Katalonia – 300 słonecznych dni w roku i marzenia o wolności

Co gra w katalońskiej duszy
13 minut czytania
217
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
26 października 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Krzyczący ludzie. Płonące kosze na śmieci. Barykady, zniszczone samochody, kompletny chaos. Widzowie, nie tylko w Polsce, ze zdziwieniem kręcili głowami – „taki rzeczy u nas, w Europie?”. Te obrazki pochodziły nie z ogarniętego niepokojem Bliskiego Wschodu, lecz uwielbianej przez turystów Katalonii. Wprawdzie wiadomo od lat, że region ma ciągoty separatystyczne, ale uchodzi przecież za bezpieczną – nic więc dziwnego, że rocznie samą tylko Barcelonę odwiedza 10 milionów turystów.

To tylko jeden z dwóch wariantów obrazu Katalonii z ostatnich dni. Drugi to ciągnące się po kilka kilometrów pokojowe manifestacje, w których uczestniczyło nawet ponad pół miliona ludzi. „Proszę, nie zrównujmy zadym z marszami Katalończyków, którzy żądają wolności dla swoich liderów politycznych” – prosi na samym początku rozmowy Lidia Kopczyńska, Polka, która od kilkunastu lat mieszka w Lloret del Mar i prowadzi agencję turystyczną.

Co spowodowało, że 14 października rozpoczęli strajk generalny, który na początku przybrał bardzo gwałtowny obrót? Tego dnia Sąd Najwyższy ogłosił wyroki skazujące dla przywódców politycznych, którzy w 2017 r. zorganizowali referendum niepodległościowe, w którym 90 proc. Katalończyków opowiedziało się za odłączeniem od Hiszpanii. Dodajmy, że nie dla wszystkich, bo kilku w porę uciekło za granicę. Tak zrobił „główny inżynier” referendum, Carles Puigdemont, były premier Katalonii. Zaraz po plebiscycie uciekł do Belgii, gdzie przebywa do dziś. Wprawdzie zaraz po tym, jak Sąd Najwyższy Hiszpanii wydał za nim Europejski Nakaz Aresztowania, dobrowolnie oddał się w ręce belgijskiego wymiaru sprawiedliwości, ale nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miał zacząć odbywać karę.

„Zawodowi bojówkarze” tylko udają troskę

– Jak wyglądało życie w Barcelonie między poniedziałkiem 14 października a piątkiem 18? Bardzo trudno – mówi Lidia. – Przywódcy separatystów usłyszeli wyroki od 9 do 13 lat więzienia za malwersacje rządowe i rebelię rządową. Dlaczego za malwersacje? Bo sprzeniewierzyli 2 mln euro rządowych pieniędzy , które poszły na zorganizowanie nielegalnego, bo niezgodnego z Konstytucja Hiszpanii, referendum – opowiada.

O sytuacji w Hiszpanii rozmawiałyśmy w sobotę 19 października. W mieście wciąż odbywały się demonstracje i rozróby chuliganów, ale odnosiło się wrażenie, że już powoli wszystko wraca do normy.

Moja rozmówczyni wspomina: Na początku wydawało się, że demonstracje będą miały pokojowy charakter, ale szybko do miasta zjechały bojówki niepodległościowe z Europy, m. in. młodzi bojówkarze z Niemiec, Francji, Włoch. Umawiali się za pomocą specjalnej aplikacji, którą na szczęście odpowiednie instytucje po kilku dniach zablokowały. Wydarzenia w Barcelonie szybko wymknęły się spod kontroli. Niby ci bojówkarze – tacy młodzi ludzie, którzy rzadko kiedy mają więcej niż po 21 lat, wznosili hasła wolnościowe i żądają niepodległości Katalonii, ale tak naprawdę chodzi im tylko o rozróby. W sobotę ktoś rzucił butlę z gazem. To już zahacza o terroryzm – wspomina Lidia.

Półtora tygodnia po rozpoczęciu zamieszek w stolicy Katalonii jest już zdecydowanie spokojniej, choć nadal trwają protesty. Czas płynie, ale setki ludzi nadal pozostawiają codzienne zajęcia, by wyjść na którąś z centralnych ulic miasta i wznosić hasła separatystyczne. Na szczęście coraz mniej wśród protestujących zwykłych zadymiarzy – wielu wróciło już do domu, a kilkudziesięciu najbardziej agresywnych siedzi w areszcie. Na szczęście większości protestujących nie przychodzi do głowy, by brać do ręki kamienie albo wybijać szyby w sklepach w imię dziwnie rozumianej wolności, ale ograniczają się do skandowania haseł lub w żartobliwy sposób okazują swoje niezadowolenie. Tak było w środę 23 października, gdy protestujący wlali do fontanny na Placu Hiszpańskim kilkadziesiąt litrów mydła w płynie. „Chcemy oczyścić sytuację polityczną w Katalonii” – tłumaczyli myśl przewodnią swojego happeningu.

Dzień wcześniej widoczni byli dziennikarze, którzy wyjątkowo wyszli ze swojej roli osób opisujących rzeczywistość. Prawie 300 przedstawicieli różnych mediów – hiszpańskich i zagranicznych – protestowało, by wyrazić dezaprobatę wobec ataków, jakich doświadczali ze strony zarówno protestujących, jak i funkcjonariuszy. Szacuje się, że od początku zamieszek rannych zostało około 60 dziennikarzy i fotoreporterów.

Władze Barcelony szacują szkody. Straty poniesione tylko w ciągu pierwszych sześciu dni wynieść miały aż 2,5 mln euro. To koszt uszkodzonej infrastruktury (przystanki, zniszczone autobusy), mniejsze wpływy generowane przez turystów (bo wielu zrezygnowało z pobytu w Barcelonie, wybierając inne miejscowości na terenie Katalonii lub w ogóle odwołało przylot do Hiszpanii) oraz wszystkich innych usług, które nie zostały zrealizowane, bo główne ulice przypominały pole walki, a ludzie, zamiast pracować, maszerowali i wykrzykiwali hasła wolnościowe.

No właśnie, jak to jest z tym dążeniem Katalonii do niepodległości?

Jak to często bywa, gdzieś u podstaw sporu leżały pieniądze. Katalonia jest najbogatszym regionem autonomicznym Hiszpanii; wytwarza ponad 25 proc. PKB kraju. Skąd te pieniądze? 25 proc. budżetu Katalonii tworzy turystyka. Następnie – prężnie działający port w Barcelonie, który zajmuje pierwsze miejsce pod względem liczby przewożonych rocznie pasażerów i 9. Miejsce w Europie pod względem przewożenia towarów. Pod Barceloną znajdują się największe w Europie fabryki Seata, Nissana i Tesli.

– Katalonia nie kwestionowała tego, że musi odprowadzać ogromne pieniądze do budżetu centralnego, ale nie akceptowała, że po ostatecznym podziale środków wraca do niej tak niewiele. Jako najbogatsza – dostawała najmniej. Tu się w ostatniej kolejności realizowało inwestycje rządowe, najpóźniej remontowało drogi. O to Katalończycy mieli największy żal – opowiada Lidia.

Ale sprowadzanie przyczyn niezadowolenia byłoby uproszczeniem. Katalończycy mają własną kulturę, zwyczaje oraz język, który mocno odróżnia się od hiszpańskiego. Lidia opisuje go jako „połączenie francuskiego i włoskiego” z własnymi zasadami gramatycznymi i fonetycznymi.

– Katalonia najbardziej zapragnęła oddzielenia się w ostatnich dziesięcioleciach, gdy prezydent Katalonii Carles Puigdemont próbował przekonać Katalończyków, że nie potrzebujemy pomocy ani rządu centralnego, ani Unii Europejskiej i że w ciągu dwóch lat możemy się odłączyć od Hiszpanii. W 2017 r. zarządził referendum niepodległościowe, nieuznane przez rząd Hiszpanii. Władze w Madrycie podjęły też kroki, by uniemożliwić przeprowadzenie głosowania: na dzień przed referendum policja zablokowała 1300 z 2315 szkół w Katalonii, gdzie miały zostać zorganizowane lokale wyborcze, zarekwirowano też blisko 13 milionów kart do głosowania. Wreszcie, do Katalonii wysłano 5 tys. funkcjonariuszy Policia Nacional i Guardia Civil – opowiada Lidia Kopczyńska.

Referendum odbyło się, miażdżące zwycięstwo odnieśli zwolennicy odłączenia, ale wyniki pozostały tylko deklaracją, bo władze centralne nie uznały katalońskiego plebiscytu.

– Kilka dni później rząd centralny zdymisjonował rząd Carlesa Puigdemonta i rozwiązał regionalny parlament Katalonii. Premier Marian Rajoy uruchomił też art. 155 Konstytucji, który umożliwił tymczasowe zawieszenie autonomii regionu. Dodajmy, że władze skorzystały z tego prawa po raz pierwszy od 1978 r., tj. od uchwalenia Konstytucji. W skrócie: przepis ten umożliwia przejęcie kontroli nad jego organami politycznymi oraz administracją „zbuntowanego regionu”. Aresztowano czołowych polityków. Puigdemont i kilku jego ministrów schronili się za granicą, a skazanie pozostałych stało się przyczyną dzisiejszych protestów.

Po zastosowaniu art. 155 rząd Hiszpanii bardzo szybko przywrócił równowagę w Katalonii. Przeprowadzono wybory do nowego parlamentu i wydawało się, że wszystko wraca do normalności.

W międzyczasie premiera Rajoy’a zastąpił socjalista Pedro Sánchez. Z kolei nowy prezydent Katalonii Quim Torra nigdy nie krył swoich separatystycznych ciągot, przy czym podkreślał, że nie da się odłączyć od Hiszpanii w ciągu 2 lat, jak przekonywał jego poprzednik, lecz w perspektywie ok. 20-letniej – opowiada moja rozmówczyni.

Katalonia nie chce polityków-prowokatorów

Quim Torra, nazywany „zaprzysięgłym socjalistą”, odgraża się, że jeśli liderzy polityczni nie zostaną uwolnieni, powtórzy referendum. To jednak wariant, w który wierzy chyba tylko on sam i może grupa najbliższych współpracowników. I to takich dosłownie najbliższych, bo nawet dotychczasowi poplecznicy mają dość tego, że pozwolił bojówkarzom przejąć miasto na kilka dni (ba, nawet zachęcał ich do aktywności. Może nie wprost, bo oficjalnie wspierał legalne protesty, ale powiedzmy, że dał chuliganom zielone światło), że część ministrów rządu autonomicznego już złożyła dymisje.

– Pomysł powtórzenia referendum i ogłoszenia republiki to jakieś rojenia albo kpiny. Premier, który tak bardzo szuka swoich pięciu minut w historii, właśnie je znalazł. Pora iść do domu – napisał Marius Carol, redaktor naczelny największego dziennika katalońskiego „La Vanguardia”, który nie ukrywa, że blisko mu do demokratycznego nacjonalizmu.

Ze zbuntowanym Torrą nie chce rozmawiać już nikt – ani premier Hiszpanii, ani prezydent Barcelony Ada Colau. „Ostatni rewolucjonista” został sam na barykadzie, prawdopodobnie zresztą już niedługo. Spekuluje się, że wkrótce zostanie zdymisjonowany.

Niezależność – tak, ale co nagle, to po diable

Wprawdzie nadal bardzo wielu Katalończyków chce niepodległości, ale nie za wszelką cenę i nie w sposób nagły.

– Katalończycy zdali sobie sprawę, jak bardzo trudno jest zbudować niezależne państwo. Na pewno nie jest to możliwe w ciągu dwóch lat, jak deklarował Puigdemont. Mają świadomość tego, że przestaliby być członkami Unii Europejskiej, musieliby od podstaw zbudować policję, wszystkie instytucje. Fanów FC Barcelony zabolałby fakt, że drużyna zostałaby wyrzucona z Ligii Mistrzów.

Gdyby jednak władze regionu wyraźnie zadeklarowały, że proces wychodzenia można rozłożyć na 20 lat, to niewykluczone, że entuzjastów separacji byłoby więcej – tak Lidia tłumaczy powody, dla których „zapał separatystyczny” tak bardzo osłabł w ostatnich 2 latach.

Bez zażynania się, czyli „życie jak w Madrycie”

Gdy politykę zostawiamy na boku, pytam Lidię, która na hiszpańskim wybrzeżu mieszka od 15 lat, czy bierze pod uwagę, że któregoś dnia mogłaby wrócić do Polski. Zaprzecza: nie rozważa takiego scenariusza.

– Lubię ludzi dookoła – ich otwartość, szczerość, ich codzienny uśmiech. Są szczęśliwi: nie zażynają się dla pieniędzy. To, co zarobią, wydają na przyjemności, cieszą się życiem. Uwielbiam patrzeć na starsze osoby, osiemdziesięciolatków, którzy piją wino i tańczą. Państwo przewidziało dla nich świetne programy społeczne: nie płacą za leki, mają dopłaty do wyjazdów wakacyjnych, korzystanie z transportu publicznego kosztuje ich symboliczne 1 euro rocznie – odpowiada.

Na ile statystyczny Hiszpan odpowiada stereotypowi: że wesoły, otwarty, ale też leniwy…?

– Z tym lenistwem coś jest na rzeczy, ale to raczej na południu, w Andaluzji. Nie bardzo lubią pracować, woleliby mieć wieczną sjestę i fiestę. Z kolei w życiu Katalończyków praca zajmuje wysokie miejsce, ale nie pierwsze. Najważniejsza – i nie tylko dla Katalończyków, ale dla Hiszpanów w ogóle – jest rodzina. W tym kraju jest niewiele rozwodów, bo panuje przekonanie, że konflikty należy rozwiązywać. W soboty i niedziele Hiszpanie spotykają się na dużych, rodzinnych obiadach – przy stole spotykają się niekiedy po trzy, cztery pokolenia. To czas na omawianie różnych trudnych sytuacji – i Hiszpanie naprawdę potrafią je przy tym stole rozstrzygnąć! – relacjonuje.

Ale w każdej beczce miodu znajdzie się łyżeczka dziegciu. Lidia przyznaje, że pomimo upływu lat, trudno jest się jej przyzwyczaić do jednej rzeczy, która jest w Hiszpanii powszechna.

– To mañana, czyli jutro. Tu wszystko jest na jutro. Jak zamówiłam – na konkretny dzień – pana do założenia żaluzji, to w ostatniej chwili napisał, że jednak przyjedzie za trzy dni. Dobrze, czekam. Po tym czasie wysyłam pytanie, czy załatwił sprawę. „Nie, ale jutro przyjadę” – obiecał w smsie. Tylko że w magiczne jutro znów przełożył naprawę na kolejny dzień, „bo wie pani, coś mi wypadło”. Ale jeśli hiszpański przyjaciel coś ci obieca, to możesz być pewna, że dotrzyma słowa – zapewnia.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.