Kompleks francuski

12 minut czytania
339
0
Anna Godzwon
Anna Godzwon
3 października 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

W jednej z najlepszych polskich komedii plejada polskich aktorów wcielająca się w policjantów i złodziei próbuje ochronić/ukraść najcenniejszy obraz znajdujący się w polskich zbiorach muzealnych. Rzecz dzieje się, gdy Dama z gronostajem Leonarda da Vinci wraca do Krakowa z wystawy w Japonii.

Film „Vinci” ma swój punkt kulminacyjny, kiedy „Dama z gronostajem” wraz z trzymającym ją w objęciach japońskim muzealnikiem i pancerną furgonetką zapada się pod ziemię, a wszystko po to, by oryginał można było wykraść i podmienić na doskonałą kopię.

Nie wiem, czy takiego scenariusza obawiał się dla naszego bezcennego narodowego skarbu minister kultury Piotr Gliński, który na prośbę paryskiego Luwru o wypożyczenie „Damy z gronostajem” na wystawę odpowiedział, w założeniu zapewne zabawnym, bon-motem, że i owszem, pod warunkiem, że Luwr pożyczy nam Monę Lisę. Musiał przecież wiedzieć, że Gioconda domu swojego nie opuszcza.

Kiedy w latach 60-tych XX wieku generał de Gaulle wypożyczył ją na wystawę do Japonii, na znak protestu do dymisji podali się dyrektorzy paryskich muzeów. Od tamtego czasu Mona Lisa nie podróżowała już po świecie – w odróżnieniu od naszej Cecilii Garellani. Mimo protestów konserwatorów, którzy twierdzili, że tak częste podróże są dla dzieła niebezpieczne (i nie chodzi tylko o możliwość skoku na furgonetkę je przewożącą) najcenniejszy nasz obraz był między innymi: w Waszyngtonie, w Budapeszcie, w Londynie i Kioto, w Madrycie i Berlinie, Sztokholmie i Warszawie. I choć muzealnicy załamywali ręce nad nieroztropnym wysyłaniem Damy z gronostajem w kolejne wyprawy, to inni zacierali dłonie, bo Cecilia i jej zwierzątko dawało gwarancje kolosalnych zysków. Także jej, do niedawna, prywatnemu właścicielowi, Fundacji Czartoryskich, od którego państwo obraz odkupiło.

Dama i jej gronostaj odpoczywają w Muzeum Narodowym w Krakowie i każdy może ją odwiedzić tak, jak każdy może odwiedzić Giocondę. Są bowiem granice wypożyczania rzeczy bezcennych i pewnie doskonale zdawał sobie z tego sprawę dyrektor Luwru, pisząc od dwóch lat listy do naszego ministra. Być może liczył na to, że państwowy właściciel także będzie chciał na „Damie z gronostajem” zarabiać tak jak prywatny. I srodze się zawiódł. Wystawa, która zostanie otwarta w Luwrze w tym miesiącu z okazji 500-lecia urodzin Leonarda będzie musiała obejść się zatem bez Cecilli, ale jak pokazał przykład warszawskiego Muzeum Narodowego, można zorganizować wystawę dzieł wielkiego mistrza bez ani jednego jego dzieła – wystarczy wyświetlać ich reprodukcje na monitorach. Niech się Luwr uczy.

Pikanterii tej sprawie dodaje jednak fakt, że paryskie muzeum w latach 60. oddało w bezterminowy depozyt warszawskiej placówce niemal 150 dzieł sztuki antycznej. Miały zastąpić zrabowane podczas wojny eksponaty. Część jest w magazynach, ale część wciąż cieszy oczy zwiedzających. Luwr oczywiście ma tego tyle, że nie do obejrzenia na raz, a te co wylądowały w Warszawie nie należą do najcenniejszych, ale nie można wszak wykluczyć, że nagle dyrektor Jean-Luc Martinez będzie ich potrzebował. Wszystko zależy od tego, czy ma takie samo poczucie humoru, jak nasz minister, czy jednak weźmie jego propozycję zbyt dosłownie.

Jest w tym naszym odniesieniu do przyjaciół znad Sekwany i Loary jakiś kompleks. A to utrącamy im Caracale, a wykrywamy sprzedaż ich okrętów podwodnych za dolara do Rosji, a to uczymy jeść widelcem, a to krotochwilnie zaproponujemy złoty interes do ubicia. Oni nam raz powiedzieli, że straciliśmy okazję, by siedzieć cicho, ale teraz organizują największą wystawą polskiego malarstwa we Francji. W filii Luwru w Lens trwa wystawa „Polska 1840-1918. Zobrazować ducha narodu”, na którą pojechało z polskich muzeów ponad 120 arcydzieł naszych mistrzów. Cała nadzieja w tym, że dyrektor Martinez po obejrzeniu tej wystawy przyjmie, że to po prostu duch w nas niepokorny, a nie nacjonalizm albo inne uprzedzenia.

Więcej o sprawie możecie przeczytać tutaj:

Anna Godzwon
Anna Godzwon
Dziennikarka, urzędniczka, rzeczniczka, specjalistka od politycznego PR. Zaczynała w Rozgłośni Harcerskiej, była sprawozdawcą parlamentarnym Polskiego Radia i naczelną Polskiego Radia24. Po przejściu na ciemną stronę mocy organizowała posłom konferencje prasowe, prezydentowi Komorowskiemu oprawę medialną, a prezydentowi Obamie dwie wizyty w Polsce. Przeprowadziła Państwową Komisję Wyborczą przez czas zmian prawa wyborczego, a z wiosną poszła na swoje.
Wciąż ma serce po radiowej stronie. Jest niepijącą alkoholiczką, psychofanką U2, lubi, kiedy gapi się na Bałtyk, a Bałtyk na nią. Nie zaśnie, jak nie przeczyta choćby kilku stron książki. Lubi fotografować, jeść, podróżować i pisać.
AUTOR

Polecamy