Długa droga do przebaczenia. O piekle, jakie Kanadyjczycy zgotowali dzieciom

25 minut czytania
3173
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
15 października 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Szacuje się, że ponad 150 tys. dzieci zostało na kilka lat przymusowo osadzonych w szkołach z internatem na terenie Kanady. Dzieci rdzennych mieszkańców tych ziem miały się w nich uczyć życia w „zachodnim” społeczeństwie, bo biali politycy uznali swoją wyższość nad tymi, którzy na terenie Kanady żyli na długo przed pojawieniem się Europejczyków. Biciem, strachem i przemocą seksualną kościelni wychowawcy wymuszali posłuch. W najgorszych okresach w tego typu placówkach nie przeżywało co trzecie skierowane tam dziecko. Odległe czasy? Nie, tak się działo przez prawie cały XX wiek.

Język ma znaczenie. Oddaje nasz stosunek do zjawisk, potrafi sprawić, że coś pozornie banalnego zyskuje szacunek – lub przeciwnie, umniejsza, spłaszcza znaczenie. Dlatego świadomy, wykształcony człowiek czuje zgrzyt słysząc słowo „Murzyn”, a samotnych rodziców coraz częściej określa się mianem „samodzielnych rodziców”.

W Kanadzie nie mówi się o Indianach i Eskimosach. Na tych, którzy są tu od niepamiętnych czasów, mówi się po prostu Pierwsze Narody. Słowa przypominają, kto był gospodarzem tych ziem od dnia, kiedy to Kruk rzucił piasek na powierzchnię oceanu i stworzył Ziemię. Dlatego też na ulicy można usłyszeć, że to Kanata, a nie Kanada, Tkaronto, a nie Toronto.

To fragment debiutanckiej książki dziennikarki Joanny Gierak-Onoszko, która w trakcie trzyletniego pobytu w Kanadzie zainteresowała się historiami, z których Kanada ani nie jest dumna, ani nie chce być z nimi kojarzona. Tylko że tych historii są dziesiątki tysięcy, i choć przez lata zamiatane były pod dywan, to jednak w końcu trzeba było się z nimi zmierzyć. Terapia objęła wszystkich Kanadyjczyków, którzy musieli przyznać – że tak, ich kraj przez lata akceptował istnienie opresyjnego systemu, który w imię ogromnej niechęci do inności zamykał dzieci wywodzące się z Pierwszych Narodów w szkołach z internatem, gdzie biciem, gwałtem i głodem próbowano sprawić, by stały się podobne do białych rówieśników. I żeby zapomniały o swojej „dzikiej, prymitywnej kulturze”. Tak właśnie mówiono.

Joanna Gierak-Onoszko fot. Edyta Wojciechowska

Resocjalizacja. Sieć szkół oplotła Kanadę

Rezultatem trwającej przez kilkanaście miesięcy pracy – spotkań z byłymi uczniami szkół z internatem, ich dzieci (bo trauma jest dziedziczona, lekturą setek dokumentów – jest reportaż „27 śmierci Toby’ego Obeda”. Tytułowy Toby jest jednym z Ocaleńców – tak nazywa się dzieci, które przeżyły szkołę z internatem. Ocalały, w przeciwieństwie do wielu swoich rówieśników, które zmarły z powodu bicia, nieleczonej choroby lub popełniły samobójstwo, a na koniec miłosierny Kościół wrzucił ich ciała do zbiorowej mogił gdzieś na tyłach szkolnego podwórza.

Sieć szkół z internatem zaczęła się formować w połowie XIX wieku, a ostatnią placówkę zamknięto dopiero w 1996 r. W Kanadzie wyrwano z rąk rodziców 150 tys. inuickich i pochodzących z innych grup etnicznych (chciałoby się napisać – „indiańskich”, ale po przeczytaniu książki to słowo nijak nie chce się przelać na klawiaturę) dzieci i umieszczono je w szkołach z internatem, aby je naturalizować, odebrać imiona i zastąpić je numerami, ograbić z kultury i języka. Dzieci były w tych miejscach poddawane torturom, molestowaniu i nieludzkiemu traktowaniu przez postaci ubrane w habity. Kanadyjskie szkoły z internatem dla rdzennej ludności były bowiem finansowane przez państwo, lecz prowadzone przez katolickie i protestanckie duchowieństwo.

Miały na celu „cywilizowanie” tubylców, których XIX-wieczne kanadyjskie ustawodawstwo uznało za rasę niższą i nakazało zamknąć w rezerwatach. Wierząc, że da się Inuitów i inne Pierwsze Narody wychować na pewne podobieństwo Europejczyków (dzięki czemu staną się sumiennymi pracownikami wykonującymi najtrudniejsze, najgorzej płatne zajęcia), odbierano rodzicom dzieci i umieszczano je w szkołach, często setki kilometrów od domu.

Często obowiązek szkolny dotyczył dzieci bardzo małych, nawet cztero-, pięcioletnich. Siłą wyrywane były od rodziców, przewożone gdzieś daleko i umieszczane w wielkich, zupełnie obcych budynkach, w których radzić sobie musiały zupełnie same. Rozdzielano rodzeństwa, nakazywano komunikowanie się w języku angielskim. Dla dzieci, które znały tylko jeden język – ten, którym posługiwano się w domu rodzinnym – była to trudność nie do przeskoczenia, bo zwyczajnie nie znały angielskiego. Za złamanie zasady (mówienie w zabronionym języku, moczenie się w nocy, zbyt wolne ruchy, uśmiech lub jego brak, stosownie do komendy, która akurat padła) przewidziana była kara: od bicia pasem po bicie zakończonym ostro batem, od pozbawienia jedzenia po umieszczenie w ciasnej izolatce, którą dla wzmocnienia „efektu wychowawczego” można było podtapiać lub wpuszczać do niej szczury.

Upokarzanie, rzucanie o ściany, rażenie prądem. Zmuszanie do zjadania własnych wymiocin, jeśli dziecko było tak chore, że po prostu zwróciło posiłek. Do tego przemoc seksualna, której dopuszczali się nie tylko wychowawcy (a podkreślmy z całą siła, że były to głownie osoby związane z Kościołem), ale i pozostali wychowankowie, którzy będąc wychowani w atmosferze przemocy i braku szacunku do innych, sami stawali się oprawcami.

Zbrodnia naszych czasów

Przeczytałam wiele reportaży, wspomnień, opowiadań o wojnach w różnych częściach świata, traktowaniu pobitych narodów przez okupantów, literaturę obozową. Mimo to książka Gierak-Onoszko wstrząsnęła mną do tego stopnia, że nie byłam w stanie przeczytać jej bez robienia większych przerw. Prawdopodobnie tym, co o tym zadecydowało był fakt, że opisane wydarzenia nie toczą się w odległej przeszłości, lecz w latach 60. czy 70. ubiegłego wieku i nie w Korei Północnej czy ściśle tajnym więzieniu Saddama Husajna, lecz nowoczesnym, opiekuńczym państwie, jednym z lepiej rozwiniętych na kuli ziemskiej. Państwie, które Polakom jawiło się jako raj, do którego uciekali z ten nieprzyjaznej, ograniczającej wolność obywatela Polski Ludowej.

I gdybym miała wymyślić inny tytuł dla tej książki, to zapewne brzmiałby on „Kanada. Kolejny raj utracony”. Choć to w zasadzie banał, bo rajów nie ma – to tylko my chcemy wierzyć, że gdzieś, najlepiej daleko, za magicznymi siedmioma morzami, jest jakiś lepszy świat, do którego wzdychamy i się porównujemy. Czy Kanada, która z dumą mówi o wielokulturowości, a przez lata zlecała duszenie owej wielokulturowości w zarodku, zasługuje dłużej na takie miano?

Nauka w szkole z internatem trwała do dziesięciu lat. Dzieci uczyły się czytania, pisania, liczenia, przyswajały podstawowa wiedzę. Pracowały – w znajdujących się poza szkołą tartakach, przy wyrębie lasu, w jakichś zakładach, ale także w należących do zakonu gospodarstwach rolnych. Należne im wynagrodzenie zatrzymywała szkoła. Co się działo, gdy po latach dzieci wracały do domów?

– Po skończeniu szkoły 15-, 16-letnie dzieci nie pamiętały już swojego języka. Nie znały zwyczajów swoich rodziców. I bardzo się ich wstydziły, bo nauczono je już czegoś innego. Rodzice z kolei nie umieli się z nimi porozumieć. Nawiązać więzi, przytulić. To były rany zadane rdzennym kanadyjskim rodzinom, które są przenoszone z pokolenia na pokolenie. Dzieci oderwane od swoich rodziców, wychowane przez instytucje, które nie były do tego przygotowane, nie umieją później wychować kolejnych dzieci – opowiadała autorka w rozmowie z „Krytyką polityczną”.

Kanada posypała głowę popiołem

Tytułowy Toby Obed nie jest jedynym bohaterem książki. Przeplatają się w niej losy nie tylko Ocaleńców i ich potomków, ale też stanowi ona zapis tego, w jaki sposób Kanada konfrontowała się z rozmiarem krzywdy, który wyrządziła Pierwszym Narodom. Efektem tej konfrontacji są nie tylko przeprosiny formułowane przy różnych okazjach przez najważniejszych polityków (w tym przez premiera Justina Trudeau, a w 2005 roku minister sprawiedliwości Irwin Cotler nazwał system szkół dla indiańskich dzieci „najbardziej krzywdzącym, odrażającym i rasistowskim czynem w historii Kanady”), ale też ogromne rekompensaty wypłacane Ocaleńcom. Choć i do tego droga była długa, a wychowankowie szkół musieli walczyć o pieniądze w sądach, gdzie niejednokrotnie ich zeznania były kwestionowane. Co ważne, pieniądze wypłacone zostały przede wszystkim z budżetu państwowego, a nie od instytucji kościelnych.

– O warunkach panujących w szkołach z internatem Kanada wiedziała cały czas, choć nigdy głośno o tym nie mówiła. Kanadyjczycy wiedzieli albo się domyślali, do jakich nieprawidłowości tam dochodzi, natomiast o skali przemocy i bezkarności sprawców dowiedzieli się w pełni dopiero w 2015 roku, kiedy opublikowano raport Komisji Prawdy i Pojednania (TRC). Kanadyjski rząd i Kościoły podpisali IRSSA – Indian Residential Schools Settlement Agreement, czyli ugodę w sprawie indiańskich szkół z internatem.

Na jej mocy ani rząd, ani Kościoły nie wzięły na siebie odpowiedzialności za to, co się stało. Oddalono pozwy sądowe i do takich spraw już nigdy przed sądem nie dojdzie. Ale Kanada otworzyła swoją szkatułę i wypłaciła Ocaleńcom 6 miliardów kanadyjskich dolarów rekompensat i odszkodowań – wyjaśniała Gierak-Onoszko w wywiadzie.

O ile poszczególni księża zdobyli się na przeprosiny, to Stolica Apostolska się do tego nie poczuwa – choć miała ku temu wiele okazji. Odmówił nawet papież Franciszek, który znany jest ze swej otwartości i chęci budowania mostów.

Premier Trudeau osobiście prosił papieża w 2017 r., aby ten przeprosił za udział Kościoła w zarządzaniu szkołami. Takie przeprosiny były jednym z ponad 90 zaleceń wydanych przez Komisję Prawdy i Pojednania. Autorzy zalecenia poprosili papieża o przeprosiny podobne do tych, jakie w 2010 roku Benedykt XVI wystosował wobec irlandzkich ofiar wykorzystywania seksualnego przez księży. W marcu 2018 r. przewodniczący kanadyjskiego episkopatu opublikował list, w którym poinformowano, że papież Franciszek czuje, iż nie może osobiście przeprosić.

„Ojciec Święty zdaje sobie sprawę z ustaleń Komisji Prawdy i Pojednania, którą traktuje poważnie. Jeśli chodzi o wezwanie do działania nr 58, po uważnym rozpatrzeniu wniosku i szeroko prowadzonym dialogu z biskupami Kanady, czuł, że nie może osobiście odpowiedzieć” – napisano w nim.

– Oczywiście jestem rozczarowany decyzją Kościoła katolickiego. Będziemy dalej współpracować ze społecznościami na drodze do pojednania, ponieważ wiemy, że branie odpowiedzialności za przeszłe błędy i proszenie o przebaczenie jest podstawą naszych wartości jako Kanadyjczyków – skomentował Trudeau.

Papież odmówił przeprosin, choć historycy szacują, że Kościół katolicki prowadził około dwie trzecie ze 130 „residential schools”. I niezależnie od tego, że inne kościoły, które prowadziły szkoły dla indiańskich dzieci, wydały przeprosiny – Kościół Anglikański w 1993 roku, Kościół Prezbiteriański rok później, a Zjednoczony Kościół Kanady w 1998 roku.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.