Edukacja seksualna i dziecięce wyobrażenia

13 minut czytania
12657
0
Anna-Maria Siwińska
Anna-Maria Siwińska
2 września 2019

Odsłuchaj

Dlaczego edukacja seksualna jest konieczna? Bo nawet najtroskliwszy rodzic nie jest w stanie przewidzieć jakimi meandrami popłyną dziecięce wyobrażenia na temat seksu.

WHO opublikowało Standardy edukacji seksualnej w Europie, które niestety, w Polsce się nie spodobały. Zaakceptowany w większości krajów europejskich dokument opiera się na przeglądzie literatury naukowej i konsultacjach z ekspertami i zawiera zalecenia dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem.

Celem działań WHO nie jest demoralizacja, tylko jest wprowadzenie w Europie kompetentnej edukacji seksualnej dla dzieci i młodzieży. Chodzi o bezpieczeństwo „naszych” dzieci, bo zgodnie z badaniami edukacja seksualna nie tylko przyczynia się do ogólnej promocji zdrowych zachowań, ale też dostarcza dzieciom i młodzieży zgodnych z wiedzą naukową informacji dotyczących seksualności i rozrodczości.  Ta wiedza pozwala unikać potencjalnych czynników ryzyka, takich jak niechciane zachowania seksualne czy choroby przenoszone drogą płciową.  Założono, że lepiej zapobiegać niż leczyć, a prawidłowo prowadzona edukacja seksualna poprawia stan zdrowia i podnosi jakość życia. Brzmi wspaniale, prawda?

Otóż, nie do końca. Okazało się, że standardy WHO są dla polskich środowisk konserwatywnych i przedstawicieli kościoła katolickiego nieakceptowalne, gdyż prowadzą do „seksualizacji dzieci” i „naruszają prawa wychowawcze rodziców”. I ja o tych prawach chciałam właśnie…

Moja kompetentna matka

Miałam szczęście urodzić się w rodzinie, w której nikt mi nie opowiadał o dzieciach w kapuście, bocianach i „znajdywaniu pod serduszkiem”. Moja światła matka* fachowo odpowiadała na wszystkie moje pytania i starannie mnie uświadamiała poprzez rozmowy i książki. Zaczęłyśmy od dywagacji, jak dziecko wychodzi z brzucha, a do myślenia powinno dać matce, jak w tłumnym miejscu na widok kobiety w ciąży zakrzyknęłam: „A dziecko, to się rodzi do nocnika!”. Bo jeśli do tej pory wszystko z brzucha wychodziło  do nocnika, to gdzie miało wyjść dziecko?

Byłam wychowana w rodzinie jednopłciowej, przez mamę i babcię. Moje uświadomienie było czysto teoretyczne, bo ojciec się wyprowadził jak miałam rok, a matka wychowywała mnie sama. Nie miałam okazji widzieć relacji moich rodziców w sytuacji innej niż podawanie ojcu kawy i ciastka, jak przychodził do mnie.

Moja matka, z wykształcenia psycholożka, podeszła do sprawy bardzo metodycznie, z podręcznikiem w ręku. Zaczęłyśmy od książeczki dla dzieci, potem (szanuję odwagę) matka poinformowała mnie, że na półce stoi podręcznik „Współżycie seksualne człowieka” Mastersa i Johnsona (że Johnson była kobietą dowiedziałam się znacznie później). Niezła lektura dla osoby, która względnie niedawno nauczyła się czytać. Na usprawiedliwienie matki dodam, że naprawdę w latach ‘70 ilustrowana książka edukacyjna dla dzieci była jedna. Jak się okazało wybrakowana.

Seks? Poważna sprawa

Poza lekturą (Masters i Johnson byli jednak nudni) zadawałam pytania uzupełniające, a matka nie skąpiła wyjaśnień, wedle swojej najlepszej wiedzy. Wiedziałam, że komórka jajowa i plemnik. Że jądra i jajniki. Penis i pochwa. Zapłodnienie, połączenie komórek. Nawet wiedziałam o genach od mamy i taty, i dlaczego mam nos ojca, a oczy matki. Do końca podstawówki nie znałam słów wulgarnych na określenie seksu, za to wiedziałam, że samogwałt (matka zaznaczyła, że termin przestarzały), masturbacja i onanizm to, to samo. Mogę śmiało stwierdzić, że byłam w mojej podstawówce najlepiej wyedukowanym dzieckiem, posługującym się językiem całkowicie niezrozumiałym dla rówieśników.

Wszystko niby wiedziałam, ale jedno było tajemnicą…

Gdzie się uprawia seks?

Zanim dotarłam do tego pytania wydawało mi się, że cała operacja wymaga wysokiego stopnia higieny, wszak wymagano ode mnie starannego mycia intymnych części ciała. Noworodki prezentowane były zawsze w sterylno-szpitalnej scenerii, a matki w połogu zalegały w nieskazitelnej bieli. W efekcie traktowałam akt prokreacji jako wydarzenie poważne, medyczno-zdrowotno-higieniczne i (co kluczowe) było to dla mnie tak oczywiste, że nawet nie przyszło mi do głowy zapytać.

Byłam głęboko przekonana, że seks uprawia się wyłącznie na podłodze w łazience. Miałam nawet, i w naszym mieszkaniu i w mieszkaniu ojca kąt, który moim zdaniem nadawał się do tego najlepiej. Choć u ojca istotnie mogło być ciasno.

O tym, że przeważająca większość populacji uprawia seks w łóżku dowiedziałam się, jak zaczęłam oglądać w telewizji filmy ze scenami łóżkowymi. Moje zdumienie było ogromne. Telewizja była wtedy nieco bardziej pruderyjna, a filmem, który tak radykalnie wpłynął na moją edukację seksualną była „Saga rodu Palliserów”.

Druga fala zdumienia nadeszła, kiedy dowiedziałam się, że jednak w łazience też można, ale to już było dużo później.

Jak dzieci wyobrażają sobie seks?

Zadałam to pytanie w internecie, wśród osób, które edukowała rodzina i lektury, a nie podwórko i filmy porno. Odpowiedzi nie zaskoczyły. Terminologię pozostawiłam bez zmian.

S. opisywała, że wyobrażała sobie, że wzwód polega na tym, że jądra wchodzą do członka.

A. zaznacza, że była dzieckiem zaopiekowanym i uświadomionym, rozmawiano z nią o wszystkim i w odpowiednim momencie. Mimo to uważała, że sam akt, to coś nieprawdopodobnie niehigienicznego i ludzie unikają go, jak ognia i uprawiają seks tylko wtedy, kiedy chcą mieć dzieci i odbywa się to następująco: pani kładzie się na boku na tapczanie, podkurczając nogi i eksponując wejście do pochwy. Pan kładzie się za nią, przytykając penisa w odpowiednim miejscu i emitując plemniki. Następnie idą się umyć, bo to było bardzo niehigieniczne. A potem idą spać.

J. domagał się pokazania, gdzie ma ten otwór, którym wychodzi dziecko i był rozczarowany, że  skoro on nie ma biustu i jego koleżanki też nie mają, to dlaczego im urośnie, a jemu nie?

M. myślał, że zakonnice nie mają zewnętrznych narządów płciowych, bo to przecież takie nieczyste, w związku z czym nie wydalają.

S. opowiada, że na pytanie, co trzeba zrobić aby doszło do potencjalnego zapłodnienia odpowiedziała, że trzeba ocierać jądrami o jajniki.

Z. jako dziecko w wieku przedszkolnym oglądając książeczkę o weterynarii odkryła, że aby urodziło się dziecko trzeba odkroić kobiecie pół brzucha i je wyciągnąć. A potem pewnie zaszyć.

W kolorze to musiał być koszmar

M. wiedziała, że są plemniki, że jest jajeczko, ale to, w jaki sposób dokładnie plemniki dostają się do środka kobiety było czymś niedopowiedzianym i trochę mistycznym. W podprowadzonej mamie gazecie przeczytała, że „penis wchodzi do środka” i była przekonana, że cewki moczowej. Różnice przekroju tak ją straumatyzowały, że nie zapytała rodziców, jak to jest w ogóle fizycznie możliwe

E. wiedziała że żeby było dziecko, musi być mama i tata, i że po ślubie kobieta będzie zachodzić w ciążę, ale nie wiedziała, że trzeba cokolwiek zrobić, by do ciąży doszło, wydawało jej się, że ot tak, w brzuchu mamy samoistnie, co jakiś czas po zamążpójściu, zaczyna rozwijać się dziecko. Przerażało ją, że całego procesu nie da się kontrolować.

Kilka osób deklaruje głębokie przekonanie, że jedyną drogą wydostania się z brzucha matki był pępek lub cesarskie cięcie. Poród naturalny nie istniał.

Jak jest teraz

Nie chciałabym się włączać w nurt gderania ani mówić, że ze współczesnej młodzieży już nic nie będzie. Według badań Pontonu 40,7% młodzieży nigdy nie rozmawiało z rodzicami o seksie. Teraz młodzież ma nie tylko kolegów, ale i internet i wie wszystko bez konieczności pytania rodziców. Są oczywiście inicjatywy typu SexEd, Ponton, czy Młodzieżowy Telefon Zaufania (116 111), ale nie oszukujmy się – znacznie popularniejszy jest RedTube i liczne strony do których nie będę podawała linków. A tak według badań najpopularniejszym źródłem wiedzy pozostaje rozmowa z rówieśnikami.

Dzieci wychowane w czasach przed internetem nie wiedziały, bo często wstydziły się zapytać. Zalewa mnie fala żenady, jak pomyślę, że miałabym tę miłą starszą panią w bibliotece zapytać o książkę o seksie. Teraz też dzieciaki nie pytają rodziców i bibliotekarek, tylko szybko weryfikują wiedzę wpisując pytanie w wyszukiwarkę. I wszystko mają podane jak na dłoni. No, może nie koniecznie jest to dłoń. Edukacja seksualna ma nie tylko opowiadać „jak to działa”, ale też powinna prostować informacje, które w ramach naturalnej ciekawości młodzi znajdą w internecie.

Dlaczego edukacja seksualna jest ważna?

Osoby, z które odpowiedziały na moje pytanie rozmawiały z rodzicami o seksie lub dowiadywały się z książek. Rodzice uświadamiali je w najlepszej wierze i zgodnie z posiadaną wiedzą. Tyle, że nasze małe mózgi czasem pracują na innych częstotliwościach niż to sobie dorośli wyobrażają, a nasza wyobraźnia w dzieciństwie dopowiada rzeczy niestworzone, czasem śmieszne, ale często również całkowicie sprzeczne nie tylko ze stanem wiedzy, ale również fizjologią człowieka.

Do kwestii technicznych rozmnażania człowieka dochodzi ogromna warstwa psychologiczna. Rodzice wstydzą się z dziećmi rozmawiać, więc dzieci wstydzą się pytać (dokładnie w tej kolejności). Religie mówią, że seks jest czymś wstydliwym i grzesznym. Rówieśnicy chichoczą na szkolnych korytarzach i pokazują filmy nie mające wiele wspólnego z tym, jak wygląda nagi człowiek. Wobec tego bezmiaru wstydu, dezinformacji i poczucia winy potrzebujemy w szkołach rzetelnej edukacji seksualnej, która cały proces objaśni. A jeszcze nie zaczęliśmy rozmawiać o antykoncepcji, konsensualnej zgodzie na seks, molestowaniu czy orientacji seksualnej.

Zgodnie z badaniami i dokumentem WHO dostosowana do wieku edukacja seksualna przeciwdziała zjawisku nieodpowiedniej i uprzedmiatawiającej seksualizacji oraz zwiększa bezpieczeństwo dzieci. Rodzice powinni z dziećmi rozmawiać, podobnie jak powinni je uczyć liczyć. Ale zarówno edukacja matematyczna, jak i seksualna powinna być uporządkowana w szkołach przez kompetentnych pedagogów.

No, chyba, że informacja, że dziecko nie wychodzi przez pępek, dzieci nie lęgną się ze ślubu, a penis nie musi się zmieścić w cewce moczowej, to nadmierna seksualizacja.

* zawsze mówię o mojej matce per moja matka i jest w tym raczej szorstka czułość niż dystans.

Anna-Maria Siwińska
Anna-Maria Siwińska
Jestem ubogą staruszką zbierającą chrust, laboga. Dla przyjaciół i wrogów: siwa. Obojętnych znam mało.

Mam PESEL zaczynający się od szóstki i od 20 lat mieszkam w internecie. Zawodowo fedruję w internetowych społecznościach.

Prywatnie piszę bo lubię, jeżdżę na długie wyrypy kamperem i wspinam się. W wolnych chwilach głaszczę koty, hoduję kaktusy i pilnuję, żeby się nie pomylić.
AUTOR

Polecamy

[FM_form id="1"]