doświadczeniach. Oczywiście nie wszyscy Kubańczycy są tacy. Ale o interesowności Kubańczyków żerujących na turystach opowie każdy, kto się o Kubę otarł. Mentalność tych ludzi jest taka, żeby za wszelką cenę, po trupach, wyjechać z kraju, więc szukają sponsorów wśród Kanadyjczyków i Amerykanów, którzy mogą im pomóc wyrwać się z biednej wyspy do wielkiego świata. Są tak zdeterminowani, że zrobią wszystko, żeby wyjechać. Niektórzy sprzedają mieszkania w nadziei, że dostaną paszport i za granicą będą mogli albo zarobić na godne życie na wyspie, albo zostać poza Kubą do końca życia. Potrafią rozkochać w sobie mężczyznę czy kobietę do szaleństwa i owinąć dookoła palca. Udawać przyjaźń. Szukanie sponsora jest jedną ze strategii przetrwania. Nauczyli się kombinować. Marzeniem prawie każdego Kubańczyka jest spotkanie zamożnego Kanadyjczyka lub Europejczyka, który zabierze ich do swego kraju za morzem, gdzie będą żyć jak w bajce i opływać w luksusy, o których na Kubie mogą jedynie pomarzyć. Kuba może zachwycić. Ale niestety może być też irytująca. Turysta musi się przygotować na bycie obiektem wzmożonego zainteresowania. Kubańczycy przy pierwszym kontakcie są niezwykle przyjacielscy, życzliwi, wszystkim by się podzielili, ale jest w tym drugie dno.

Zaprzyjaźniłyście się z przystojnym, młodym kubańskim piosenkarzem, którego talent do tego stopnia was zauroczył, że zaprosiłyście go do Kanady, żeby mu pomóc w karierze. Potem, gdy już dostał, czego chciał, oszukał was i uciekł. Historia trochę jak z filmu.

Rzeczywiście tak było. Zresztą podobna historia przydarzyła się wielu moim kanadyjskim znajomym. Kubańczyk zawrócił w głowie niejednej Kanadyjce, które przywożą ich tutaj, do Ottawy, aby im pomóc. Każdy się może naciąć, oni są genialnymi aktorami. Wielu Kubańczyków mieszka w Ottawie, ale Kanadyjczycy nie mają o nich najlepszej opinii. Szczególnie nie robią z nimi interesów, bo nie dotrzymują słowa. Sami Kanadyjczycy są z natury raczej oschli, więc Kuba jawi im się jako miejsce pełne energii, muzyki, zmysłowości i temperamentnych ludzi. Dlatego tam jeżdżą. Poza tym Kuba jest bardzo tania, nawet dla Kanadyjczyka, który zarabia minimalną pensję. Kanada jest niezwykle droga do zwiedzania. Gdybym chciała jechać np. do Vancouver, musiałabym zapłacić 200 dolarów za dobę w hotelu. Natomiast na Kubie mogę spędzić tydzień za 700 dolarów. W tanim resorcie, w sezonie turystycznym, styczeń-marzec, ceny wahają się do 1000 dolarów.

Jednym z powodów, dla którego znalazła się pani na Kubie, była choroba pani córki.

Szukałam dla niej ratunku, to miała być terapia. Moja córka urodziła się w Kanadzie. Gdy miała 15 lat, lekarze w Ottawie zdiagnozowali u niej chorobę afektywną dwubiegunową, konkretnie zespół maniakalno-depresyjny. To był dla mnie cios. Zdarzało się, że Ania przez pół roku nie wychodziła z domu, bała się ludzi. W tej chorobie występują długotrwałe okresy depresji. Chwytając się nadziei, jak tonący brzytwy, znalazłam się na Kubie. To była dla nas szansa najtańsze wakacje. Tu, w Ottawie, jest bardzo długa zima. Jak śnieg zaczyna padać w listopadzie, to nie przestaje do końca kwietnia. Ciągle jest zimno, ponuro i szaro. Wiele osób cierpi na depresje sezonowe. Kubańskie słońce, a także bliskość oceanu bardzo Ani pomagały. Odkryła, że czuje się fantastycznie, nareszcie ma energię i chce się jej żyć. Zadłużałyśmy się i jeździłyśmy na Kubę przez kilkanaście lat. Moja córka wracała rozpromieniona i zadowolona.

Prawdziwa zmiana przyszła, kiedy poznałyście Yasmaniego.

To było w resorcie Santa Maria, gdzie jest ogromny hotel, mogący przyjąć tysiąc osób. Wieczorami chodziłyśmy słuchać muzyki kubańskiej. Na jednym z takich występów zobaczyłyśmy na scenie 21-letniego chłopaka o wyglądzie Apolla, z fantastycznym głosem. To był Yasmani. Pomyślałam sobie: co on tutaj robi, w takim miejscu? Powinien śpiewać w Europie. Zmarnowany talent. Byłyśmy oczarowane jego muzykalnością, temperamentem. Uroiłam sobie, że zrobię z niego artystę, zobaczyłam potencjał, fajny, głos, prezencję. Poza tym pomyślałam, że jego obecność może rozchmurzyć moją smutną córkę. Bardzo szybko żeśmy się zakumplowali. Po występie podeszłam do niego, pochwaliłam jego talent, zdolności wokalne. Powiedziałam mu wtedy, że bardzo bym chciała, żeby się zaopiekował trochę moją córką, wziął ją na dyskotekę, trochę ją rozruszał. W pewnym momencie przestał nam wystarczać pobyt w resorcie turystycznym odizolowanym od prawdziwego świata. Postanowiłyśmy, że chcemy zobaczyć, jak wygląda prawdziwa Kuba. Więc kiedy Yasmani zaprosił nas do swojej rodziny, do Santa Clary, z wielką ochotą pojechaliśmy w jego rodzinne strony.

On, jak większość Kubańczyków, marzył o tym, żeby wyjechać, zobaczyć inny świat.

Zaczęłam go traktować trochę jak matka, bardzo zaangażowałam się w jego sprawy rodzinne, pomagałam mu, szczególnie że jego ojciec zachorował na raka skóry. Kiedy zobaczyłam, że Yasmani występuje w starym, pożyczonym garniturze, to zrobiło mi się bardzo przykro i kupiłam mu nowy. Czułyśmy się tam z córką jak w rodzinie. Oni żyją w komitywie, ten, kto ma więcej, dzieli się z sąsiadami. Kiedy robią party na ulicy, wszyscy sąsiedzi się bawią, niewiele mają, ale się cieszą. To nas uwiodło, ta spontaniczność, luz. Dla Kanadyjczyków, którzy na co dzień gonią za karierą i pieniędzmi, to może być wabikiem. Sam Yasmani jawił mi się wówczas jak barwny ptak. Moja córka też się do niego bardzo przywiązała.

Zakochała się w nim?

Absolutnie nie, Ania traktowała go jak brata. Od samego początku wyczułam, że jest gejem. Pochodzę z artystycznej rodziny, przez wiele lat zajmowałam się tańcem towarzyskim i miałam do czynienia z ludźmi nieheteronormatywnymi. Wiem, jak się zachowują, w jak specyficzny sposób traktują kobiety. On się za nic w świecie nie chciał do tego przyznać, więc mu powiedziałam, żeby nie bajerował, bo ja po dotyku dłoni wyczuwam, kim jest. Wracając do mojej córki: dziewczyna, która siedziała w domu, nie miała przyjaciół, nagle wyszła w świat. Chodziła z bandą gejów na imprezy. Czuła się fantastycznie. Odżyła. Dla matki nie ma nic lepszego niż szczęśliwe dziecko.

Pomogłyście mu wyjechać do Kanady?

Pomyślałyśmy, że pomożemy jemu, a on przy okazji mojej córce. Wtedy, kilka lat temu, istniał w Kanadzie rządowy program, który z grubsza polegał na tym, że zatrudniało się imigrantów do opieki nad chorym, dzięki czemu oni mogli legalnie przyjeżdżać. Kanadyjczyk mógł sponsorować taką osobę, zapewniając jej łatwy start na początku. Właśnie na tej podstawie Yasmani przyjechał do nas w charakterze opiekuna mojej córki, pomogłyśmy mu, razem z córką przedłużyć pobyt i otrzymać wizę.

Oczywiście mieszkał u nas. Poznał, popularnego w Ottawie, kubańskiego muzyka Miguela de Armas, z którym też zaczął koncertować i bardzo mu się tutaj podobało. Mimo że już przecież był dorosły, bardzo go pilnowałam, wiedząc, że jego matka nie wybaczyłaby mi, gdyby mu się coś stało. Moja córka chodziła razem z nim na imprezy. Miała dużo pomysłów, energii. Dałam mu do zrozumienia, że ma wolną rękę, jeśli chce się z umawiać z chłopakami. Potem zaczął dramat, bo okazało się że jeśli chce przedłużyć swój pobyt i dostać wizę do pracy to musi wyjechać do kraju urodzenia. Po siedmiu miesiącach wrócił więc na Kubę, i wtedy okazało się że Kanadyjczycy nie chcą mu już dać wizy. Nie wiedziałyśmy dlaczego.

Wtedy Pani córka wymyśliła, że wyjdzie za niego za mąż.

Taki był jej plan. On będzie miał paszport i będzie mógł swobodnie jeździć po świecie, a ona zyska przyjaciela, który stanie się dla niej oparciem w trudnych chwilach. Poza tym pomyślała, że jak wyjdzie za Kubańczyka, dostanie rezydenturę kubańską i będzie mogła swobodnie przyjeżdżać bez wizy. Wzięli ślub na Kubie, ale wrócili do Polski, do Krakowa, bo moja córka miała tam rozpocząć studia. Zna kilka języków, jest tłumaczem. Łebska dziewczyna, tylko choroba utrudnia jej życie.

Ambitnie zaczęłyśmy mu szukać pracy w branży muzycznej, bo rytmy latynoskie są bardzo cenione w Polsce. Postanowiłam go promować, uruchomiłam znajomości, zrobiliśmy mu wizytówki, portfolio, wyprodukowaliśmy kilka nagrań w sieci. Kupowałam mu dużo rzeczy, bo chciałam, żeby komfortowo się czuł. Nie dlatego, jak później usłyszałam, żeby go kupić. Niestety, gdy zamieszkał w Polsce, zaczęły się uniki. Właściciel teatru rewiowego z Krakowa, zatrudnił go u siebie, przygotował dla niego specjalny program z piosenkami kubańskimi. Zostały zamówione plakaty. Skończyło się na jednym występie. Cała jego ciężka praca włożona w przygotowanie przedsięwzięcia i zainwestowane pieniądze poszły na marne.

Nagle zniknął i do dzisiaj nie wiadomo, co się z nim dzieje?

Poznał uroczego architekta Wojtka i uciekł z nim do Austrii. Przed świętami powiedział mojej córce, że wyjeżdża, bo tam można zrobić prawdziwą karierę, a w Polsce się nie da.

To się działo 3 lata temu. Moja córka po tym wszystkim była chora przez dwa lata, ale wyszła z tego. Dla niej był całym oparciem, ani przez chwilę by nam nie przyszło do głowy, że ją tak nagle zostawi. Córka zawaliła studia, nie dostała się na Uniwersytet Jagielloński, oblała hiszpański. Kubańczycy żyjący w Kanadzie nagle zaczęli mi uświadamiać, że w zasadzie poznałam żigolaka.

Yasmani to takie piękne „ciacho”, jego uroda i charyzma powodują, że ludzie do niego lgną, nie zdając sobie sprawy, że to narcyz, który ludzi traktuje jak obiekty, wykorzystuje i porzuca. Kubańczycy w obcym kraju chronią się nawzajem, nikt mi nie powiedział, że on już wcześniej miał plan. Opiekowałam się jego chorym ojcem, wysyłałam pieniądze na Kubę. Jak uciekł, jego rodzina w ogóle się do mnie nie odezwała. Zaczął wysyłać mejle do mojej córki, że chce rozwodu. Nawet nie zapytał, jak się czuje. Wyrzucił Ankę z Facebooka zaraz po wyjeździe.

Jak to się stało, byłyśmy w szoku. Córka nie mogła wyjść na ulicę, bo miała lęki, była w kompletnej rozsypce. To pogłębiło jej chorobę.

Yasmaniemu nie udało się zdobyć polskiego obywatelstwa?

Nie, bo musiałby mieszkać w Polsce przez 2 lata, takie są zasady. W styczniu jego paszport stracił ważność, więc prawdopodobnie wrócił na Kubę. Znajoma prawniczka doradziła nam, żeby jak najszybciej wziąć rozwód oraz zgłosić sprawę w urzędzie emigracyjnym, bo w Polsce jest takie prawo, że gdyby się zadłużył, córka musiałaby te długi spłacać.

Czy nie brała Pani pod uwagę tego, że Yhasmani będzie sobie chciał ułożyć życie, że taki układ nie będzie trwał wieczne?

Oczywiście, obie z Anią wiedziałyśmy, że to układ tymczasowy. Ale formalności związane z otrzymaniem polskiego obywatelstwa trwają dwa lata. W tym czasie miał się opiekować Anią, żeby nie była sama w mieszkaniu, bo często miewała lęki, bardzo silne ataki paniki. On o tym wiedział i pomagał jej z tego wychodzić, czuła się przy nim bezpieczna. Dla mnie było oczywiste, że mamy umowę, mówiłam mu: ja ci pomogłam, opłaciłam wszystko, ślub, podróż, to ty też daj coś z siebie.

Kubańczycy potrafią zawrócić w głowie bardziej niż najmocniejszy rum. Przypuszczam, że jest więcej takich, którzy dali się na to nabrać?

Kubańczycy są bardzo przystojni, temperamentni, łatwo się w nich zakochać. Moja znajoma prawniczka z Kanady pojechała na Kubę, poznała Kubańczyka i oszalała, kompletnie straciła głowę, Przywiozła go do Ottawy, zaszła w ciążę. To bardzo majętna osoba, ma dom za dwa miliony dolarów. Gdy dziecko skończyło dwa latka, zaczął sobie szukać następnej. Tak naprawdę chodziło mu o załatwienie dokumentów. Inna moja znajoma przywiozła znajomego Kubańczyka do Polski. Popracował rok i zniknął, a ona do tej pory nie ma rozwodu. Takie przykłady można by mnożyć.

Ja miałam jeszcze plan, żeby lecieć na Kubę i spotkać się tam z kumplem Yasmaniego, który zaoferował pomoc Ani. Wtedy moja koleżanka Kubanka przestrzegła mnie: „Oni wszyscy tacy są, nie wierz nikomu”. Byłyśmy naiwne, zaślepione.

Kuba przypomina Polskę z czasów PRL-u. Kubańczycy są pokoleniem straconych szans, nie widać, żeby szykowała się jakaś rewolucja. Zamiast wyjeżdżać, powinni coś zmienić we własnym kraju.

Kubańczykom ten system służy. Posiadanie chłopaka czy dziewczyny z zagranicy to forma nobilitacji oraz okazja do zakosztowania lepszego życia. Oni sami mówią, że nie są źli, że to system ich tego nauczył. Wszystkiemu winna jest blokada nałożona na Kubę przez „złe” Stany Zjednoczone. To nauczyło Kubańczyków radzić sobie w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji. Jak mawiają: na Kubie wszystko jest możliwe i nic nie jest pewne. Uważają, że są najseksowniejszym narodem świata, mają się za najlepszych kochanków. Dla Kubańczyków turysta jest łakomym kąskiem. Wielu znajomych Kanadyjczyków, którzy już wiele razy byli na Kubie, zmienili kierunek na Dominikanę. Kulturowo i mentalnie to podobny kraj, ale bardziej nowoczesny, demokratyczny.

Kanada jest drugim największym krajem na świecie i drugim, w którym najlepiej się żyje według rankingu Best Countries Report z 2017 roku.

Mieszka pani w Kanadzie od 30 lat, ma pani podwójne obywatelstwo. Jak się pani tam znalazła?

Przyjechałam tutaj nie do końca z mojego powodu. To był pomysł mojego męża, który chciał wyjechać z Polski i uciec od swojej rodziny, majętnej i lubiącej mieć wszystko pod kontrolą.

Ja przeciwnie, jestem z rodziny artystycznej, rzeczy materialne mają znaczenie, ale drugorzędne, najważniejszy jest dom, rodzina, ciepło. Od początku było wiadomo, że nic z tego nie będzie, bo ktoś, kto ciągnie tylko do pieniędzy, nigdy nie zrozumie tej drugiej osoby. Po mojej decyzji o rozwodzie, musiałam sobie radzić sama. Koleżanka zaproponowała mi, żebym zajęła się starszymi ludźmi i została opiekunką. Zrobiłam specjalny kurs, żeby mieć certyfikat i uprawniania. Obecnie pracuję w szpitalu i hospicjum.

Skończyłam Akademię Rolniczą w Krakowie. Musiałam przełknąć gorzką pigułkę, że nie będę pracować w swoim zawodzie. Kiedy wreszcie stanęłam na nogi finansowo, moja córka zachorowała. Miała wówczas 15 lat. Wiedziałam, co to za choroba, bo miałam takich pacjentów, myślałam, że się zabiję, bo to jest chyba najgorszy z możliwych scenariuszy.

 

Sympatyczny, uprzejmy, to przymiotniki nieodłącznie zrośnięte z Kanadą. Na pytanie „jacy jesteście?” Kanadyjczycy odpowiadają, że są mili no i że nie są Amerykanami.

To taki stereotyp. Ta uprzejmość jest bardzo płytka i powierzchowna. Owszem, Kanadyjczycy podwiozą cię i pożyczą cukru, ale poza tym trzymają na odległość ramienia, trudno o prawdziwe przyjaźnie czy szczerą rozmowę.

Oni są wychowywani w systemie, w którym nie okazuje się uczuć i unika mówienia prawdy. Ja pracuję w szpitalu, gdzie ścierają się takie skrajne emocje. Gdy chorego odwiedza rodzina kanadyjska, jej członkowie potakują głowami i nie zadają pytań lekarzowi, któremu ślepo wierzą. Gdy przychodzi rodzina włoska, wypytują lekarza o wszystko, przynoszą jedzenie i są bardzo opiekuńczy. Z mojego punktu widzenia Kanadyjczycy pozornie są mili, ale tak naprawdę nikt nie wie, co w nich siedzi. Gdy Kanadyjka źle się czuje, raczej o tym nie powie i będzie przekonywać, że jest super. Kiedy mówię, że przecież widzę, że coś jest nie tak, wytrącam ich z równowagi.

Są jednak trochę podobni do Amerykanów, którzy też zawsze się uśmiechają.

Ale Kanadyjczycy są skromniejsi, nie uważają się za najlepszy naród na świecie i nie muszą na każdym kroku udowadniać, że „mają grubszy portfel”.

Poza tym w przeciwieństwie do Ameryki tutaj jest opieka socjalna i służba zdrowia na bardzo wysokim poziomie, są wysokie zasiłki. W Kanadzie jak komuś się podwinie noga, nie radzi sobie w życiu, to państwo mu pomoże. W USA jak sobie nie radzisz, to wylądujesz na bruku. Ale z drugiej strony tam są większe możliwości. Jak ktoś jest przebojowy, łebski, to tam ma szansę na większą karierę.

Amerykański prezydent Donald Trump mógłby się od premiera Kanady wiele nauczyć. Justin Trudeau jest feministą, którego męskości nie zagraża ani partnerstwo w związku, ani nawet różowa koszulka na Paradzie Równości.

Premier Kanady przypomina prezydenta Kennedy’ego, ma charyzmę, jest przystojny, bezpośredni i ma dobry kontakt z ludźmi. Jego rząd to w połowie kobiety. Gdy go wybrali, wszedł do kolejki podziemnej metra i ściskał przechodniów, a oni wszyscy o mało nie oszaleli. To były przemyślane akcje. Wie, jak się sprzedać, jak kupić ludzi. Ale robi też rzeczy, które nie podobają się Kanadyjczykom, np. lekką ręką trwoni środki publiczne, ponieważ pięć razy w roku lata samolotami na najdroższe wakacje.

Jego ojciec, który również był premierem, Pierre Trudeau, uwielbiał jeździć na wakacje na Kubę. Castro oczarował ojca Justina Trudeau do tego stopnia, że panowie przyjaźnili się do końca życia. Na pogrzebie w 2000 roku Castro był jednym z honorowych żałobników.

Pani historia może trochę zniechęcić do wyjazdów na Kubę.

Ależ jak najbardziej trzeba tam jeździć chociażby po to, żeby się przekonać na własne oczy. Chciałam tylko przestrzec, żeby nie ulegać złudzeniom. Sytuacja polityczna na Kubie się zmienia. Radzę jechać na wyspę jak najszybciej, zanim znikną stare samochody i zrujnowane kamienice. Jadąc na Kubę na wczasy all inclusive, prawdopodobnie wrócimy wypoczęci, ale nie poznamy prawdziwego smaku wyspy. Bo ten smak nie bierze się z nadmiaru, ale z niedostatku. Kuba jako jeden z nielicznych krajów opiera się kapitalistycznemu wyścigowi szczurów i korporacyjnemu zniewoleniu. Dla Kubańczyków myślą przewodnią są słowa:„Jutro to zrobię, jutro pomyślę”. Może to jest to, co nadal przyciąga ludzi do tego kraju?

Imiona i nazwiska, na życzenie bohaterów, zostały zmienione.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa