Czarne chmury nad Gdynią

Relacja z 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych
5 minut czytania
348
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
24 września 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Tegoroczny Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni upłynął w atmosferze skandalu. Takowe, jak wiadomo, nie wynikają z niczego. Wydarzenie z pewnością potrzebuje zmian, a te, głośno zapowiada już samo środowisko.

Jeszcze przed rozpoczęciem 44. FPFF wybuchła afera związana z selekcją samych filmów. Do konkursu głównego nie zakwalifikowała się „Mowa ptaków” Xawerego Żuławskiego. Ostatecznie w wyniku głośnych protestów twórców i złożeniu rezygnacji przez wszystkich członków Zespołu Selekcyjnego festiwalu, obraz został włączony do programu. Wtedy nikt nie wiedział, że czeka nas jeszcze jedna taka sytuacja.

Już podczas trwania imprezy z konkursu głównego wycofany został film „Solid Gold” Jacka Bromskiego. Reżyser w swoim oświadczeniu komentującym sprawę napisał:

Rozumiem, że skoro nie wyraziłem i nadal nie wyrażam zgody na przemontowanie filmu i jego propagandowe wykorzystanie przed wyborami, TVP SA wywarło nacisk na producenta filmu, aby wycofać mój film ze wszystkich zaplanowanych pokazów festiwalowych, także z tych, na które bilety zostały już sprzedane.

W wyniku zakulisowych działań TVP wycofało się z roli koproducenta filmu, a tytuł w przeddzień zakończenia festiwalu wrócił do gry o Złote Lwy. Co interesujące instytucja reprezentowana przez Jacka Kurskiego zarzuciła Bromskiemu, że to on uległ presji, dokładniej środowiska Adama Michnika, które wymusiło ocenzurowanie filmu z niewygodnych dla niego wątków.

Słowem, cyrk, ale i tak jesteśmy dopiero na półmetku.

W trakcie trwania festiwalu odbyła się także konferencja Gildii Reżyserów Polskich. Twórcy głośno wyrazili swoje niezadowolenie z obecnej formy wydarzenia, domagając się jego reformy. Przedstawiono postulaty, których wprowadzenie ma przywrócić FPFF prestiżowy charakter. Jeśli te nie zostaną spełnione, reżyserzy nie wykluczają powołania konkurencyjnego festiwalu polskich filmów.

Wisienką na torcie kontrowersji z Gdyni była przemowa Dawida Ogrodnika odbierającego na scenie Teatru Muzycznego im. D. Baduszkowej nagrodę za najlepszą pierwszoplanową rolę męską za film „Ikar. Legenda Mietka Kosza”. Aktor zaatakował ad personam współpracującego z prawicowymi mediami krytyka filmowego Łukasza Adamskiego za jego recenzję rzeczonego tytułu. Później zaś nastąpiły słowa wyrażające brak poparcia Ogrodnika dla obecnej władzy. Wniosek jest jeden – środowisko filmowe aż kipi ze złości, a ta, jak udowadnia historia rodzimej kinematografii, często przekuwana jest w bezkompromisowe i ważne dzieła. Dlaczego zatem na tegorocznej edycji festiwalu było ich tak mało?

Poziom prezentowanych filmów był zaskakująco niski.

Dosłownie na palcach jednej ręki można by było zliczyć te, które bezapelacyjnie należy uznać za udane. Taki z pewnością był triumfujący z główną nagrodą „Obywatel Jones” Agnieszki Holland, przedstawiający oczami brytyjskiego dziennikarza tragiczną historię przemierającej głodem Ukrainy za panowania Stalina. To przestroga przed tym, że nie należy bagatelizować różnych przesłanek ze sceny politycznej będących zwiastunem fatalnych następstw, a także ostrzeżenie przed tym, że historia, również ta najstraszniejsza, lubi się powtarzać. Film niestety aktualny również i dziś, a przy okazji najlepsza produkcja reżyserki od lat. Czy jednak zasłużyła na główną nagrodę? Mam pewne wątpliwości.

Do wydarzeń z minionych czasów odwoływała się niemal połowa konkursowych propozycji. Niekiedy tematyka historyczna była główną osią danego dzieła, innym razem stanowiła jedynie tło („Czarny mercedes”, „Ukryta gra”). Wygląda na to, że polska kinematografia tkwi w pewnych sentymentach i lubi odwoływać się do zbiorowej pamięci. Najsilniej niepodległościowe obsesje widoczne były na przykładzie „Piłsudskiego” i „Legionów”, ale przecież i „Kurier” Władysława Pasikowskiego o Janie Nowaku-Jeziorańskim, nie jest niczym innym, jak obrazem-pomnikiem mitologizującym wydarzenia z naszej historii.

Za to niezwykle mało filmów mówiło o naszym tu i teraz.

Taki wątek można było zaobserwować w „Procederze”, ale został on jedynie muśnięty. Wyjątkiem wydaje się zatem jedynie wręcz anarchistyczna w swym wydźwięku „Mowa ptaków”, która bierze Polskę za chabety i krzyczy jej w twarz. Twórcy, co prawda nieco pogubili się w tej furii tworząc obraz mało przystępny, ale z pewnością jakiś, czego brakowało wielu innym gdyńskim filmom.

Zupełnie bezpłciowy okazał się „Żelazny most” o miłosnym trójkącie naznaczonym tragedią czy też krytykujący kapitalizm i codzienny pęd „Interior” z onirycznymi wstawkami, które jeszcze bardziej rozsadzały już chybotliwą konstrukcję obrazu. 44. FPFF udowodnił także, że kilka perełek kina gatunkowego z minionych lat nie oznacza wcale, że nasi twórcy posiedli już wiedzę, jak tworzyć takie filmy. Kryminalny „Czarny mercedes” odstraszał swoją pretensjonalnością, niechlujną wprawką było także „Ciemno, prawie noc”, zaś wyróżniona nagrodą specjalną „Ukryta gra” z Robertem Więckiewiczem i Billem Pullmanem to jedynie poprawne operowanie kliszami kina szpiegowskiego osadzonego w realiach zimnej wojny.

Choć główną nagrodę zdobyła Agnieszka Holland, to zwycięzcą wydaje się być inny obraz.

„Ikar. Legenda Mietka Kosza” zdobył bowiem aż siedem statuetek, w tym dla Dawida Ogrodnika, Srebrne Lwy oraz nagrodę dla najdłużej oklaskiwanego filmu. Laury w pełni zasłużone, bo to sprawnie poprowadzone kino biograficzne z aktorskim tour de force Ogrodnika. Te głosy już się pojawiły, ale należy powtórzyć to jeszcze raz. Za takie role w Hollywood ma się murowanego Oscara, czego zresztą doświadczył Jamie Foxx z „Rayem”. Również i tu otrzymujemy opowieść o niewidomym pianiście, tytułowym Mietku Koszu, którego nazwisko nie powinno być obce żadnemu fanowi rodzimego jazzu. Maciej Pieprzyca, reżyser, dołożył wszelkich starań, aby jak najdokładniej oddać realia, w których rozgrywa się akcja filmu, a całość została okraszona zachwycającymi maestrią kompozycjami Kosza.

Na 44. FPFF biografie, przynajmniej pod względem liczebności, miały się zresztą bardzo dobrze. Do tego nurtu niewątpliwie należał jeszcze „Kurier”, „Piłsudski”, a także „Proceder” o tragicznie zmarłym raperze Chadzie. Niestety żadna z wymienionych produkcji nie była dziełem w pełni spełnionym. Pasikowski jakby spokorniał i zatracił styl, z kolei historia marszałka wydawała się zbyt sterylna i niedostatecznie autentyczna, choć potrafi tchnąć w serce wzruszenie i poruszyć nawet najgłębiej skrywane patriotyczne nuty. Co zaś tyczy się „Procederu” to nie pokusił się on o tak silny wątek społeczny, co w traktującym o podobnym temacie „Jesteś bogiem”. Również postać Tomka Chady, tak przecież złożona, nie została dostatecznie zgłębiona i wyjaśniona. To obraz co najwyżej poprawny, choć nie każda nuta jest w nim fałszywa, a z tych, które trafiają w punkt wydobywa się autentyczny głos ulicy, tej spod warszawskich kamienic, tej brudnej i kryjącej wiele niebezpieczeństw.

Największym przegranym, choć z nagrodami, pozostaje „Boże ciało”.

Polski kandydat do Oscara wydawał się pewniakiem do Złotych Lwów. Stało się inaczej, choć obraz zwyciężył m.in. w kategorii reżyserskiej, scenariuszowej, a także dostał nagrodę dziennikarzy i nagrodę publiczności. Te dwie ostatnie być może należałoby nawet potraktować jako te najważniejsze. Po widowiskowym i rozpatrywanym w kategoriach zaawansowania technologicznego „Mieście 44”, Jan Komasa stworzył film stojący na zupełnie przeciwległym biegunie. Jest dużo skromniej, kameralnie, bez rozmachu i skrywania się za efektownością. Jedynie sam niedoskonały człowiek w niedoskonałym świecie, w którym „niezbadane są boskie wyroki”. Coś szczerego, ludzkiego i pełnego ciepła oraz empatii.

Godna uwagi była także „Supernova” debiutującego za kamerą pełnego metrażu Bartosza Kruhlika. Obraz z pogranicza dramatu policyjnego wymieszany z realizmem polskiej prowincji, w którym akcja jest gęsta, jak smoła, a tempo rośnie z minuty na minutę nie pozwalając widzowi oderwać wzroku od ekranu. Całość rozgrywa się niemal wyłącznie na jednej wiejskiej drodze, a sam początek nie zwiastuje niczego spektakularnego, ale ostatecznie ekran kipi od stresu i napięcia nie dając chwili na wytchnienie. Debiut zapadający w pamięć.

Kolejnym debiutem, jednak tym razem aktorskim, był ten należący do Zofii Domalik w „Wszystko dla mojej matki”. Obraz można potraktować jako emocjonalny szantaż na odbiorcy. Wymuszony jest on przez naładowanie filmu dramatycznym ciężarem sprowadzającym się do rozłożenia na łopatki ekranowych bohaterek, a następnie jeszcze silniejszym dociśnięciu ich ciężkim buciorem do błota pokrywającego egzystencjonalny rynsztok, ale pal to licho. Trudno powstrzymać się od wylewania rzewnych łez i łapania się za głowę od tych złamanych życiorysów, tak dobitnie ukazanych przez związaną do tej pory z kinem dokumentalnym Małgorzatę Imielską.

Cieszy również aktorska nagroda dla Sebastiana Stankiewicza za rolę w pełnym elegancji „Panu T. ”, w którym to w tytułową postać wciela się powracający po dłuższej przerwie na wielki ekran Paweł Wilczak. To opowieść o żyjącym w Warszawie lat 50. pisarzu, który nie daje się stłamsić władzy. Dzieło jest inspirowane biografią i wspomnieniami Leopolda Tyrmanda, choć, jak podkreśla reżyser, to tylko luźna inspiracja, nie zaś obraz oparty na czyimkolwiek życiorysie.

Jak bądź zatem tegoroczny festiwal w Gdyni mógł się pochwalić mocnymi punktami, tak te znajdowały się w mniejszości. Była to jednak z pewnością ważna edycja pod tym względem, że stanowi zapowiedź czegoś nowego. Dotychczasowa formuła wyczerpała się, a liczne kontrowersje tylko podkopały pozycję imprezy. Idzie nowe, w którym miejmy nadzieję kontekst polityczny nie będzie już tak ważny, a bardziej liczyć się będzie po prostu samo kino. Quo vadis Gdynio? Odpowiedź być może już za rok.

 

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.