Dziewczynki z Przemyśla

Pamiętnik Reni Spiegel
21 minut czytania
427
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
22 września 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Przez lata w Polsce praktycznie nikt o niej nie słyszał. Dziś światowe media piszą o „polskiej Annie Frank”.

– Czytając dramatyczny i poruszający pamiętnik Reni, zdajesz sobie sprawę, jak szybko może się zmienić świat — powiedział dziennikarz Albert Horvath, który w listopadzie 2018 r. prowadził prelekcję w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. Odbyło się ono kilkanaście dni po strzelaninie w synagodze w Pittsburghu, w której zginęło 11 osób. Sprawca wbiegł do świątyni i krzyczał, że „wszyscy Żydzi muszą zginąć”. Następnie otworzył ogień do wiernych.

Spotkanie w Muzeum Holocaustu poświęcone było pamiętnikom Reni Spiegel, polskiej Żydówki zabitej przez nazistów w 1942 roku. W chwili śmierci miała zaledwie 18 lat. Renia była w Polsce przez dziesięciolecia praktycznie zapomniana, za to w USA już kilka lat temu mówi się o niej jako o „polskiej Annie Frank”. Wszystko dzięki prowadzonemu przez trzy lata pamiętnikowi, w którym opisywała wojenna codzienność w Przemyślu. Swoje wspomnienia dziewczynka zaczęła spisywać w styczniu 1939 r.

Dwie siostry, które rozdzielił front

– Dlaczego właśnie dziś zaczynam mój pamiętnik? Czy wydarzyło się coś ważnego? Czy dowiedziałam się o dzienniczkach moich koleżanek? Nie! Po prostu szukam przyjaciela. Szukam kogoś, komu mogłabym opowiadać troski i radości życia codziennego. Kogoś, kto by czuł to co ja czuję, kto by mi uwierzył, kto by nigdy nie zdradził moich tajemnic. Ponieważ zaś takim przyjacielem nigdy nie może pozostać człowiek, więc postanowiłam uczynić moim powiernikiem pamiętnik – napisała 14-latka na pierwszej stronie pamiętnika.

Renia nie urodziła się w Przemyślu, lecz w Uhryńkowcach w ówczesnym województwie tarnopolskim. Dzisiaj to teren Ukrainy. Jej ojciec, Bernard, był zarządcą dóbr w Uhryńkowcach. Renia miała młodszą o 6 lat siostrę Arianę, u której już w dzieciństwie odkryto talent aktorski. W wieku 8 lat Ariana wystąpiła w spektaklu „Cyrulik Warszawski”, a następnie w kilku filach fabularnych. Była naprawdę utalentowana, tak że prasa ochrzciła ją mianem „polskiej Shirley Temple”. Świadczyć może o tym wzmianka „Kurierze Filmowym” z 1938 r. 

– Talent tej polskiej Shirleyeki jest rzeczywiście zdumiewający. Producenci filmowi poważnie się nią zainteresowali i kto wie czy nie należałoby zrealizować pełnometrażowego filmu – czytamy w czasopiśmie.

Właśnie w związku z rozwijająca się karierą Ariany, mama zabrała ją do Warszawy. Zadecydowano, że starsza córka zamieszka w domu dziadków w Przemyślu. Rodzina nigdy już nie spotkała się w komplecie. Na początku II wojny światowej miasto zostało podzielone pomiędzy okupantów niemieckiego i sowieckiego. Renia mieszkała w części sowieckiej. Po ataku III Rzeszy na Sowietów, ta część miasta trafiła pod okupację niemiecką. Dziewczynka nie zdołała uciec z Podkarpacia do Warszawy. Zresztą w 1942 r. trafiła do getta.

– Zapamiętaj ten dzień; Zapamiętaj go dobrze. Opowiesz pokoleniom po nas. Od godziny ósmej jesteśmy zamknięci w getcie. Mieszkam tu teraz. Świat jest ode mnie oddzielony, a ja jestem odseparowana od świata – napisała pod datą 15 lipca 1942 r., na dwa tygodnie przed śmiercią.

Pamiętnik przekazywany z rąk do rąk

Przez trzy lata spisała 700 stron wspomnieć. Niechybnie by przepadły, gdyby z wojennej zawieruchy nie uratował ich Zygmunt Schwarzer, jedyna miłość Reni. Na innych chłopców nie miała już czasu, zginęła kilka tygodni po swoich 18 urodzinach. Dziewczyna przekazała Zygmuntowi pamiętnik na jednym z ich ostatnich spotkań – na kilka dni przed wejściem do Przemyśla Niemców.

To Schwarzer dopisał kilka ostatnich zdań w pamiętniku – już po tym, jak naziści znaleźli ukrywająca się na strychu Renię. Zastrzelili na miejscu, oszczędzono jej piekła obozu koncentracyjnego.

– Trzy strzały! Zabrano trzy życia! Słyszę tylko strzały, strzały… – napisał przyjaciel Reni. Dwoma pozostałymi ofiarami byli rodzice Zygmunta.

Zanim Schwarzer trafił do Auschwitz, przekazał dziennik na przechowanie. Przyjaciel Reni szczęśliwie przeżył obóz i wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie spotkał się z mamą Reni i jej siostrą, Arianą, która później zmieniła imię na Elżbieta. Obie zamieszkały w Nowym Jorku.

Ariana vel Elżbieta oraz matka dziewczynek, Róża, spędziły wojnę w Warszawie, przeżycie zawdzięczają pomocy różnych osób, między innymi katolickim zakonnicom.

Elżbieta nie mogła zmusić się do przeczytania zapisków siostry. Zdeponowała je w bankowym sejfie, gdzie spoczywały aż do 2012 r., gdy jej córka, Alexandra Bellak, przekonała matkę do otwarcia skrytki i zleciła tłumaczenie na język angielski.

– Byłam ciekawa swojej przeszłości, mojego dziedzictwa oraz tej niezwykłej kobiety, po której mam drugie imię, Renata. Nie mówię po polsku (dzięki, mamo!). A mama nigdy nie przeczytała pamiętnika, to było dla niej zbyt bolesne – powiedziała Alexandra w rozmowie z dziennikarzami CNN.

„Czy chce pan przeczytać pamiętnik z czasów okupacji?”

Pani Róża zmarła w 1969 r., Elżbieta dobiega 90-ki. Choć ze względu na ładunek emocjonalny lektura okazała się dla niej zbyt trudna, to zależało jej, by pamiętnik mogli przeczytać inni. Dlatego też w 2014 r. udała się na otwarte spotkanie z mieszkającym od lat w Nowym Jorku reżyserem Tomaszem Magierskim, który już wcześniej podejmował w swoich filmach tematykę żydowską. Po prelekcji podeszła do niego i spytała, czy chciałby zapoznać się z pamiętnikiem jej siostry z czasów okupacji. Chciał, bardzo.

– To dzieło literackie i dokument czasów Zagłady. Dziennik zawiera również wiersze charakteryzujące się niebywałą dojrzałością i wrażliwością, komentujące stany emocjonalne autorki, ale też scenę historyczną. Historia Reni i jej siostry Ariany jest nieznana, dlatego zdecydowałem się, żeby ją opowiedzieć i równocześnie przywrócić do życia twórczość Reni Spiegel – powiedział Magierski w rozmowie z podkarpackim dziennikiem „Nowiny”.

W 2015 r. Elżbieta powołała Fundację Reni Spiegel. Jej celem była przede wszystkim publikacja pamiętnika, ale też przyznawanie nagrody jej imienia oraz różne działania na rzecz propagowania kultury i tolerancji między różnymi narodami. Prezesem Fundacji jest Tomasz Magierski.

Swą polską premierę film będzie miał 18 września 2019 r. w warszawskim kinie „Iluzjon”. Na uroczystym pokazie obecny będzie nie tylko reżyser, lecz również Elżbieta Bellak. Informacje o kolejnych projekcjach zamieszczane będą na profilu Fundacji.

Polskie tłumaczenie wspomnień Reni („Dziennik 1939-1942”) zostało wydane w 2016 r. siłami Fundacji. Niestety, bardzo trudno ją dostać, bo na półki trafiło niewiele egzemplarzy. Można szukać w antykwariatach, ale żadna księgarnia wysyłkowa nie ma obecnie „Dziennika” w ofercie. Zainteresowanie historią Reni i premiera filmu z pewnością spowodują, że pojawią się dodruki.

Przemyscy Żydzi

W okresie międzywojennym Żydzi stanowili 34 proc. mieszkańców Przemyśla. Byli więc druga, po Polakach, grupą narodową. Należało do nich 30,1 % budynków wg stanu z 1932 r., ale w Śródmieściu – aż 68,4%. W 1926 r. ok. 90% placówek handlowych w mieście było w posiadaniu Żydów; do końca okresu międzywojennego liczba ta zmalała o ok. 10%. W 1930 r. odebrano koncesje ok. 40 straganiarzom, bowiem nie spełniali oni wymogów higieny – czytamy na najlepszej chyba stronie internetowej poświęconej żydowskim miastom i miasteczkom na przestrzeni wieków, Wirtualny Sztetl. Na kilka lat 16 proc. mieszkańców w tym od wieków wielonarodowym mieście stanowili Ukraińcy.

W okresie II wojny światowej Sowieci wywieźli około 7 tysięcy Żydów przemyskich w głąb Związku Radzieckiego, a później w okresie okupacji hitlerowskiej większość przemyskich Żydów zginęła w obozach koncentracyjnych i w masowych egzekucjach przeprowadzanych na przedmieściach Przemyśla.

Dziś jedynym śladem kilkusetletniej bytności Żydów w Przemyślu są zachowane dwie synagogi oraz cmentarz żydowski przy ul. Słowackiego. Niestety, w Przemyślu – mieści na styku kultur, mieście pogranicza – naprawdę trudno znaleźć ślady wielowiekowej wielokulturowości. Przykładowo – na stronie lokalnej informacji turystycznej znajdują się propozycje tras spacerowych. Jest więc szlak staromiejski, jest propozycja wycieczki rowerowej wzdłuż murów fortów. Nie ma natomiast żadnej trasy śladami przemyskich Ukraińców, czy Żydów. Tę niszę uzupełniają spacery audio przygotowane przez stowarzyszenie Homo Faber w ramach akcji „Szeptany Przemyśl”, co nie zmienia faktu, że miasto swojej oferty nie przygotowało.

Czy to się może zmienić po tym, jak zagraniczne media zaczęły pisać o „polskiej Annie Frank”? Niewykluczone. Historie Anny Frank doskonale wykorzystał jej rodzinny Amsterdam, a mieszkanie rodziny Franków, to jedno z częściej odwiedzanych przez turystów miejsc. W sezonie bilety należy kupować z kilkudniowym wyprzedzeniem.

W nagłym zainteresowaniu osobą Reni jest coś, co mnie niepokoi, a jednocześnie wiele mówi o aktualnym stanie mediów. Dziennikarze przemyscy już kilka lat temu opisywali historię nastolatki, ale media ogólnopolskie w żaden sposób nie podchwyciły tematu. Dopiero gdy w połowie września CNN przygotował duży materiał na temat Reni (a punktem wyjścia był film Magierskiego), krajowe media zaczęły przeszukiwać internet w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o okupacyjnej kronikarce. Potrzeba było, by zagraniczne medium dało swego rodzaju rekomendację, że warto pochylić się nad jakimś tematem, by nareszcie został odkurzony ze strychu historii.

Renia Spiegel nie jest jedyną dziewczynką, którą możemy określić mianem „polskiej Anny Frank”. W Będzinie swój dziennik pisała Rutka Laskier, niestety prowadziła notatki znacznie krócej niż Renia, bo zaledwie przez kilka miesięcy w 1943 r. Opisała przeżycia ostatnich tygodni swojego życia, bo w sierpniu 1943 r. została przewieziona do obozu zagłady Auschwitz-Birkenau, gdzie wraz z mamą i malutkim bratem została zamordowana. Przeżył tylko jej ojciec, który wyjechał do Izraela, gdzie założył nową rodzinę. Jej pamiętnik także przez lata leżał szufladzie i został upubliczniony w 2005 r.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy