Dziwne kino #6 – Polskie gówno

Krnąbrna parodia showbiznesu
9 minut czytania
240
0
Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
18 października 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Tym razem na warsztat wziąłem film, który na pierwszy rzut oka może nieszczególnie pasować do założeń cyklu Dziwne kino. Długo się zastanawiałem, czy podjąć się napisania o nim tekstu. Obejrzałem go po paru latach po raz kolejny i stanowczo stwierdziłem, że jak najbardziej jest na miejscu. Chyba żadnego filmu nie darzę, aż tak rozbieżnymi uczuciami.

Reżyserem produkcji o dumnej nazwie „Polskie gówno” jest Tymon Tymański – człowiek znany i ceniony wśród fanów muzyki rockowej i alternatywnej. Osoba wywołująca wiele kontrowersji nie tylko przy pomocy swojej twórczości, ale i życiorysu. Znane są liczne legendy i opowieści o jego życiu uczuciowym, o związku z piętnastoletnią Sarą Brylewską i posiadaniem dzieci z kilkoma różnymi kobietami. Jest również kojarzony z niechęcią do tego, co dzieje się na polskiej scenie muzycznej.

Temu ostatniemu chciał dać wyraz, wypuszczając na światło dzienne omawiany dziś film. Jak mu to wyszło? Czy satyra się udała? Czy „Polskie gówno” jest solidną produkcją?

Nie znam konkretnej odpowiedzi na żadne z tych pytań. Niżej postaram się opanować skrajne emocje i wyjaśnić, dlaczego jednocześnie kocham ten film i go nienawidzę.

Polski showbiz

Historia prezentowana na ekranie nie należy do najbardziej odkrywczych. Ot, w Pruszczu Gdańskim żyje sobie niejaki Jerzy Bydgoszcz; niespełniony, choć bardzo ambitny muzyk, a przy tym niewyobrażalny biedak. Poznajemy go, gdy jest w wyjątkowo trudnej sytuacji finansowej. Na jego drodze staje, grany przez Grzegorza Halamę, wąsaty komornik który chce być jego menedżerem. Bydgoszcz szybko gromadzi paru starych znajomych. Zespół Tranzystory rusza w trasę. Widz śledzi ich poczynania, przygody, peturbacje, kopulację (z fankami) i drogę od nieszczególnie rozpoznawalnego zespołu do takiego, który ma szansę wystąpić w programie znanej telewizji Polwsad.

Tutaj warto wspomnieć o poziomie satyry, jaki prezentuje ów film. Cóż, na pewno zawiera wiele smaczków, które dla co bardziej rozgarniętych odbiorców będą zgrabnym wyszydzeniem tego, co dzieje się aktualnie w szeroko pojętym showbiznesie. Drobny problem polega na tym, że znając Tymona Tymańskiego i jego twórczość oczekiwałem dużo, dużo, dużo więcej dobrego humoru. W kilku scenach absurd powoduje u widza ogromne prychnięcie, ale nic więcej. Mam wrażenie, że scenariusz został okrojony ze wszelkiej błyskotliwości poczucia humoru, a autorzy nie wykorzystali potencjału produkcji, serwując widzowi tylko te najprostsze, bardzo okrojone gagi. Przez to nienawiść do filmu wylewa mi się z uszu.

Trzeba jednak przyznać, że bardzo dobrze sprawdzają się tutaj bohaterowie. Tymański zaprosił do współpracy na planie wiele znanych twarzy, wszelkich popkulturowych dziwaków. Znajdziemy tu Czesława Mozila, Roberta Brylewskiego, wcześniej wspomnianego Grzegorza Halamę czy nawet Krzysztofa Skibę. Z ogromnym zaangażowaniem wcielają się w postaci ekscentryków, których na ekranie nie brakuje. Obsadę uzupełnia kilkoro znanych i cenionych aktorów na czele z Marianem Dziędzielem. Sprawdzają się… cóż, nawet w porządku.

Trudna miłość

Przyszedł czas na pewne wyjaśnienia – dlaczego w zasadzie, pomimo całego niesmaku, nienawiści i zmarnowanego potencjału śmiałem napisać, że darzę tę produkcję również – wprawdzie nieco trudną, ale jednak – miłością. Odpowiedź jest prosta: zabawa.

Radocha, z jaką twórcy podeszli do tematu, sprawiła, że moje serce automatycznie zaczęło bić mocniej. Z ekranu bije niczym nieskrępowana frajda, która z pewnością towarzyszyła ekipie na każdym etapie powstawania filmu. Oglądając „Polskie gówno”, nie możemy nastawiać się na ambitną produkcję wyszydzającą polski przemysł muzyczny, ale na bardzo dziwny, naiwny, a przede wszystkim pocieszny eksperyment człowieka, który z kinem nie ma aż tak wiele na co dzień wspólnego. Całości dopełnia przyzwoita ścieżka dźwiękowa, wydana zresztą na płycie CD – tutaj też Tymański wyraźnie eksperymentował i nie ograniczał się pod żadnym względem. To najbardziej lubię zarówno w tym człowieku, jak i w jego filmie – brak ograniczeń i konwenansów, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Obejrzyjcie. Najwyżej mnie znienawidzicie.

Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
Autor dwóch powieści młodzieżowych ("Kalesony Sokratesa" i "Wszystkie dziewczyny Wertera"), początkujący stand-uper, fan Pink Floyd, licealista.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.