Kinoterapia, czyli filmy, które leczą

18 minut czytania
435
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
21 września 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Odpowiednio dobrany film ma właściwości naturalnego leku: powoduje wzrost ciśnienia krwi, wydzielanie adrenaliny, endorfin i redukuje ból. Z najnowszych badań wynika, że wspólne oglądanie i dyskutowanie o filmach może zwiększyć szanse na uratowanie małżeństwa przed rozwodem. Oglądając filmy, uruchamiamy mechanizm projekcji, przez co przypisujemy bohaterowi filmowemu swoje własne uczucia i emocje. To, co widzimy w filmie i na co zwracamy uwagę świadczy o nas samych.

Oglądanie filmów w kinie wprowadza w stan pewnego rodzaju transu, pozwala na głęboki kontakt z życiem, które może wstrząsać, nie raniąc przy tym widza. Amerykańscy psychoterapeuci udowadniają, że film może wspierać leczenie depresji („Włoski dla początkujących”), być inspiracją w naszym podejściu do seksualności („Fortepian”), pomóc dostrzec nowe możliwości mimo fizycznych ograniczeń („Frida”), obudzić uśpioną kobiecość („Jestem miłością”), a w skrajnych przypadkach nawracać („Pasja”).

Kinoterapia sprawdza się  w przypadku osób, które onieśmiela tradycyjna terapia. To, że nie analizujemy bezpośrednio siebie, tylko sytuację bohatera filmowego, jest dla nas bezpieczne. To dlatego w kinie zdarza się płakać nawet osobie zasadniczej, która w życiu nigdy nie pozwoliłaby sobie na tak otwarte okazywanie wzruszenia. Osoby, które na co dzień nie płaczą, w kinie doświadczają oczyszczającej roli łez. Można wtedy bezpiecznie zapłakać nad smutną rzeczywistością filmową, a jednocześnie nad samym sobą. Ważne jest także nasze aktualne nastawienie oraz to, kto nam towarzyszy. Sceptycyzm osoby towarzyszącej może wpłynąć na nasz odbiór filmu.

Na problemy… filmy

Metoda znana w USA jako cinematherapy powstała w latach 80. Jej twórca Gary Solomon, amerykański profesor psychologii, autor książki „The Motion Picture Reccription”, wykorzystuje filmy do pracy terapeutycznej z więźniami. Pomysł psychologa polega na wybieraniu filmów z motywami odzwierciedlającymi aktualny problem lub sytuację odbiorcy. Na przykład jeśli ktoś ma problem z nadużywaniem substancji psychoaktywnych, Solomon radzi szukać filmów o uzależnieniu.

Z kolei kalifornijska terapeutka filmowa Brigit Wolz, autorka książki „The Cinema Therapy Workbook”, uważa, że film nie musi bezpośrednio dotykać problemów odbiorcy, ważniejsze, by uwalniał zablokowane emocje. Wolz używa filmów, aby pomóc pacjentom w głębszym poznaniu siebie. „Najpierw pytam pacjenta o osobistą sytuację i rozpoznaję, gdzie się znajduje w życiu, a potem polecam filmy, które mogą otworzyć go emocjonalnie na różnych poziomach”.

Istnieje terapia filmem wykorzystująca jako narzędzie śmiech lub płacz, powodująca swoiste katharsis.
– Jest to skuteczne narzędzie wspomagające na początkowym etapie psychoterapii – mówi Wolz.  – Powiedzmy, że pracuję z osobą chorą na depresję. Film uwalniający płacz może otworzyć ją na trudne emocje, które potem przepracujemy podczas terapii. Ale to nie jest tak, że sam film może wyleczyć z depresji.

W literaturze fachowej opisany jest przypadek Serna, dotkniętego depresją Szweda mieszkającego w Stanach Zjednoczonych. Dopiero włączenie do procesu terapeutycznego filmów Bergmana i omawianie problemów klienta na ich przykładzie skłoniło go do współpracy. Sern miał tak silne mechanizmy obronne, że przez 16 lat terapia w ogóle na niego nie działała. W Ameryce czuł się wyobcowany, odcięty od własnej kultury. W filmach Bergmana odnalazł swój świat, bliski mu język, dzięki temu się otworzył. Mógł się znowu poczuć trochę jak w domu, jak w Szwecji.

Amerykańscy terapeuci tworzą listy filmów mogących służyć jako wsparcie do pracy z określonymi problemami (depresja, anoreksja, przemoc, utrata bliskich, konflikty rodzinne, lęki i fobie, relacje intymne, małżeństwo). Nie zawsze się jednak ze sobą zgadzają. Panuje powszechne przekonanie, że komercyjne filmy jako łatwiejsze w odbiorze szybciej uwalniają emocje. Najważniejszym kryterium jest jednak widz i jego problemy.

Film „John i Mary” wykorzystywany często w kinoterapii pokazuje, że nie ma uniwersalnej definicji miłości i że może się ona zacząć niemal od końca – czyli od fizycznej bliskości, a skończyć pięknym uczuciem. Wykorzystują go jako narzędzie pomocnicze polscy psychoterapeuci. Najczęściej jednak nie sięgają po gotowe listy. Pytają klientów, z jakimi bohaterami się utożsamiają, których nie cierpią i dlaczego, jak postąpiliby na ich miejscu i vice versa, co ich zachwyciło, przeraziło, zaintrygowało w oglądanej historii.

Utożsamienie z bohaterem

Wśród postaci filmowych, pojawiających się w trakcie terapeutycznych rozmów, są bohaterowie, którzy symbolizują siłę, niezależność i nadludzkie możliwości, tacy jak Batman i Superman. Czasem to też postacie stojące po ciemnej stronie mocy, np. Darth Vader. Wspominają o nich nie tylko mężczyźni, ale i kobiety zasiadające na kozetce u terapeuty. Często filmy kompensują nam emocje, których nie możemy wyrażać na co dzień z powodu osobistych ograniczeń lub wymogów społecznych, czy kulturowych. Film typowo rozrywkowy może mieć dużą wartość terapeutyczną, jeśli zawiera odpowiedni przekaz. Nie musi być przedmiotem uznania krytyków. Jeśli jest w stanie poruszyć emocje, nadaje się jako narzędzie wspomagające terapię.

Jednym z atutów pracy z filmami jest ich zdolność docierania do głębokich warstw naszej osobowości. 35-letni Marek pracuje w korporacji, na co dzień chodzi w garniturze, ale tak naprawdę w duszy jest hipisem, mentalnie czuje się człowiekiem bardzo wolnym, niezależnym. Dlatego kiedy potrzebuje się zresetować, ogląda film „Big Lebowski” braci Coen, którego bohaterem jest, grany przez Jeffa Bridgesa, były hipis, abnegat żyjący w ubogiej dzielnicy Los Angeles. Big jest dla niego wyrazem swoistego luzu, beztroskiego podejścia do życia.

Konfrontowanie się z onieśmielającymi sytuacjami poprzez film pomaga niektórym przeanalizować podobne sytuacje we własnym życiu i przygotować się na nie.

Np „Fortepian” Jane Campion to film, który pokazuje, jak ważny jest zmysł i dotyk w sytuacjach intymnych. Choć bardzo kobiecy, przez wielu uważany za feministyczny, może być dla mężczyzn cenną lekcją odkrywania siebie, uczyć ich otwarcia na zmysłowość.

Według klasycznej definicji odbiór filmu polega na procesie projekcji-identyfikacji. Projektujemy siebie na bohaterów i akcję, nadajemy im swoje znaczenie, widzimy w nich to, co chcemy zobaczyć. Dlatego każdy z nas ogląda inny film. Na drugim biegunie tego procesu jest to, co dany obraz mówi nam o nas samych, czyli identyfikacja. To ona zdradza nam ukrytą rzeczywistość naszych tęsknot, stłumionych wspomnień, lęków, które ukazują się naszym oczom jako świat przedstawiony. Najważniejsze jest to, że widz nie musi sobie zdawać sprawy, że podświadomie identyfikuje się z którymś z bohaterów, z jego losami, że znajduje w filmie podpowiedzi i wskazówki. Dzieje się tak, ponieważ oglądając film, jesteśmy nastawieni na rozrywkę, uczymy się mimochodem. Przyjrzenie się emocjom związanym z pewnymi scenami lub postaciami filmowymi mogą pomóc w lepszym rozumieniu siebie.

Co nas kręci, co nas irytuje?

„Melinda i Melinda” to film w reżyserii Woody’ego Allena z 2004 roku. Punktem wyjścia dla fabuły jest spotkanie czterech osób w nowojorskiej kawiarni, podczas którego ktoś opowiada anegdotę o dziewczynie o imieniu Melinda. Dwóch biorących udział w rozmowie pisarzy postanawia na poczekaniu wymyślić rozwinięcie tej historii, jeden w tonacji komicznej, a drugi – tragicznej. Oglądamy więc dwie równoległe opowieści, wszakże z wieloma elementami wspólnymi. Wartość terapeutyczna tego filmu polega na tym, że w każdym życiu znajdziemy temat zarówno na dramat, jak i na komedię. To kwestia perspektywy, którą przyjmiemy. Praktycznie każdy film Allena jest terapeutyczny dla wszystkich neurotyków, bo najczęściej pokazuje ich w sympatycznym i zabawnym, a więc dystansującym do własnych słabości i smutków, świetle. Nie próbuje być wskazówką do jakiejkolwiek zmiany, ale jest lekcją akceptacji wszystkiego, co w nas irytujące. Wydaje się, że sam Woody Allen żyje dzięki swoim filmom, a nie psychoanalizie, na którą uczęszczał.

„Melinda i Melinda” Allena czy Podwójne życie Weroniki” Kieślowskiego – to kino dla osób tęskniących za innym życiem, zmianą tożsamości i ról, które pełnią na co dzień, mających poczucie, że „jest jakieś inne życie niż to, które prowadzę, jestem kimś innym niż osoba, którą widzi otoczenie”.

Według psycholożki Martyny Harland, która prowadzi otwarte warsztaty filmoterapeutyczne w różnych miastach w Polsce (więcej informacji na www.filmoterapia.pl), oglądając film, nie angażujemy się fizycznie w jego akcję, co sprawia, że silniej uruchamiają się w nas emocje.

W bezpiecznych warunkach możemy przeżyć różne emocje, dotknąć bolesnych tematów. Film szybciej, niż bezpośrednia rozmowa o problemach życiowych potrafi dotrzeć do naszych uczuć, szczególnie tych nieuświadomionych. Pomaga nam spojrzeć na siebie bez oceny. Czasem, gdy jest nam źle, lubimy też obejrzeć film, w którym komuś jest gorzej od nas. Albo popatrzeć na silnego bohatera, który też czasem nie daje rady, przegrywa, ale się podnosi.

W tym kontekście ciekawą propozycją jest film „Toni Erdmann”, film, który bawi, podnosi na duchu, a jednocześnie bardzo szczerze dotyka poważnych problemów. Główna bohaterka to robiąca karierę korporacyjna siłaczka, którą praca coraz mniej cieszy. Jej ojciec jest przeciwieństwem tego, czym ona się zachłysnęła – nie ma życiowych osiągnięć, ale cieszy się drobiazgami. Ciekawe jest zderzenie ich światów.

Film jako narzędzie terapeutyczne może zostać wykorzystany na trzy sposoby, jako katalizator emocji, wskazówka lub katharsis.

Gdy mamy niewielki dołek, spowodowany np. złym dniem w pracy, to komedia świetnie spełnia funkcje rozrywkowe.

Jednak gdy problem jest głębszy, warto się z nim zmierzyć i obejrzeć trudniejszy film, którego bohater zmaga się z wieloma trudnościami. Zgodnie z teorią Festingera – samo porównanie „inni mają jeszcze gorzej” pozwoli nam poczuć się lepiej.

Filmy, które są często polecane przez psychoterapeutów w sytuacji utraty bliskiej osoby to „33 dni z życia” Małgorzaty Szumowskiej, „Moje córki krowy” Kingi Dębskiej, czy „Niebieski” Krzysztofa Kieślowskiego.

Julie, bohaterka „Niebieskiego” w wyniku wypadku samochodowego traci wszystko, co miała; wszystko, co kochała. Męża i córeczkę. Traci cały świat. Wpada w czarną rozpacz, chce popełnić samobójstwo. Wie, że aby żyć, musi wymazać przeszłość. Kieślowski podkreślał w jednym z wywiadów: „Trudno wyobrazić sobie bardziej luksusową sytuację, niż ta, w jakiej znalazła się moja bohaterka. Mimo tragedii, która ją dotknęła, Julie jest całkiem wolna. (…) Jest doskonale zabezpieczona, ma górę pieniędzy i nic jej nie wiąże. Nie musi już niczego. Powstaje pytanie: czy człowiek w takiej sytuacji jest naprawdę wolny?”.

A jednak ludzie unikają trudnych emocji nie tylko w życiu, ale także w rzeczywistości filmowej. Widać to świetnie w kinach – największym powodzeniem cieszą się komedie.

Komedie typu „Nietykalni” poprawiają nam humor. Serotonina rośnie, a my czujemy się lepiej. Jednak według psycholożki Martyny Harland w kinie warto się spotykać przede wszystkim z trudnymi emocjami. Z tymi, których na co dzień unikamy.

Jak pracować z filmem?

W czasie seansu filmowego zadaj sobie pytania: Dlaczego ta postać albo ta scena wzbudza w tobie takie emocje? Jaki wątek w filmie cię porusza? Z którym bohaterem się identyfikujesz, a kto wzbudza w tobie negatywne uczucia? Których scen nie byłaś/eś w stanie znieść? O czym ze swojego życia myślisz, gdy oglądasz tę scenę? Czy tej postaci czegoś zazdrościsz? Czy coś wzbudza twoja irytację?

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.