Dziwne kino #4 – Zabójcze ryjówki (1959)

9 minut czytania
172
0
Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
27 września 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Pomyślcie, proszę, o najgorszych, najbardziej żądnych krwi i najstraszniejszych monstrach, jakie kiedykolwiek zobaczyliście na ekranie. Być może przyszły wam do głowy takie propozycje, jak zombie z The Walking Dead, Buka z Muminków czy ksenomorf z serii Obcy.

Cóż, do niedawna ja sam miałbym takie skojarzenia. Niestety (albo i stety), mój światopogląd uległ drastycznej zmianie kilka dni temu, kiedy obejrzałem film o przerośniętych ryjówkach, które mordują ludzi. „Zabójcze ryjówki” to produkcja kultowa, która ujrzała światło dzienne w 1959 roku i do dziś może się pochwalić mianem jednego z najgorszych dzieł filmowych wszech czasów.

Nie zrozumcie mnie jednak źle – podczas seansu bawiłem się… zaskakująco dobrze! Wiemy, że są dwa rodzaje złych filmów: te, których seans to męczarnia, katorga dla naszych oczu, uszu i duszy; których reżyserowie powinni do końca swoich dni machać wiosłem na galerze płynącej po oceanie szamba wraz z innymi twórcami tego typu produkcji. Ale są też filmy należące do tych niezbyt udanych, które sprawiają widzowi ogrom frajdy. Takie właśnie są „Zabójcze ryjówki”.

Znane motywy, niecodzienne rozwiązania

Zacznijmy od fabuły: jest skrajnie szablonowa i przewidywalna. Opowiada o naukowcu, który w ramach walki z przeludnieniem chciał zmniejszyć ludzi o połowę. Nie poradził sobie z tym zadaniem – wręcz przeciwnie, zamiast zmniejszenia ludzi, powiększył ryjówki. Śledzimy losy grupy ludzi, którzy muszą przetrwać na wyspie opanowanej przez te żądne krwi istoty. Historia w żadnym momencie nas nie zaskakuje i podczas oglądania mamy wrażenie, że już gdzieś te wszystkie motywy i wydarzenia widzieliśmy, tylko w nieco innej formie. Bez ryjówek.

Co do samych kreatur, z którymi walczą nasi bohaterowie – mamy tu do czynienia z absolutnie najwybitniejszą kreacją w historii kinematografii. Rolę ryjówek grają… psy, którym doczepiono zęby i maski monstrualnych ryjówek. Wszystko z tektury, czasem widać, że się obluzowało. Nie wiem, czy kiedykolwiek ktokolwiek wpadł na bardziej budżetowy pomysł na efekty specjalne, ale jeśli tak – chcę, żeby ta osoba poszła ze mną na kawę.

Dialogi są banalne, niepotrzebne i nic nie wnoszące do całości – ale, co ciekawe, kompletnie nie przeszkadzają. Wręcz przeciwnie! Są znakomitym pretekstem do podziwiania kanciastej, drewnianej, i pozbawionej polotu gry aktorskiej. Aktorzy wcielający się w role głównych bohaterów prawdopodobnie zostali zgarnięci z pierwszego lepszego kółka teatralnego. Radości dostarcza obserwowanie, jak atakowani przez komiczne ryjówki starają się grać i okazywać strach, by potem z powagą na twarzach wyjść z kolejnych tarapatów. Gdybym grał w tym filmie, nie umiałbym nie parskać śmiechem co chwilę.

Tak złe, aż dobre

Całość została stworzona z uroczą nieporadnością, dzięki której nie postrzegamy autorów tego dzieła jako złych ludzi, którzy zmarnowali nam nieco ponad godzinę życia. Mamy przed oczami raczej sylwetki zapalonych fanów filmu, którzy zdecydowali się na poważne przedsięwzięcie, nie mając pieniędzy, wyobraźni, sprzętu i jakichkolwiek umiejętności. Filmu nie sposób nie darzyć olbrzymią sympatią.

Miał być horrorem, ale w żadnym momencie nie odczuwamy strachu – za to co chwilę pokładamy się ze śmiechu. Jest to bardzo ciekawa propozycja dla osób znudzonych sztampowymi wysokobudżetowymi dziełami, jakie regularnie atakują nas z ekranów kin oraz dla ludzi, którzy zastanawiają się, jak źle można zrealizować film, zachowując przy tym aprobatę widza.

Trudno mi oceniać tę produkcję – z technicznego punktu widzenia dałbym bez wahania jedną gwiazdkę na pięć. Nic jednak nie zastąpi nieskrępowanej radochy, jaka towarzyszyła mi podczas seansu, przez co moja ocena natychmiastowo wychodzi poza skalę. Mogę podsumować „Zabójcze ryjówki” jako film tak zły, że aż wybitny. Na pewno jeszcze wielokrotnie do niego wrócę, szczególnie w stanie wskazującym na spożycie.

Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
Autor dwóch powieści młodzieżowych ("Kalesony Sokratesa" i "Wszystkie dziewczyny Wertera"), początkujący stand-uper, fan Pink Floyd, licealista.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.