Dlaczego kobiety zarabiają mniej, choć pracują więcej? – książka „O kobiecie pracującej” Kamila Fejfera

Ciche bohaterki codzienności
22 minut czytania
599
0
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
29 października 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Niewiele jest książek, które potrafiłyby mnie przerazić, a jednak lektura O kobiecie pracującej autorstwa Kamila Fejfera budzi grozę. Dlatego, że dotyczy nas wszystkich i świata, w którym funkcjonujemy na co dzień.

„Czasem chciałabym po prostu iść do pracy na osiem godzin” – mówi jedna z bohaterek książki Kamila Fejfera. W jej przypadku oznacza to wyrwanie się z domowego kieratu, który obraca się wokół dwójki zdrowych dzieci i jednego z niepełnosprawnością umysłową, ale wiele kobiet, o których pisze wprost lub pośrednio autor „O kobiecie pracującej”, mogłoby się podpisać pod tym stwierdzeniem. Choćby dlatego, że pracują znacznie dłużej i znacznie więcej…

Kamil Fejfer, autor książki „O kobiecie pracującej”

Dlaczego ja jestem tu, a inni są tam?

– Nierówności interesowały mnie zawsze, a ranek pracy sam w sobie, jako temat, jest niezwykle ważny. Większość z nas na pewnym etapie życia się z nim zetknie, będziemy na nim funkcjonować, a on będzie definiował nasze możliwości – przyznaje mój rozmówca. Sam dał się poznać nie tylko jako autor książki „Zawód” opowiadającej o rozczarowaniach rynkiem pracy, ale też jako dziennikarz wnikliwie śledzący dobre i złe praktyki zawodowe, oraz wspomniane dysproporcje rynku pracy. Nie raz też podejmował już kwestię kobiet, ich zatrudnienia, oraz wycofywania się z życia zawodowego.

Gdy zaczynał pracę nad książką, pytanie, które postawione jest w podtytule, brzmiało krócej: dlaczego mniej zarabia?.
– Chciałem dowiedzieć się dlaczego tak jest. Ile jest prawdy w tym micie – stwierdza Kamil. Już wcześniej, bo w 2014 roku miał okazje przygotować serię krótszych artykułów na ten temat, miał więc już w głowie pewne liczby, dane i informacje. Tym razem jednak pojawił się nowy aspekt związany z pokłosiem programu 500+.
– Chciałem pokazać, dlaczego niektórzy się dezaktywują, a inni nie. Bo to nie jest tak, że z powodu 500 zł ktoś nagle rzuca pracę. Pracę rzucają ci, którzy kiepsko zarabiają, są wyzyskiwani, doświadczają mobbingu, mają niepłatne nadgodziny – wylicza Fejfer.

W ten sposób dzięki kolejnym rozdziałom książki poznajemy dziewczyny, które faktycznie dawały się wyzyskiwać, doświadczały mobbingu, często też traciły zdrowie pracując na minimalnej stawce krajowej, do tego znacznie więcej godzin, niż powinny.

Nie ma madek pińcet plus, są kobiety zmęczone

„Idziemy w milczeniu do niewielkiego parterowego domu, gdzie Gabrysia mieszka z mamą, dwójką braci i partnerem mamy. Od progu wita mnie jej mama, Agnieszka, która proponuje coś do picia. Siadamy w niewielkiej kuchni. Zza kotary widać kawałek zlewu. Ścianę wokół niego obrasta grzyb. To pewnie przez wszechobecną wilgoć; dopiero w zeszłym roku wymienili okna. Wcześniejsze, drewniane, łatali kitem, ale zimą mróz i tak malował na nich paprocie szronu. To była pierwsza rzecz, jaką zrobili po dostaniu 500+. Potem zapisali Gabrysię na zajęcia mażoretek”.

Ta pocztówka ze świata osób, które po prostu dzięki 500+ mogą coś zmienić w swoim otoczeniu to jedno z pierwszych, stanowiących nie lada wyzwanie, spotkań z bohaterkami. Agnieszka, zanim została beneficjentką rządowego programu, pracowała w jednym z marketów popularnej w regionie sieci. Zamiast wózków paletowych byli pracownicy. Po kilku godzinach dźwigania dziennie, codziennie, kobieta zaczęła mieć poważne problemy z kręgosłupem. Zatrudniona była na 8 godzin, ale w jej sklepie pracowało się regularnie powyżej dziewięciu, przy czym nadgodziny nie były płatne. Dlatego po urodzeniu kolejnego dziecka nie wróciła do pracy.  „Agnieszka mówi, że to, co robi w domu, niczym nie różni się od normalnej pracy. No, oprócz tego, że trwa dwadzieścia cztery godziny na dobę”, pisze w książce Fejfer.

W kolejnych rozdziałach stara się przybliżyć więcej kobiet, ich historii, ale też przykładów z różnych pól zawodowych, branży, grup społecznych, tak, by pokazać, jak złożony jest problem zarobków kobiet.  Poznajemy więc nauczycielki w przeddzień oraz już w trakcie strajku z 2019 roku, spotykamy się z matkami dzieci niepełnosprawnych, mamy szansę dowiedzieć się o trudach życia matek dzieci niepełnosprawnych, ale i kobiet, które opiekują się swoimi schorowanymi rodzicami. Poznajemy szefowe firm, wysoko postawione menadżerki, programistki, czy świetnie wyszkolone specjalistki z branż takich jak farmacja czy logistyka. Wszystkie doświadczają jakichś nierówności, wszystkie też doświadczają ich ze względu na płeć.

Najbardziej zaskoczyło mnie macierzyństwo

– Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak istotne jest macierzyństwo w całej układance. Feminizm, który znam, to feminizm fejsbukowy, tam kwestia macierzyństwa pojawia się na radarach bardzo rzadko. Odnoszę wrażenie, że większym problemem nie jest to, że mamy nierówność w opiece, a to, że ktoś gwiżdże na ulicy na dziewczyny – mówi Fejfer.  – Zauważa też, że to właśnie, co różnicuje szanse na rynku pracy, jest podział obowiązków.
– Wszystkie moje rozmówczynie miały o wiele więcej do roboty przy dzieciakach niż faceci. Jest tylko jedna bohaterka mojej książki, która nie dostrzegała w tym nierównym podziale jakiegoś problemu. Większość rozmówczyń była wkurzona na to, że faceci nie pomagają tyle, ile mogliby pomagać.

Może chodzi o to, że kobiety spodziewają się, że faceci wiedzą od razu, przecież to oczywiste, że skoro są rzeczy do zrobienia w domu, to powinny je robić obydwie osoby prowadzące ten dom. Kobiety nie potrafią prosić o pomoc, a mężczyźni nie umieją tych próśb traktować poważnie.

Różnice są natomiast w reakcjach przedstawicielek różnych klas. Zamożne kobiety „kupują” sobie bowiem wsparcie opłacając sprzątaczki, nianie i trenerów dla dzieci.  W głosach kobiety z klas niższych pobrzmiewa natomiast rezygnacja. Faceci tacy są, nie da się ich wychować…
– Jest w nich zgoda, jakieś przyzwolenie na taki nierówny model. Niby się wkurzają na tych facetów, ale z drugiej strony przecież nie dadzą im tego dziecka pod opiekę w stu procentach, bo jeszcze zepsuje albo zgubi – mówi autor książki.  Możliwe też, że jest to forma sprawowania władzy nad skrawkiem świata.

– „Może i on pracuje w ważnej firmie, może umie stawiać piece martenowskie, ale w domu władzę mam ja”. To jest taki tort, salami albo cebula. Jedna nierówność generuje drugą, wszystko ma warstwy. Każda z warstw tłumaczy wycinek zjawiska, ale żadna nie jest dominująca. Nie ma jednego wyjaśnienia – oświadcza Fejfer.
– Ja na przykład nie lubię wyjaśnienia, że żyjemy w mizoginicznej kulturze, bo ono wszystko spłaszcza. Całość składa się z wielu „podkultur”, „minikultur”, różnych wątków, także takich, w których to kobieta ma władzę. Każde ze zjawisk ma mnóstwo przyczyn. W swojej książce chciałem wszystko pociąć na plasterki i opowiedzieć w przystępny sposób.

Najtrudniej blisko śmierci

Kamil Fejfer przyznaje, że było kilka momentów, kiedy czuł się wręcz niestosownie, jak choćby wtedy, gdy podczas rozmowy z jedną z bohaterek w kuchni, jej córka schowała się za kotarą, gdzie była łazienka. Po prostu musiała się załatwić. Dorastająca nastolatka, on, obcy facet za firanką. To było krępujące.

Bał się, że stykając się z kobietami, które są stygmatyzowane przez społeczeństwo, popełni jakiś nietakt. Wyzwaniem były rozmowy z kobietami opiekującymi się dziećmi z niepełnosprawnościami, albo dorosłymi osobami zależnymi. Okazało się jednak, że one przede wszystkim po prostu potrzebują się wygadać, bez oceniania, bez narzucania tego, co powinny zrobić.

– One zderzają się ze straszną ścianą ocen. Muszą chodzić pod linijkę ocen społecznych. Muszą cierpieć, nie mogą iść do kina, nie mogą się ubrać ładnie do pracy. Pojawiały się kwestie aborcji, czy ewentualnego oddania dziecka. Bohaterki zwyczajnie czasem musiały głośno powiedzieć coś, co leżało im na sercu, bez konieczności słuchania rad.

Sam autor książki przyznaje, że mężczyźni też słyszą dobre rady i pouczenia, ale kobiety znacznie częściej biorą je do siebie i odczuwają silniejszą presję. Spotyka je też znacznie częściej taka sytuacja, że spada na nie odium społecznej infamii. To nawet nie musi się dziać publicznie, to może dziać się w rodzinie.

Najtrudniejszy jednak okazał się być rozdział poświęcony pielęgniarkom.
– Wiedziałem, że nie da się uniknąć tematu śmierci, dla mnie to wciąż temat tabu, niełatwy do podjęcia, tymczasem musiałem przecież porozmawiać z ludźmi, którzy doświadczają śmierci na co dzień jako elementu swojej pracy zawodowej.

Co więcej, ta sama praca ma z jednej strony pozwalać pacjentom zachować godność, mimo przełamywania pewnych barier związanych z przebieraniem, myciem, toaletą, z drugiej jest tak niedoceniana i nisko opłacana, że niewiele młodych osób decyduje się na to, by zapełnić lukę po osobach, które przeszły na emeryturę lub wyjechały z Polski pracować w zawodzie tam, gdzie pozwala to godnie żyć.

Zrezygnowane

„Cały dzień robisz to samo. Masz nóż, masz rękawice ochronne, fartuch ochronny, kask, ubranie robocze. Wszystko idzie taśmowo, raz-dwa, raz-dwa. Wycinasz element, obrabiasz go, taśma idzie dalej, a ty dostajesz kolejną porcję. I musisz, za przeproszeniem, zapierdalać, żeby się wyrobić (…)” bohaterka książki pokazuje autorowi  bliznę i mówi dalej „Przy taśmie rozcięłam sobie nożem. Poszły ścięgna, nerwy i tętnica. Dostałam naganę”. Obecnie ma niedowład kciuka, oraz mocną niechęć do szukania nowej, słabo płatnej pracy, tym bardziej, że ma się kim dodatkowo opiekować.

Inna z bohaterek skończyła studia, by podnieść swoje kwalifikacje i polepszyć pozycję na rynku pracy. Niestety, pracy w zawodzie nie było. Zatrudniła się w kiosku, po kilku latach urodziło się dziecko, po macierzyńskim chciała tam wrócić, ale kiosku już nie było. W miejscowości bezrobocie sięgało 15%. Dodatkowo najstarsze z dzieci ma wadę serca, nie mogła więc pozwolić sobie na całkowite poświęcenie się pracy. „Dlatego podejmowałam takie, a nie inne decyzje zawodowe” – usprawiedliwia się na łamach książki, tak, jakby grzechem było szukanie pracy pozwalającej na coś innego niż wyrabianie kilku dodatkowych, niepłatnych nadgodzin po regularnych ośmiu godzinach harówki.

W książce jednak pokazane są nie tylko kobiety mające takie dylematy. Są tez bohaterki, które zrezygnowały z lepiej płatnej pracy. Bo facet woli wziąć nadgodziny, niż zostać z dzieckiem w domu. Dla niego to byłaby jakaś ujma. Lepiej, żeby lepiej wykształcona żona, mająca lepsze predyspozycje i lepszą pozycje na rynku pracy, zniknęła z niego na rok, dwa, albo i trzy lata.

Są też kobiety, które mimo urlopu macierzyńskiego, wbrew polskiemu prawu pracy, są w stałym kontakcie z pracodawcą, bo przecież rok poza rynkiem, to ogromny krok wstecz. To prawie tak, jakby człowiek wypisał się z obiegu na własne życzenie. One walczą. Także ze zmęczeniem. Mężczyźni w takich związkach wolny czas poświęcają na siebie. Kobiety w wolnym czasie ogarniają dom, sprawunki, sprzątają.

„Ja do tego już tak przywykłam, że chodzę, jak koń dorożkarski (…) odpoczywam w pracy. Gdy wracam do domu, mam wrażenie, jakbym przechodziła w inną czasoprzestrzeń. W domu zawsze mam coś do zrobienia”. – oświadcza jedna z bohaterek książki Fejfera.

Pojawiają się też „niewidzialne”, kobiety opiekujące się niepełnosprawnymi dziećmi lub rodzicami wymagającymi nieustannego wsparcia:
„Wiele bym dała, żeby ktoś wziął Staśka na jeden dzień. Mogłabym wtedy spokojnie zrobić coś dla siebie. Co dokładnie? Chyba posprzątałabym mieszkanie.
Ale co by pani zrobiła konkretnie dla siebie?(…)
Nie mam pojęcia, nie pamiętam swoich potrzeb. Od tak dawna liczy się tylko dom, obowiązki, dzieci, Stasiek. Ja chyba już nie istnieję”.

Ważne jest to, by pokazać wycofanie, bo ono też dopowiada więcej o samych nierównościach płacowych. To temat, którego istnienie wielu mężczyzn chciałoby zanegować, a niektóre kobiety wyłącznie na własnym przykładzie, starają się obalić („mnie nie dotknęło, a więc nie istnieje”). W zasadzie cała lektura stara się unaocznić za pomocą nie tylko osobistych relacji, ale też danych, dlaczego nierówność płacowa jest tak trudna do uchwycenia.

Nie tylko macierzyństwo… czasem sama płeć

Ciekawy, choć ledwie muśnięty wątek pojawia się w rozdziale poświęconym kobietom w IT. Branża programistyczna została wybrana przez autora z racji na charakter umysłowy, ale też silną dominacje mężczyzn. Rozmówczynie autora wskazywały więc przede wszystkim na szowinistyczne podejście kolegów z pracy.

„Czasami miałam wrażenie, że moje argumenty nie trafiają do innych nie dlatego, że nie były wystarczająco mocno poparte, tylko po prostu uważano je za gadanie szalonej baby” – przyznaje jedna z nich. W zasadzie można byłoby śmiało mnożyć przykłady z innych branży. Gdy kobiety próbują się przebić w środowisku zdominowanym przez mężczyzn, nieustannie zderzają się z tym, że ich praca jest niedoceniana, propozycje bagatelizowane. Wysiłek zawsze dzielony przez dwa, więc muszą się wykazywać bardziej. Tak samo też reakcje, ton głosu, zachowania – są interpretowane przez pryzmat płci.

„Nie przepadam za środowiskami, w których trzeba sobie wszystko wywalczyć. Wolałabym, żeby inni nauczyli się jakiejś sensownej i efektywnej komunikacji, a nie krzykiem walczyli o prawo do głosu” – przyznaje inna z bohaterek książki.

Dlatego wiele kobiet po prostu sobie odpuszcza, albo nawet nie bierze pod uwagę podejmowania pracy w zawodach innych, niż te słabo opłacane. Zawody opiekuńcze – chętniej wybierane przez kobiety – są niedoceniane i nisko opłacane choć kluczowe dla budowania wartościowego, zdrowego społeczeństwa. Kobiety pracują także więcej. Zwłaszcza, gdy pojawia się dziecko, bo jednocześnie podejmują domowe obowiązki i nie rezygnują z pracy zawodowej. Mężczyźni przejmują część obowiązków, ale proporcjonalnie mniej, niż powinni, by można było mówić o związku partnerskim, jakiejkolwiek równowadze.

Niezgoda

– Skłaniam się do stwierdzenia, że część różnic w wyborze ścieżek zawodowych wynika z biologii. Może nie jest tak, że wszystkie kobiety są bardziej empatyczne, ale na pewno w grupie kobiet daje się wyodrębnić dużą, znacznie większą, niż w przypadku mężczyzn, grupę empatyczną. I ta tendencja jest widoczna już na etapie wczesnym nawet podczas różnicowania się w życiu płodowym, albo we wczesnym niemowlęcym etapie, kiedy jeszcze dzieci nie zdążyły przesiąknąć kulturą. Co więcej, to jest też widoczne u innych zwierząt, na przykład u koczkodanów – mówi autor.

Książkę „O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje” otwiera rozdział poświęcony podłożu antropologiczno-biologicznemu. Rozdział, który może budzić niezgodę wielu osób, motywował także i samego autora do poszukiwań. Poświęcił sporo czasu nie tylko na to, by zagłębić się w badaniach z biopsychologii, ale też poprosić ekspertki-kobiety, nie mężczyzn – z tej dziedziny nauki, by odniosły się do wyników badań. Okazało się, że jest wiele dowodów naukowych, które wskazują, że nie tylko konstrukty społeczne, ale i uwarunkowania biologiczne sprawiają, że kobiety chętniej podejmują się zadań opiekuńczych, wychowawczych. Jednocześnie nie oznacza to, że ekspresja kulturowa jest neutralna, bo nie jest.

– Raz pokazana mama przy garach, a tata wracający z pracy nie zmieni światopoglądu, ale utrwalane na wielu etapach podziały muszą odcisnąć piętno na niektórych osobach.
Tak powstaje kultura nieprzychylna kobietom pod tym względem, że sprawiająca, iż obciążane są podwójną robotą – mówi wprost Kamil Fejfer. Dodaje jeszcze, że kwestia ta pojawiła się w rozmowie z bardzo ciekawą kobietą, która w pewnym stopniu narzekała na feminizm, choć oczywiście nie ma jednego feminizmu. Powiedziała, że feminizm dał kobietom prawo do pracy, a nawet nałożył moralny obowiązek pracy zawodowej, ale nie zdjął kieratu pracy domowej.

I tu wracamy do kluczowego elementu. Nie ma bowiem jednej prostej odpowiedzi na to, dlaczego kobiety zarabiają mniej, choć pracują więcej. Jest na ten temat mnóstwo fragmentarycznych danych, badań, wreszcie jest i cała książka Kamila Fejfera, która na 336 stronach próbuje nakreślić tak szeroką perspektywę, jak to możliwe. Czy jest to książka dobra? Ma pewne niespójności strukturalne.

Raz mamy reportaż, raz wywiad, a raz analizę, ale ten wielogłos formy pozwala też lepiej nakreślić złożoność tej perspektywy. Ma tez swoje słabe strony, zwłaszcza, gdy autor dociera do klas wyższych i lepiej sytuowanych. Tak, jakby zdecydowanie łatwiej mówiło się, ale pewnie i słuchało o nierównościach w kontekście klas, które są najbardziej poszkodowane i marginalizowane, dotknięte biedą oraz ograniczeniem dostępu do dóbr cywilizacyjnych. Są rozdziały bardzo ważne i pomocne w dyskusji ze wszelkiego rodzaju niedowiarkami, takie, które mogą trafić do osób uparcie twierdzących, że wystarczy chcieć, by odnieść sukces, a skoro kobiety mniej zarabiają, to nie chcą. A poza tym, gdyby naprawdę zarabiały mniej, to rynek zweryfikowałby to wszystko i wielu mężczyzn traciłoby prace na rzecz tychże, słabiej opłacanych kobiet.

Istnieje obawa, że książkę Fejfera przeczytają przede wszystkim kobiety. Część znajdzie w niej siebie, swoja matkę, swoje koleżanki. Ale być może też kobiety podsuną tę książkę swoim partnerom.

– Nie chcę, żeby moja książka była odebrana jako akt oskarżenia mężczyzn. Wielu mężczyzn po prostu nie zauważa tego problemu, kwestionuje go. W tej książce znaleźć można wiele informacji, oraz twardych danych, które mogą wpłynąć na ich przekonanie. Jeśli chcesz tę kulturę zmieniać, to warto nie obrażać.

Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
Matka dzieciom, wiedźma z kotem. Miłośniczka ruin i jedzenia z puszki. Typowy filozof. W wolnych chwilach również autorka książek science fiction.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.