Disney i harpie – pułapki domeny publicznej

12 minut czytania
254
0
Kamil Giedrys
Kamil Giedrys
10 października 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Czym jest domena publiczna? Zasadniczo to twórczość, z której możemy korzystać bez ograniczeń wynikających z praw autorskich. Teraz wystarczy iść do piwnicy, schylić się po kilka starych koszulek z których już dawno wyrośliśmy i nasmarować na nich Pana Tadeusza.

Bez ryzyka rychłej odsiadki skorzystam z talentu Adama Mickiewicza. Jeśli jednak jesteśmy bardziej zuchwali, napiszemy trzynastozgłoskowcem epos narodowy o zmaganiach polskiej szlachty z kosmitami, Pan Tadeusz vs Kosmici, nie brzmi to lepiej? Nie będzie to jednak pomysł oryginalny, a jedynie czerpanie z takich publikacji jak: Duma i Uprzedzenie i Zombie, czy Przedwiośnie żywych trupów – klasyki, która za sprawą uwolnienia praw stała się obiektem nie do końca udanych remiksów.

Wielu marzyło o łatwym biznesie przynoszącym horrendalne zyski, przynajmniej tak dochodowym jak kupienie maszyny do robienia waty cukrowej i zainstalowaniu się na dożynkach. Lecz tylko nieliczni, ci bardziej „zaradni” zrealizowali śmiałe plany. Wystarczy przejść się nadmorską promenadą by zobaczyć plastikowe dzieci wielkiej wyobraźni: Snejkmena zadziwiająco podobnego do Supermana, drużynę Avengers w której skład wchodzi Żółw Ninja, Pikachu i Batman oraz wiele, wiele innych podróbek wykonanych, gdzieś w egzotycznych krajach. Takie uwolnienie własności intelektualnej spod jakichkolwiek ograniczeń to na pozór świetny pomysł, użycie znanej postaci z popkultury i sprzedawanie jej podobizny turystom spragnionym wrażeń, niestety nie zawsze jest to legalne. Wykorzystywanie czyichś praw autorskich bez zezwolenia może spotkać się z karą nawet do 5 lat pozbawienia wolności, ale nie zawsze, gdyż czasem pewne dzieła kultury stają się domeną publiczną.

Supermana i Batman w wersji licencjonowanej

W polskim prawie prawa autorskie co do dzieła wygasają 70 lat po śmierci twórcy. Na stronie domenapubliczna.org możemy swobodnie nurkować w bazach zasobów, do których potem dodamy harpie, wilkołaki lub smutnych pracowników budżetówki: Jak Polska pracuje na morzu i dlaczego żąda dostępu do kolonii i harpii (zaklepane).

Choć w Polsce wszystko wydaje się dość oczywiste, nie możemy zapominać, że status domeny publicznej koliduje z interesem spadkobierców i właścicieli praw, którzy czerpią zyski z pracy babć i dziadków, czy idealistów, którzy sprzedali prawa do swoich dzieł za paczkę fajek lub za 225 tys. dolarów producentom takich przysmaczków jak „Wejście Ninja”, co miało miejsce w przypadku filmowych adaptacji Spider-Mana.

Za oceanem problem udostępniania pracy artystów całemu społeczeństwu od lat generuje szereg kontrowersji i precedensów. Już w roku 1790 po raz pierwszy Stany Zjednoczone uregulowały kwestię praw autorskich określając czas ich ochrony na 14 lat od pierwszej publikacji, lecz uprzednio należało zastrzec swoje prawa np. przez słowo: copyright. Okres ochrony był kilkukrotnie wydłużany, aż zaczął wynosić w odpowiednich sytuacjach maksymalnie 56 lat. W 1928 roku zadebiutowała Myszka Miki, zgodnie z ówczesnym prawem po 1984 roku każdy mógł swobodnie dorabiać na promenadzie sprzedając kauczukowe kulki z jej wizerunkiem bez konieczności zapytania o zdanie właścicieli praw.

Mario Bros i Pikatchu pewnie się nigdy nie spotkali

Problem w tym, że wizerunek przerośniętego gryzonia dla samej korporacji generował miliardowe zyski, o których utracie nawet nie chcieli myśleć. Disney uruchomił potężną machinę lobbującą na rzecz wydłużenia okresu ochrony praw autorskich. Konflikt interesu publicznego z korporacją skończył się oczywiście kolejnym wydłużeniem okresu ochrony tym razem do 50 lat od śmierci autora lub 75 lat od daty publikacji, gdy dzieło zostało stworzone na rzecz korporacji. Dodatkowo wszystkie utwory stworzone przed 1978 uzyskały ochronę na 75 lat. 1928 + 75 lat = 2003, cwany handlarz z nadmorskiej promenady musiał tym razem poczekać aż do XXI wieku na niskobudżetową, własną wersję popularnej myszki utrwaloną na ręcznikach, muszelkach i ciupagach.

Ludzie pociągający za sznurki Kaczora Donalda, Pluto, Myszki Minnie nie czuli się zbyt komfortowo z myślą o rozpoczęciu nowego stulecia w tak niekorzystnej sytuacji. Korbka prawnej machiny pełnej życzliwych, zapewne bezinteresownych, kierujących się szlachetnymi intencjami lobbystów znów poszła w ruch w 1998 roku doprowadzając do wydłużenia okresu ochrony praw autorskich do 70 lat po śmierci autora i 120 lat od stworzenia albo 95 od publikacji dla korporacyjnych prac, w zależności, który okres kończył się wcześniej. Prawa co do utworów opublikowanych przed 1978 rokiem zostały wydłużone do 95 lat. Czyli 1928 + 95 daje nam 2023 rok jako datę uwolnienia Myszki Miki. Śledząc perypetie domeny publicznej za oceanem nie trudno dojść do wniosku, że w najbliższej przyszłości Disney nie ustanie w staraniach by praktycznie na zawszę utrzymać prawa do swoich marek.

Oczywiście można osoby oburzone takim rozwojem sytuacji nazwać Państwem Marudami, co jest złego w walce o utrzymanie praw? Problem tkwi jednak w dość wybiórczym podejściu do tematu przez największe korporacje. Gdy Disney walczy niczym lew o Myszkę Miki sam nie bywa przykładem należytego obchodzenia się z pracami innych autorów. Dobry przykładem może być Król Lew będący dziwnie podobnym do Kimby, japońskiej kreskówki, czy Księga Dżungli, która jak dziesiątki filmów Disneya została wyprodukowana za sprawą ogólnej dostępności domeny publicznej, a tym samym bez konieczności wynagradzania twórców, czy spadkobierców oryginalnego pomysłu.

Nie jest sytuacją nadzwyczajną, gdy silni wykorzystują prawo kosztem słabych, nie mniej wciąż pozostaje nam obszerny zbiór domen publicznych, których możemy używać do woli. Niczym The Walt Disney Company czerpmy garściami ze spuścizny największych twórców naszej kultury, projektując dajmy na to kule śnieżne z brokatem przyozdobione wizerunkiem Skrzetuskiego – gdy minie odpowiednio dużo czasu nikt nam nie zabroni bogacić się kosztem dobrego smaku i estetyki.

Kamil Giedrys
Kamil Giedrys
Miłośnik komiksów, sztuki nowoczesnej i mieszanych sztuk walki, a w sekrecie prawnik. Uważa, że jeden obraz wart jest więcej niż 1000 słów, a gdy dodamy do niego dymek z tekstem to nawet 1005.

Postawił sobie za punkt honoru promowanie sztuki komiksowej, więc bądźcie tak mili i sięgnijcie po jeden.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.