„Boże ciało” – każdy z nas jest kapłanem Chrystusa

5 minut czytania
256
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
5 października 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Niewątpliwie o tym filmie stało się głośno za sprawą tego, że został polskim kandydatem do Oscara. Boże Ciało Komasy faktycznie spełnia kryteria, które do tej pory były zawsze doceniane przez Akademię Filmową w produkcjach made in Hollywood. To stanowi o sile dzieła, ale jednocześnie jest jego przekleństwem.

Po widowiskowym i rozpatrywanym w kategoriach zaawansowania technologicznego „Mieście 44”, Jan Komasa stworzył film stojący na zupełnie przeciwległym biegunie. Jest dużo skromniej, kameralnie, bez rozmachu i skrywania się za efektownością. Jedynie sam niedoskonały człowiek w niedoskonałym świecie, w którym „niezbadane są boskie wyroki”.

Wyjście z zakładu poprawczego to szansa na nowy start. Gorzej, że ten wydaje się mało perspektywiczny skoro trampoliną do normalnego życia ma być monotonna praca w tartaku gdzieś na prowincji. Jeszcze podczas swojej odsiadki, Daniel (Bartosz Bielenia) ma jak najlepszą relację z zakładowym księdzem (Łukasz Simlat). A to odczyta fragmenty Biblii, a to odśpiewa pieśń podczas nabożeństwa. Ot, taka zabawa w księdza, bo szanse na stanie się prawdziwym duszpasterzem są zerowe, gdyż nikt nie da święceń komuś z wyrokiem. No tak, ale i to przy odpowiednim zrządzeniu losu da się przeskoczyć. Chłopak bierze bardzo dosłownie słowa księdza o tym, że „każdy z nas jest kapłanem Chrystusa” i w swojej drodze do nowego miejsca pracy zahacza o pobliski kościół, w którym ostatecznie przywdziewa koloratkę i staje się zastępstwem dla tamtejszego proboszcza. Już zza ołtarza naucza pogrążoną w żałobie lokalną społeczność o miłości do bliźniego i wybaczaniu, ale i sam uczy się wiele od nich. Wszystko przy wykorzystaniu niekonwencjonalnych metod, o które nikt nie podejrzewałby jakiegokolwiek duchownego.

Pierwszy w karierze Mateusza Pacewicza scenariusz do filmu pełnometrażowego został zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami. Jak przyznaje sam autor często w Polsce dochodzi do przypadków podszywania się pod księży i pełnienia swojej „nieświętej” posługi latami. Tu jednak nie ma taniej sensacji, jest za to mnóstwo ciepła bijącego od tej historii, a ekranowy ksiądz, choć jest fałszywy, to paradoksalnie są w nim całe pokłady prawdy. Stoi za nim kłamstwo, ale wokół siebie roztacza szczerość. Tym właśnie jest „Boże ciało” ludzką opowieścią o grzesznej owieczce, która jednak inspiruje i należałoby z niej brać przykład. O kimś komu samemu przydałby się przewodnik po tym padole, ale bierze na siebie krzyż tej roli i prowadzi innych otwierając im oczy.

Jest tu wszystko czego wymaga dobrze skrojone kino. Żadnych zbędnych wątków, świetnie napisani bohaterowie, wzruszenie, dramat, ale i śmiech. Gdyby tylko scenariusz został napisany w Hollywood, to z miejsca stałby się poważnym oscarowym kandydatem. Choć realia, w których powstał obraz są nasze, rodzime, to jednak szansa na statuetkę istnieje. Komasa wydaje się być twórcą doskonale rozumiejącym kino zza Wielkiej Wody, co udowodnił już „Miastem 44”. „Boże ciało” jest tego kolejnym dowodem i jest to niewątpliwie zaletą filmu, ale i jego przekleństwem. Można odnieść wrażenie obcowania z wykalkulowanym obrazem, obliczonym na emocjonalne działanie na widza. Język Szekspira znalazł na to trafne określenie – crowd pleaser. Z drugiej jednak strony czy kino nie ma służyć właśnie przeżywaniu tych emocji? Jakby nie było „Boże ciało”, dzięki swojej intensywności i energii ogląda się po prostu bardzo dobrze.

Zasługa w tym z pewnością Bartosza Bieleni, który został obsadzony wbrew swojemu dotychczasowemu emploi, co zaowocowało bezbłędną rolą. Daniel powywija do techniawki i ściągnie kilka buchów marihuany, za to mówca z niego żaden, a ambona nie jest jego naturalnym środowiskiem. Z czasem dochodzi oczywiście do przemiany bohatera, który patrząc w hostię odnajduje swoje prawdziwe ja i który występując w roli mediatora między pewną wdową a mieszkańcami miasteczka, doprowadza do małych, wielkich zmian. Bo sposobów na czynienie dobra jest przecież tak wiele. Ekran, co prawda należy do Bieleni, ale i dalszy plan wypada rewelacyjnie. Doskonała jest zarówno pogrążona w marazmie Barbara Kurzaj, jak i nieustępliwa Aleksandra Konieczna. Festiwal w Gdyni docenił także Elizę Rycembel przyznając jej nagrodę za najlepszą drugoplanową rolę kobiecą.

„Boże ciało” pozornie różni się od dotychczasowych dokonań Komasy, ale wbrew pozorom to w dalszym ciągu poletko, po którym reżyser poruszał się wcześniej. Dla twórcy wciąż ważna jest młodość, ta złamana i utracona oraz próba odnalezienia i zdefiniowania siebie na nowo przez bohaterów. Tych traktuje z niesamowitym wyczuciem i empatią, a całości utworu nadaje uniwersalny ton. „Boże ciało” to wreszcie opowieść o wierze, którą w ostatnich latach podejmowało już kilku twórców. Komasa prawdopodobnie podszedł do tematu najlepiej ze wszystkich, bo nie sili się na ideologiczne baty czy posługiwanie się stereotypami. Owszem, jest w tym gdzieś pewna krytyka, ale nie wykrzyczana. Jest także sugestia zmian i podane na tacy rozwiązanie. „Boże ciało” nie jest zatem protestem, stawia po prostu na duchowość i człowieka, czyli na to, co jest w tym wszystkim najważniejsze.

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy