Psychoza – kiedy świat robi się trochę zbyt dziwny

7 minut czytania
3298
0
Aleksandra Seń
Aleksandra Seń
28 października 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Coś szumi w głowie. Czasem buczy, czasem piszczy. Przez kilka miesięcy słyszę ten dźwięk właściwie bez przerwy; w ciemności, gdy mam układ nerwowy na wierzchu, przeradza się w rozmowy nad moją głową. Boję się ich, więc zaczynam bać się wieczorów. Bardziej boję się tylko, że ktoś się dowie.

Liczby się różnią. Amerykański National Institute of Mental Health podaje, że trzy na sto osób doświadczą psychozy na którymś etapie swojego życia. Według innych danych będzie to jeden procent. Wystarczająco dużo, by było warto o tym mówić; za mało, by nie odczuwać tego specyficznego wstydu. Gdy zaczynam chorować, boję się, że będę niebezpieczna. Tłumaczę sobie, że gdyby to faktycznie były stany psychotyczne, nie dopuszczałabym do siebie takiej myśli. Ale skoro neguję problem, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Zapętlam się. Po prawie dwóch latach leczenia świat przestaje mi się rozmywać, a ja zyskuję głos.

Spacer przez półmrok

Zaczyna się bardzo niewinnie – klatkuje mi obraz. Niepokoję się, gdy przechodzę pośród ludzi; czuję na sobie wzrok, zdaje mi się, że słyszę swoje imię. Potem mam wrażenie, że to nie jest moje ciało, że z jakiegoś powodu znalazłam się w którymś momencie swojego życia w innej skórze. Jąkam się, gubię wątek we własnych wypowiedziach. Coś błyska, coś się rozmywa, a gdy jestem bardziej zestresowana ten szum, dzielny towarzysz codziennych aktywności, staje się głośniejszy. Dużo myślę – ale raczej mało skutecznie, patrząc z perspektywy czasu; wydaje mi się, że lepiej niż inni wyczuwam emocje ludzi wokół siebie, ale z nieznanych mi przyczyn uczucia, które rozpoznaję, są zawsze negatywne wobec mnie. Odnoszę wrażenie, że jestem z jakiegoś powodu na celowniku. Jestem pewna, że coś się zmieniło w moim otoczeniu, ale nie mogę tego nazwać. Świat napawa mnie nawet nie lękiem, bardziej niepokojem i masą przeczuć. Orientuję się, że coś jest nie tak z kolorystyką, ale zwalam to na problemy ze wzrokiem. Racjonalizuję. A potem zaczynam rozmawiać ze wszystkimi ludźmi, których słyszę w swojej głowie. Dźwięk jest czysty, wyraźny.

Funkcjonuję całkiem normalnie. Studiuję, piszę kolokwia, pracuję, robię pranie. Bardzo dziwnie czuję się wśród najbliższych, bo wiem, że zarejestrowali już zmiany w moim zachowaniu. Trudno nie zauważyć – jestem czasem opryskliwa, ruszam się dość chaotycznie, mówię za dużo albo nie odpowiadam kompletnie. Boję się, że mnie wykluczą. Trzęsę się.

Przechodzę zespół stresu pourazowego. Z czasem dowiaduję się, że przy tym zaburzeniu mogą wystąpić stany psychotyczne. Zaczynam brać leki; moja rzeczywistość normalnieje z miesiąca na miesiąc. Dojście do remisji zajmuje mi półtora roku.

Wiele twarzy

Psychozy pojawiają się w przebiegu różnych chorób i zaburzeń – wymienię parę. Są na przykład psychozy egzogenne, czyli wywołane jakimś czynnikiem zewnętrznym – to zła wiadomość dla osób nadużywających alkoholu czy narkotyków. Ale nie tylko, bo mogą się pojawić także po zatruciu grzybami czy po przebyciu niektórych chorób (jak białaczki). Innym typem są psychozy reaktywne, które występują wskutek trudnych doświadczeń – wystarczy bardzo silny stres. Każdy ma inny próg cierpienia i trudno przewidzieć, jakie niepowodzenia czy tragedie przyczynią się do początku psychozy. Rokowania są jednak dobre, bo psychozy reaktywne mijają na ogół same, choć mogą być uciążliwe dla otoczenia.

O schizofrenii niby wiemy – jako społeczeństwo – wszystko, a jednak nie do końca. Bo wciąż powszechnie sprowadza się schizofrenię do „rozdwojenia osobowości”. Schizofrenia jest czymś zupełnie innym – do psychozy dołącza spłycony lub niestosowny afekt. W praktyce oznacza to, że nieleczeni schizofrenicy inaczej reagują na otoczenie – mogą nie odczuwać za dużo, a mogą zachowywać się kompletnie niezrozumiale. Co jednak ważne, nie muszą. I można ich skutecznie leczyć.

Odrębną jednostką są zaburzenia schizoafektywne, w który oprócz psychozy występują zaburzenia nastroju. Pozwolę sobie w tym momencie napomknąć, że zaburzenia te leczy się tak jak schizofrenię – lekami przeciwpsychotycznymi – jednak według decyzji Ministerstwa Zdrowia pacjentom nie przysługuje refundacja na sporą część tych środków.

A skoro już przy tym jesteśmy

Mogę się wypowiadać wyłącznie za siebie, bo mnie przeciwpsychotyki uratowały w kluczowym momencie, gdy kompletnie minęłam się z rzeczywistością; w różnych grupach wsparcia trafiam jednak na chorych, którzy nie potrafią zaakceptować efektów ubocznych. I doskonale rozumiem, co mają na myśli, bo ja też pierwsze dwa tygodnie na lekach mam wycięte z życiorysu, przespane i przejedzone. Faktycznie, senność po lekach i momentami wilczy głód mogą komuś wydawać się argumentem, by zrezygnować z leczenia. By być całkowicie szczerą przyznam, że kilka razy odstawiałam leki z powodu utraty jakiegokolwiek komfortu życia. Ale zawsze kończyło się to tak samo – tym samym szumem w głowie, waleniem głową w ścianę i oglądaniem się za siebie co minutę podczas spaceru z psem. Ostatecznie wybieram więc drzemki w ciągu dnia i kilka kilogramów więcej niż planowane, ale za to w miarę normalne życie, studia, pracę, sensowne relacje międzyludzkie. I uśmiech mojego psychiatry, gdy potwierdzam, że przez kolejny miesiąc nie miałam żadnych objawów.

Nie zawsze trafia się od razu. Brałam cztery różne środki, by w końcu osiągnąć wyraźną poprawę. Tyłam i chudłam, spałam po dwadzieścia godzin albo dwie, czasami zgrzytałam zębami i zdrapywałam skórę z rąk. Ale chodzi o to, że warto, bo to dla wielu z nas szansa na normalne życie. Jeśli efekty uboczne są nie do zniesienia lub rezultaty nie satysfakcjonują mimo upływu czasu, warto po prostu spytać lekarza o możliwość zmiany leków.

Teraz, gdy jestem w stanie racjonalnie ocenić, co się faktycznie stało, najbardziej boję się nawrotu. Ale wiem, że moje otoczenie jest już nieźle przygotowane. Liczę na to, że w tym krytycznym momencie ktoś po prostu zaciągnie mnie do psychiatry, ratując mi tym samym umysł, a może życie.

Aleksandra Seń
Aleksandra Seń
Studentka filologii niderlandzkiej – w dzieciństwie po kilkudniowym pobycie w Holandii stwierdziła, że jej marzeniem jest gulgać i charczeć. Próbuje zajmować się naukowo literaturoznawstwem, ale wzrusza się do łez przy podręcznikach z historii. Miesiąc bez wygłoszenia referatu na niszowej konferencji uznaje za zmarnowany.

Prowadzi koczowniczy tryb życia odkąd stwierdziła, że nie potrafi spędzić całego tygodnia we własnym domu. Najlepiej odnajduje się w otoczeniu mebli z epoki wczesnego Gierka i wśród paproci. W sercu nosi mieszankę kiczu i retro.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.