Urodzić, choćby i po śmierci.

Gdy matka już nie żyje, ale ciąża trwa...
7 minut czytania
1010
0
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
9 września 2019

Odsłuchaj

Głośno ostatnio o przypadku pewnej Czeszki, która urodziła zdrową, żywą córeczkę, choć w zasadzie sama była już od 117 dni martwa. Czy można tak traktować kobietę?

Kiedy doznała udaru, była już w 15. tygodniu ciąży. Mimo, iż lekarze usiłowali uratować pacjentkę, nie udało się. Jej mózg przestał funkcjonować, ale płód nadal żył. Przez kolejne 117 dni ciało kobiety było sztucznie podtrzymywane przy życiu, a najbliższa rodzina wraz z zespołem specjalistów starała się dostarczać wszelkich dodatkowych bodźców, które stymulują rozwój na tym etapie życia płodowego. Kołysanie, mówienie, dodatkowe ruchy. Po tym czasie, w 32 tygodniu ciąży, dziecko przyszło na świat. Całe i zdrowe.

Ponieważ zaś tak długi czas sztucznego podtrzymywania funkcji życiowych jest niespotykany, podobnie, jak – w tej sytuacji – narodziny zdrowego dziecka, informacja obiegła niemal cały świat. No i się zaczęło.

To ma być jakiś inkubator?

Dlaczego tak traktujecie kobiety! To jakiś absurd i uprzedmiotowienie! Kłaniają się „Opowieści podręcznej”, kto to widział! Zrobili z niej inkubator, jakim kosztem?! – to tylko niektóre z komentarzy innych kobiet. Fala oburzenia była dość porywista. Ktoś powoływał się na hasło „moje ciało, moja sprawa”, ktoś inny ciskał etyką i moralnością, jakby to były butelki z benzyną i kamienie… Etyka zadziałała w momencie, w którym zdecydowano się nie odłączać systemów podtrzymujących sztucznie życie. Moralność… cóż, niektórzy bardzo chcieliby się powoływać na wzniosłe idee i ważne hasła, ale nawet nie zauważyli, jak w swej ułańskiej szarży zgubili nie tylko szablę, ale i konia z rzędem. Więc może po kolei.

Nie pierwszy taki poród

Choć czasem słowo „poród” w kontekście przyjścia na świat żywego człowieka wyciągniętego z martwego ciała może z trudem przechodzić przez myśl, to sama sytuacja, choć rzadka, zwyczajnie wpisuje się w definicje porodu i już. Więc takich porodów, również omawianych w mediach, w ostatnich latach było kilka. Nie dalej jak w marcu tego roku w Portugalii przyszedł na świat chłopczyk, którego matka była już martwa od 56 dni.

Podobnie jak w przypadku Czeszki, doszło do śmierci pnia mózgu, zmiany nieodwracalnej i ostatecznej, określającej także śmierć całego człowieka. Choć lekarze chcieli poczekać do 32. tygodnia ciąży, musieli przyspieszyć planowane cesarskie cięcie, gdyż kondycja ciała matki znacznie się pogorszyła. Trzy lata temu także w Portugalii doszło do podobnej sytuacji. W Polsce, także trzy lata temu zespół wrocławskich lekarzy z I Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii z powodzeniem utrzymał sztucznie przy życiu ciało ciężarnej pacjentki tak, by jak najdłużej utrzymać ciążę. Chłopczyk urodził się w 27. tygodniu. Żywy i zdrowy.

Dwa życia i jedna śmierć

Każdy z tych przypadków pokazuje przede wszystkim możliwości współczesnej medycyny i umiejętności specjalistów. Kto mówi w tym kontekście o traktowaniu matki dziecka jako inkubatora, grubo się myli. W tych wszystkich przypadkach bowiem ciąże były chciane, dzieci oczekiwane, a jedynie nieszczęśliwe wypadki, niezdiagnozowane choroby lub inne czynniki sprawiły, że ciężarne kobiety nie dożyły narodzin swych dzieci. Dodatkowo w przypadku Czeszki, jak i innych wspomnianych w tym tekście bohaterek, nie było mowy o dokonywaniu wyborów etycznych dotyczących tego, które życie ocalić. Sprawa była jasna, o tyle, o ile medycyna jest w stanie jasno zdefiniować pojęcie życia i śmierci, to na na zajęciach z bioetyki przekonaliśmy się, że rację mieli profesorowie mówiąc o niejasnych granicach tych definicji i do dziś bywa to kwestia płynna.

Tu prosta sprawa. Główny ośrodek sterowania padł, nie zadziała. Koniec życia. To, że płuca wciągają tlen to zasługa respiratora. To, że serce pompuje krew to również zasługa maszyn. Nerki i układ pokarmowy? Farmakologia na najwyższym poziomie. Ale nikt nie poświęcił życia matki dla podtrzymania życia dziecka. Oburzenie więc – przynajmniej w takiej formie, w jakiej było wyrażane – nie ma sensu, bo choć oburzać się wolno, to warto przy okazji zastanowić się szerzej.

Dawcy nerek

W Polsce powoli oswajamy się z donacją organów. Piszę powoli, bo wciąż niektórzy woleliby swoich bliskich (albo i siebie), w całości posłać w piach, niż choćby krztynkę – po śmierci – uszczknąć dla obcego człowieka. Oskarżenia o celowe „dobijanie” pacjentów w stanie krytycznym „dla serca albo dla wątroby”, liczne sugestie, jakie to okropne. Trudno uwierzyć, ale takie rozmowy można wciąż, w XXI wieku usłyszeć na szpitalnych korytarzach.

Wyobrażacie sobie, że są ludzie, którzy w Polsce decydują się, by po śmierci przeznaczyć całe swoje ciało dla nauki i medycyny? Donacja organów jednak nie jest aż tak dziwna. Młodsze pokolenia chętniej otwarcie deklarują chęć oddania organów dla potrzebujących – oczywiście po swojej śmierci. Dlaczego więc w tym kontekście oburz to, że kobieta po swej śmierci stała się dawczynią najcenniejszego, co można dać drugiej osobie – całej siebie.

Opinia lekarzy

Tak też kwestię podtrzymywania ciąży u portugalskiej matki po jej śmierci komentowali lekarze zajmujący się prowadzeniem jej ciąży: „W byciu dawcą organów nie chodzi wyłącznie o gotowość oddania nerki, serca, czy płuca, ale też o gotowość oddania całego siebie, by dziecko mogło żyć”.
Pacjentka, którą się zajmowali, jeszcze za życia zgodziła się być dawcą. Dlatego komisja lekarska przyznała, że nikt nie ma prawa przeciwstawić się jej decyzji.

W Polsce obowiązuje domniemanie zgody na bycie dawcą, czyli w przypadku wyraźnego sprzeciwu każdy z nas jest dawcą. W praktyce jednak często szanuje się sprzeciw rodziny. Przedstawiciel polskiego zespołu medycznego, któremu udało się z powodzeniem podtrzymać sztucznie przy życiu ciało kobiety, by po 55 dniach mogło urodzić się zdrowe, żywe dziecko, profesor Andrzej Kübler zapytany przez dziennikarkę Medycyny po Dyplomie, czy gdyby rodzina pacjentki nie wyraziła zgody, albo ani ojciec ani żaden z najbliższych krewnych nie chciał dziecka, to lekarze nadal podtrzymywaliby ciało kobiety przy życiu, odpowiedział: „Zwrócilibyśmy się o decyzję do sądu. Ratowanie życia, gdy istnieją na to szanse, jest naszym zasadniczym obowiązkiem zawodowym”.

Nikt nie zamierza więc traktować kobiet przedmiotowo – przynajmniej w tym przypadku. Chodzi wyłącznie o to, by zamiast kończyć dwa życia, uratować choć jedno. W tej sytuacji zakończenie podtrzymywania życia matki, w chwili, gdy jest choć cień szansy na przeżycie płodu, byłoby nieetyczne. A pytania zadawane niby to retorycznie „jak się potem będzie czuło dziecko, wiedząc, że jego matka była już martwa w chwili narodzin?”, to już temat dla psychologów oraz zadanie specjalne dla rodziny, by wychować młodego człowieka tak, by nigdy, przenigdy nie poczuł się winny. Bo okoliczności narodzenia nigdy nie powinny obciążać dzieci.

Za stroną Dawca.pl

Zgodnie z prawem polskim, obowiązuje domniemana zgoda na bycie dawcą, co oznacza, iż w przypadku braku sprzeciwu, uznaje się daną osobę potencjalnym dawcą narządu. Jednak w Polsce jak i na świecie promuje się noszenie oświadczenia woli, które jest wyrażeniem woli osoby, który taki dokument posiada.

Trzeba stanowczo podkreślić, że oświadczenie woli jest wyłącznie drukiem informacyjnym i jego podpisanie powinno stać się przyczynkiem do dyskusji wśród rodziny, znajomych, przyjaciół by wyrazić swoją wolę oraz chęć oddania narządów po śmierci.

Dlatego też, promując tę szczytną ideę ratowania życia poprzez oddanie narządów do transplantacji, zachęcamy do podpisania oświadczenia woli.

Wypełnij formularz na stronie Poltransplantu.

 

Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
Matka dzieciom, wiedźma z kotem. Miłośniczka ruin i jedzenia z puszki. Typowy filozof. W wolnych chwilach również autorka książek science fiction.
AUTOR

Polecamy

[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa