Dziwne kino #2 – The Room – prawdopodobnie najgorszy film świata

Druga część cyklu #DziwneKino
8 minut czytania
787
0
Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
13 września 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Przed Państwem The Room  i drugi z cyklu tekstów, w których opisuję najdziwniejsze i najbardziej absurdalne filmy, jakie kiedykolwiek ujrzały światło dzienne. Dziś prawdopodobnie najgorszy film świata – produkcja zrealizowana tak źle, że krytycy do dziś zastanawiają się, jakim cudem coś takiego powstało. Zapnijcie pasy i bawcie się dobrze.

The Room został wyreżyserowany przez niejakiego Tommy’ego Wiseau (Wisła?). Tommy to postać na tyle tajemnicza, że do tej pory nikt za bardzo nie wie, ile ma lat, gdzie się urodził, skąd wziął mnóstwo pieniędzy włożonych w produkcję swojego filmu i czy nie jest przypadkiem przybyszem z innej planety. Istnieje kilka teorii, a najpopularniejsza głosi, że facet jest Polakiem (wskazuje na to akcent i charakterystyczne dla Polaków błędy językowe) i ma około sześćdziesięciu lat. W 2003 roku napisał scenariusz, wyreżyserował najgorszy film świata, a także zagrał w nim główną rolę.

Coś jest nie tak

W tym momencie zwykle należy napisać kilka zdań o fabule. Nie ukrywam, że mam z tym pewien problem, bo fabuła w tym filmie jest jak prawa kobiet dla Państwa Islamskiego albo kobiety odwiedzające moje łóżko – praktycznie nie istnieje. Mamy do czynienia ze zlepkiem mniej lub bardziej absurdalnych scen, motywów i dialogów. Postacie pojawiają się najczęściej znikąd w absolutnie losowych momentach i mówią kwestie mające niewiele wspólnego z wydarzeniami na ekranie. Gra aktorska większości postaci nie należy do najwybitniejszych, ale Tommy przebija wszystkich, serwując widzowi papierową, pozbawioną uczuć, emocji, zdrowego rozsądku, inteligencji i motywacji postać, z którą nie tylko nie możemy się utożsamić, co zwyczajnie – mimo olbrzymich chęci – nie rozumiemy o co mu chodzi. Okropny scenariusz w połączeniu ze skrajnie drewnianą grą Tommy’ego powoduje, że oglądanie „The Room” jest jak brnięcie przez lodowaty strumień świadomości twórców, jak płynięcie dziurawym okrętem przez morze absurdu, nie wiedząc, jak daleko mamy do brzegu, a naszym kapitanem jest Tommy Wiseau, który podczas sztormu każe marynarzom tańczyć twista na burcie. Mniej więcej tak się czułem podczas seansu.

Po co to wszystko

Wspomniałem o bezsensownych i bezcelowych dialogach. Warto zwrócić jeszcze uwagę na równie bezsensowne i bezcelowe poruszanie wątków, które potem w żaden sposób nie zostają rozwiązane. Przykładowo, w pewnym momencie dowiadujemy się o tym, że mama głównego bohatera jest ciężko chora. Jaki to wpływa na fabułę? Otóż, nijaki. Film później w żadnym momencie nie wraca do tego motywu. Takich sytuacji, niepotrzebnych informacji i absurdalnych wątków produkcja dostarcza nam co nie miara, przez co przez większość seansu jesteśmy zagubieni jak dziecko odłączone od wycieczki. To już nie strzelba, która wisi na ścianie i nie strzela. To cały arsenał.

À propos dzieci, czy raczej ich robienia – sceny łóżkowe w „The Room” istnieją. I jest to ich największa wada. To, w jaki sposób Tommy połączył to, co widzimy na ekranie z pokracznymi, dziwnymi efektami dźwiękowymi, woła o pomstę do nieba. Żaden film nie wywołał we mnie takiej radości, jak „The Room” przy pomocy scen w zamierzeniu erotycznych. Błagam, zobaczcie fragment jednej z nich. Tego nie da się opisać słowami.

Fascynująca jest otoczka, jaka powstała wokół tej produkcji. Mamy tu do czynienia z jednym z najgorszych filmów na świecie. Mimo to produkcja zebrała rzeszę wiernych fanów, którzy z Tommy’ego Wiseau zrobili niemal obiekt kultu. W internecie można bez problemu znaleźć ubrania czy kubki z jego podobizną. „The Room” jest tak złą produkcją, że wszystkie jego kopie powinny spłonąć w piekle, a wszyscy ludzie dostać zakaz oglądania w trosce o swoje zdrowie. Właśnie to sprawia, że pomimo, że ma kilkanaście lat, film żyje całkiem przyjemnym życiem w naszych sercach i naszej pamięci.

Nie warto się z nim zapoznawać. Nie powinno się go tykać dwumetrowym kijem. Dlatego zachęcam do obejrzenia! Seans „The Room” jest przeżyciem wręcz metafizycznym. Nie potrzebujemy nielegalnych substancji psychoaktywnych. Mamy „The Room”.

Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
Autor dwóch powieści młodzieżowych ("Kalesony Sokratesa" i "Wszystkie dziewczyny Wertera"), początkujący stand-uper, fan Pink Floyd, licealista.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.