Dziwne kino #3 – Dziwolągi – film z 1932 roku straszy autentycznością

#dziewnekino część trzecia
11 minut czytania
18494
0
Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
20 września 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Dziwne Kino to cykl, który w założeniu miał być raczej prześmiewczy i luźny. Chciałem opisywać najbardziej absurdalne i najgorsze dzieła kinematografii z przymrużeniem oka. Pozwolę sobie dziś jednak nieco odstąpić od tej reguły. O filmie Dziwolągi z 1932 roku nie da się pisać zabawnie.

Znaczy – może i by się dało, ale kompletnie nie wypada tego robić. A przynajmniej ja nie mam zamiaru. Za bardzo szanuję tę produkcję. Zrobiła na mnie zbyt duże wrażenie.

Dziwolągi, 1932

Film starszy od dinozaurów

A mowa o filmie bardzo starym. Dinozaury jeszcze wtedy po Ziemi chodziły, a ludzie słuchali „Ich Troje” (tak przynajmniej, jako osoba urodzona w 2001 roku, wizualizuję sobie te czasy). Lata 30. XX wieku wydają się być prehistorią i obecnie rzadko przywołuje się obrazy powstałe w tamtych czasach. Wiele z nich traktuje się raczej po macoszemu, zdając sobie sprawę, że kinematografia tamtego okresu nijak się ma do efektów komputerowych, wybuchów, pościgów i innych rzeczy obecnych we współczesnym kinie.

Nie ukrywam także, że nie wszystkie podejścia do filmów wyprodukowanych wtedy okazały się dla mnie owocne – bardzo często nie umiałem przebrnąć przez ich toporność, paskudnie manieryczną grę aktorów i nieprzystępną dla współczesnego widza oprawę audiowizualną. W przypadku „Dziwolągów” jest zgoła inaczej.

 

Gra na miarę czasów

Jest to film opowiadający o bardzo ekscentrycznej grupie cyrkowców złożonej ze wszelkiej maści tytułowych dziwadeł (i proszę nie brać tego określenia pejoratywnie!). Mamy tu między innymi człowieka pozbawionego kończyn, bliźniaczki syjamskie, osoby z deformacjami ciała czy karła, wokół którego skupiona jest fabuła.

Karzeł Hans zakochuje się w pięknej artystce – niestety, jest to miłość ze wszech miar niekompletna, bo on kocha ją, a ona kocha jego pieniądze. Chce wziąć z nim ślub tylko dla jego majątku, a następnie go otruć. Ów misterny plan jednak nie przewiduje tego, że gdy robi się krzywdę jednemu dziwolągowi, inne dziwolągi chcą się zemścić.

Fabuła jest prosta jak barszcz i bardzo przewidywalna, ale to można filmowi wybaczyć, bo kompletnie nie przeszkadza w odbiorze całości. Całą robotę robi bowiem klimat, a ten jest niepowtarzalny. Nigdy w życiu nie oglądałem filmu, który by tak naturalnie grał na emocjach widza i wywoływał niepokój w tak realistyczny sposób. Nie ma tu żadnych efektów specjalnych, scenek nastawionych na przestraszenie widza nagłym wyskoczeniem potwora zza winkla czy muzyki budującej klimat. Cała siła tkwi tutaj w bohaterach, których poczynania obserwujemy na ekranie.

Horror najczystszej próby

Wszyscy aktorzy grający tytułowych dziwolągów to osoby, które faktycznie cierpią na opisane wyżej przypadłości – nie ma mowy o udawaniu i charakteryzacji. To ich postacie budują niepokój obecny u widza w zasadzie od samego początku seansu. Nie potrzeba tu nadprzyrodzonych sił, duchów czy potworów – „Dziwolągi” to bodaj najbardziej – jeśli można tak powiedzieć – naturalny horror, jaki widziałem w życiu.

Końcowe sceny, w których żądne krwi kadłubki i karły pełzają deszczową nocą po błocie, wywołują autentyczny strach nawet teraz, prawie dziewięćdziesiąt lat po premierze. Dziewięćdziesiąt lat! Nie jestem w stanie przytoczyć żadnego filmu z tamtego okresu, który do dziś potrafi sprawić tak piorunujące wrażenie. Mało która produkcja powstała tak dawno może pochwalić się tak starannym, dokładnym wykonaniem. Nie jestem w stanie przyjąć do wiadomości faktu, że film sprzed dziewięćdziesięciu lat zrobił na mnie wrażenie dużo większe, niż jakikolwiek inny horror, wliczając w to klasyki takie jak „Lśnienie” czy „Egzorcysta”.

Wiadomo, że wspomniane produkcje to dzieła z ogromnym rozmachem, a „Dziwolągi” to raczej kameralne kino z manieryczną grą aktorów, ubogą fabułą i momentami trochę topornymi dialogami, ale to właśnie ta produkcja dokonała czegoś, co udaje się w kinie bardzo, bardzo rzadko – straszy przede wszystkim swoją autentycznością i realizmem. Co, jak na film z lat 30., jest niebywale zaskakujące. Seans mną wstrząsnął. Jestem pewien, że bardzo długo nie zapomnę tego filmu i jeszcze kilkakrotnie do niego wrócę.

Polecam „Dziwolągi” nie tylko fanom klasycznego kina, ale i osobom, które nie wierzą w to, że lata 30. mogą nam zaoferować tak kompletne pozycje.

Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
Autor dwóch powieści młodzieżowych ("Kalesony Sokratesa" i "Wszystkie dziewczyny Wertera"), początkujący stand-uper, fan Pink Floyd, licealista.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.