Walczymy o naszą męskość

21 minut czytania
1422
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
12 października 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Wśród mężczyzn jest więcej geniuszy i durniów, więcej zbrodniarzy i świętych. Kobiety trzymają się bliżej średniej – mówi Maciej Wójcik, społeczny rzecznik praw mężczyzn.

Samobójcy, narkomani, mordercy, bezdomni, bezrobotni czy więźniowie to w większości mężczyźni. Mężczyźni również łatwiej się uzależniają. Uważa pan, że mają gorzej od kobiet i są dyskryminowani?

Przestrzeń publiczna jest coraz bardziej zawłaszczana przez punkt widzenia kobiet, które protestują i ubiegają się o urzędy publiczne. Mają pomoc i wsparcie od instytucji. Mężczyźni natomiast na instytucjonalne wsparcie raczej nie mogą liczyć. Ruch na rzecz praw mężczyzn to reakcja na nadużycia feminizmu – wyjście w naszej ocenie poza równe prawa, domaganie się przywilejów.

Skrajny przykład dała ostatnio pani Agnieszka Holland, postulując pozbawienie mężczyzn czynnego prawa wyborczego na 12 lat. W powszechnym mniemaniu kobiety są ofiarami, a mężczyźni ciemiężycielami. Ale to mężczyźni wykonują najbardziej podłe, niebezpieczne prace: wywożą śmieci, pracują na platformach wiertniczych, czyszczą szamba, układają asfalt.

Kobiety się skarżą na szklany sufit, a mężczyźni na szklaną podłogę. Nie potrafią się wyrwać z tych najgorzej płatnych stanowisk. Wśród mężczyzn jest więcej geniuszy i durniów, więcej zbrodniarzy i świętych. Kobiety się trzymają bliżej średniej, rzadziej wpadają w skrajności.

Maciej Wójcik, społeczny rzecznik praw mężczyzn

Ale praca mężczyzn jest bardziej ceniona niż praca kobiet. W biznesie, zarządach firm, korporacjach to mężczyźni stanowią większość, dominują też w sporcie i w wojsku.

Badania z Harvardu dowodzą, że kobiety pracują statystycznie mniej wydajnie, chociaż zdarzają się kobiety wydajniejsze od mężczyzn, rzadziej biorą nadgodziny, a częściej się zwalniają, chociażby z powodu dzieci. Różnice w płacach wynikają między innymi z faktu, że mężczyźni częściej podejmują ryzyko i biorą na siebie odpowiedzialność, a kobiety mając swobodny wybór same decydują się na zajęcia bezpieczniejsze, ale słabiej płatne. Społeczeństwo bardziej ceni życie kobiet niż mężczyzn. Podczas katastrof zawsze w pierwszej kolejności ratuje się kobiety i dzieci. Mężczyźni wykonują również wszystkie najgorsze i najbardziej niebezpieczne zawody, w konsekwencji są ofiarami 94 proc. wypadków w pracy. Proszenie o pomoc uważane jest za niemęskie. Efekt? 89 proc. ofiar utonięć to mężczyźni. Nadal to od mężczyzn oczekuje się, że pójdą na dno wraz ze statkiem. Poza tym kobiety żyją dłużej.

Za sprawą emancypacji mężczyźni przestają być grupą uprzywilejowaną. Kobiety stały się samodzielne, są niezależne. Coraz trudniej im zaimponować. Panowie czują się bezużyteczni i to powoduje ich frustrację.

Znów mógłbym się nie zgodzić, bo te „przywileje” na jednym polu były czymś okupione, na przykład tysiącami hektarów cmentarzy wojennych, gdzie kobiet spoczywa niewiele. Nie uważam, by dawny model społeczny był antykobiecy bardziej, niż antymieszczański czy antychłopski. Na mężczyznach ciąży presja sukcesu, bycia silnym, by chronić innych, ryzykując własne życie.

Oczekuje się od nich, że poradzą sobie zawsze i wszędzie. Takie stereotypowe postrzeganie może być powodem, że rzadko wygrywają sprawy o opiekę nad dziećmi. Męskość jest otwarcie atakowana, rugowana z przestrzeni publicznej. Wprowadzane są przywileje dla kobiet na uniwersytetach, gdzie na niektóre kierunki mężczyźni nie będą mieli szans się dostać, np. informatyka preferuje kobiety, wprowadzono dodatkowe punkty, staże tylko dla nich. Feministki twierdzą, że są zwolenniczkami równych praw i równych szans, ale to, co proponują, to żądanie równych efektów. Absurdalne wydają mi się postulaty feministek o zrównanie płac, np. wśród piłkarek i piłkarzy. To powinno zależeć od tego, jaki przynoszą dochód, np. jakie są przychody z reklam oraz jak duża jest oglądalność takich widowisk.

Ja też mógłbym założyć ligę osób po czterdziestce. Zorganizować mistrzostwa świata i domagać się wyższych płac, powołując się na dyskryminację ze względu na wiek.

Rośnie grupa mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. W internecie popularność zyskuje prawicowy ruch mężczyzn, tzw. inceli. Głoszą: „jesteśmy słabi, gnojeni, upokorzeni”. Winę za to ponoszą kobiety.

Skrót incel (od angielskiego „involuntary celibate”, czyli „w celibacie mimo woli”) określa internetową społeczność mężczyzn, którzy uważają się za nietrakcyjnych seksualnie, a za brak powodzenia u kobiet obwiniają obowiązujące normy społeczne i kulturowe. Zdecydowana większość z nich ogranicza swoją działalność do użalania się w internecie, jednakże media przyjęły narrację jakoby była to grupa niebezpieczna, o zapędach terrorystycznych. Tak naprawdę nawet wśród inceli to margines. Część inceli rzeczywiście głosi poglądy, jakoby seks był czymś na kształt zasobu naturalnego, który po prostu im się należy. W związku z tym gwałt i przemoc uznają za środki osiągania swoich celów, a w wolności osobistej kobiet widzą podstawowe zagrożenie. Oczywiście postulat redystrybucji seksu jest absurdalny i nie do przyjęcia, podobnie jak mizoginia.

Ruch praw mężczyzn nie chce być kojarzony z tą grupą, bo mamy zupełnie inne cele, z których podstawowym jest rzeczywiste równouprawnienie. Narracja o terrorystycznych zapędach inceli nie jest całkowicie bezpodstawna, choć uważam, że mocno przerysowana. W ostatnich latach głośno było o kilku atakach terrorystycznych w USA i Kanadzie, których dopuścili się mężczyźni z tej grupy. Mało kto wie, że Anders Breivik, zabójca 77 osób na norweskiej wyspie Utoya, podzielał poglądy krążące na incelskich forach.

Jako 20-latek wyjechał do USA, aby poddać się operacjom plastycznym twarzy i zyskać bardziej męskie rysy. Wśród inceli popularne są poglądy wzięte z psychologii ewolucyjnej, w tym ten o hipergamii kobiet, z których 80% wybiera 20% najatrakcyjniejszych mężczyzn, pozostali natomiast będą mieć trudności ze znalezieniem partnerki. Część z tych obserwacji jest poprawna, a problem samotnych mężczyzn narasta. Grupa określająca się jako incele, czy w Polsce przegrywy nie potrafi jednak znaleźć racjonalnego rozwiązania swoich problemów.

Wiele osób kojarzy wasz ruch właśnie z incelami.

Incel to słowo, które często jest używane jako słowo-młot przeciwko działaczom praw mężczyzn (MRA – Men’s Right Activism), co jest takim samym nadużyciem jak sugerowanie, że każda feministka jest bezdzietną, grubą, samotną kobietą. My się od nich odcinamy. Incele popierają niektóre nasze postulaty i próbują się do nas podłączyć. Tak naprawdę w większości przypadków przyczyną frustracji inceli jest niezrealizowana potrzeba bycia kochanym i pożądanym.

Komentarze inceli w internecie często mogą budzić niepokój. Np. taki: „Mentalnie wykastrowani i pozbawieni męskiej siły mężczyźni nieustannie słodzą, głównie feministkom. Spychają do podświadomości swoją samczą, męską stronę. Negują archetyp drania i skurwiela, który jest w każdym z nas bez wyjątku”.

Współczesna narracja feministek próbuje stępić męskie zachowania, które w ich mniemaniu są toksyczne. Tymczasem zachowania i stojące za nimi cechy charakteru, które powodują, że mężczyźni robią głupoty, np. skaczą do wody z wysokości, przydają się w sytuacjach, w których np. trzeba ratować ludzi przy pożarze.

Brawura, igranie z życiem, skłonność do podejmowania ryzykownych zachowań, zamiłowanie do ekstremalnych sytuacji to cechy przydatne wtedy, kiedy służą dobrej sprawie. Trzeba je wytrenować. Dlatego właśnie mężczyźni czasem robią rzeczy, które są postrzegane jako toksyczne. Chcą się sprawdzić. Z moich obserwacji wynika, że kobiety na ogół wybierają drani. Dla kobiety jest to w jakimś sensie fascynujące. Coś w tym musi być, jeśli seryjni mordercy dostają setki listów od wielbicielek. Kobiety mają w genach zapisane, że wybierają sobie „lepszego samca” niż one same w sensie materialnym i intelektualnym. Dotyczy to więc i sfery materialnej, i inteligencji oraz pozycji społecznej.

A jak to działa w drugą stronę?

Według badań psychologii ewolucyjnej mężczyźni kierują się w większym stopniu urodą partnerki, są natomiast mniej wymagający odnośnie jej inteligencji, pozycji społecznej czy zasobów.

Wiadomo że w zamkniętych grupach dzieją się różne rzeczy. W zeszłym roku użytkownicy Wykopu zorganizowali akcję „Projekt Klaudiusz”, która miała udowodnić, jak naiwne są Polki.

Jeden z inceli stworzył fałszywy profil w popularnej aplikacji randkowej Tinder, dzięki któremu udało mu się zgromadzić ponad 600 potencjalnych partnerek seksualnych. Cały eksperyment miał dowieść, że dla kobiet nie liczy się nic więcej poza wyglądem mężczyzny.

Tym, co uderza w sposobie widzenia świata przez inceli, jest całkowite zrzucenie odpowiedzialności za swoje życie na wyimaginowaną grupę, jak je nazywają: kobietonów, suk, manipulantek. Tymczasem istnieje inna droga – inwestowanie w siebie, zarówno w wygląd, sylwetkę, ubiór, jak i w edukację i karierę zawodową. Narzekaniem rzeczywiście niczego się z kobietami nie osiągnie. Oczywiście, znalezienie partnerki jest znacznie trudniejsze dla kogoś, kto jest nieatrakcyjny fizycznie („przegrał na loterii genowej”), a na domiar złego pracę nad sobą zaczął później od innych, gdy większość najatrakcyjniejszych kobiet jest już „zajętych”.

Czy jest jakaś różnica pomiędzy incelem a mizoginem?

Incel to nie to samo co mizogin, można być mizoginem, nie będąc incelem. I odwrotnie. Mizogin może mieć żonę, kochankę, ale cieszy się, jeśli kobiecie coś nie wyjdzie. Postawa mizoginistyczna często rozwija się niezauważana przez długie lata. Może być wynikiem traumatycznego przeżycia, utraty zaufania wobec ważnej w życiu chłopca lub młodego mężczyzny kobiety: matki, siostry, cenionej nauczycielki lub dziewczyny.

Mizogin za każdym razem, gdy zrani kobietę i podważa jej wartość – odczuwa przyjemność. Pokutuje przekonanie, że mizoginia to zwyczajna nieśmiałość wobec kobiet, tymczasem jest zupełnie inaczej. Mizoginizm to męskie zaburzenie polegające na odczuwaniu silnej niechęci w stosunku do kobiet. Niechęć ta ma jednak podłoże psychiczne, a nie fizyczne, i nie wiąże się z brakiem popędu płciowego. Mizogin uznaje kobiety za gorsze, traktuje je z pogardą, unika z nimi kontaktu.

Jakie są przyczyny mizoginizmu?

Najczęściej obserwuje się go u mężczyzn, którzy wynieśli z domu złe wzorce, byli od wczesnych lat przekonywani, że mężczyzna dominuje nad kobietą. Mówienie chłopcu, aby „nie zachowywał się jak baba” może brzmieć niewinnie dla dorosłego, jednak czasami takie opinie kształtują osobowość dziecka i rzutują na jego dorosłe życie. Kolejną przyczyną mizoginizmu jest zbudowanie w sobie przeświadczenia, że kobieta jest wyłącznie obiektem seksualnym.

Mizoginia jest powszechnie potępiana, natomiast mizoandria nie. Zgłoszenia nienawistnych wobec mężczyzn wypowiedzi pań Sylwii Spurek, Manueli Gretkowskiej, Magdaleny Środy czy ostatnio Agnieszki Holland do prowadzącego akcję antydyskryminacyjną stowarzyszenia „Otwarta Rzeczpospolita” pozostały bez odpowiedzi lub zostały odrzucone.

Akcja „me too” rykoszetem uderzyła w same kobiety?

Tak. Mężczyźni, żeby uniknąć oskarżeń o molestowanie, instalują kamery w biurach. Jeśli są w sytuacji sam na sam, to obowiązkowo. To pokłosie akcji #MeToo.

Menedżerowie niechętnie zatrudniają atrakcyjne kobiety do prac wymagających ścisłej interakcji interpersonalnej. Zaczęło się od Wall Street. Już w grudniu 2018 r. na Wall Street zostały wydane reguły, które można w skrócie podsumować tak: „unikaj kobiet za wszelką cenę”, a więc żadnych wspólnych posiłków, zakaz siadania naprzeciwko niej w samolocie, zakaz rezerwowania wspólnych pokoi w hotelach i unikanie spotkań w cztery oczy (bez świadków). Jaki jest skutek? Utrata szansy na awans.

Trzykrotnie wzrosła liczba mężczyzn, którzy nie chcą szkolić kobiet w pracy. W innych branżach również można dostrzec ten problem, potwierdza to coraz więcej badań. Teraz to zjawisko jeszcze się nasiliło. Doszliśmy już do takiego absurdu, że kobiety mają mniejsze szanse, by jakiś mężczyzna udzielił im pierwszej pomocy poprzez resuscytację krążeniowo-oddechową ze względu na obawę o bycie oskarżonym o molestowanie seksualne.

Jak to się stało, że postanowił pan walczyć o prawa mężczyzn?

Zajmuję się społecznie, czyli bez wynagrodzenia, działalnością na rzecz praw mężczyzn. Robię to, bo instytucje państwowe nie oferują mężczyznom wystarczającego wsparcia. W dużej mierze przyczyniła się do tego Sylwia Spurek, była zastępczyni rzecznika praw obywatelskich ds. równego traktowania.

Zaczęło się od pamiętnego wywiadu z 2017 r., udzielonego Onetowi, w którym stwierdziła, że przemoc ma płeć, ofiarami są kobiety i dzieci, a sprawcami mężczyźni. Spurek sprawami mężczyzn się nie zajmowała, bo jest feministką; występowała na swoich oficjalnych profilach w koszulce z napisem „The future is for feminists” [„Przyszłość należy do feministek” – przyp. red.] i używała hasztagu #trzymamstronękobiet. Zamiast pilnować równości, promowała interesy jednej płci. To był taki impuls, który sprawił, że zaczęliśmy działać na poważnie.

Ale według badań rzeczywiście przemoc dotyczy głównie kobiet. Przemoc wobec mężczyzn to problem marginalny.

Według jakich badań? Znane mi są badania, z których wynika, że kobiety równie często jak mężczyźni inicjują przemoc w związkach. Ponadto część aktów przemocy dokonywanych przez mężczyzn ma kobiece sprawstwo kierownicze. Jeśli chodzi o przemoc kobiet wobec mężczyzn, kobiety wyraźnie dominują w przemocy psychicznej, której mężczyźni doznają znacznie częściej.

Objawia ona m.in. wzbudzaniem poczucia winy, szantażowaniem, kontrolowaniem, ograniczaniem kontaktu z innymi osobami, bagatelizowaniem osiągnięć i wyolbrzymianiem porażek, szantażowaniem, grożeniem, krzyczeniem, straszeniem, czytaniem korespondencji, e-maili, SMS-ów. takie właśnie metody stosują kobiety znacznie częściej niż mężczyźni. Do tego sądy są sfeminizowane i stają raczej po stronie kobiet.

Lista niezałatwionych postulatów ruchu na rzecz mężczyzn jest bardzo długa.

Alienacja rodzicielska nie podlega żadnej karze, sąd przydziela dziecko do opieki matce i wyznacza miejsce zamieszkania przy matce, natomiast ojciec ma ustalone terminy kontaktów. Jeśli kobieta uchyla się, bo stwierdza, że dziecko jest chore albo istnieje jakaś inna przeszkoda, pozostaje całkowicie bezkarna. Po kilku latach kobieta wnosi do sądu wniosek o likwidację tych kontaktów, bo nie istnieje już więź ojca z dzieckiem, a sądy takie wnioski akceptują.

Jeden z mężczyzn, któremu pomagałem, przysłał dokument, w którym jest informacja o tym, że sąd zaakceptował zakup biustonosza i szlifierki jako wydatek na potrzeby dziecka. Po rozwodzie pokutuje model alimentacyjno-wizytacyjny, tymczasem w społeczeństwach Zachodu dominujący model to opieka naprzemienna lub równoważna, zdaniem psychologów najkorzystniejsza dla dziecka. Mąż, dowiedziawszy się o zdradzie, ma pół roku na zaprzeczenie ojcostwa. Wielu mężczyzn łoży na nie swoje dzieci, w niektórych przypadkach również wówczas, gdy mają świadomość, że ojcem jest inny mężczyzna. Ojciec pragnący kontaktu z własnym dzieckiem musi przechodzić długotrwałe i upokarzające badania psychologiczne, tymczasem nowy partner matki ma dostęp do nieswojego dziecka natychmiast i bezproblemowo. Sporym problemem jest też bezkarność fałszywych oskarżeń o przemoc czy molestowanie.

Jest taka teoria, że mężczyźni robią wszystko, żeby nie dopuścić do wprowadzenia na rynek tabletki antykoncepcyjnej, którą mogliby stosować. Może po prostu odpowiada im to, że nie ponoszą odpowiedzialności, tylko kobiety muszą się o to martwić?

Wprowadzenie tabletki antykoncepcyjnej wywróciło rynek matrymonialno-seksualny do góry nogami. Kobieta poczuła się wyzwolona, bo zyskała kontrolę nad procesem rozrodczym. Dlatego gdy rozpoczęto pracę nad męską antykoncepcją, feministki zablokowały je. Kobieta może teraz powiedzieć: „brałam tabletkę, ale nie zadziałała”, może kogoś wrobić w ojcostwo albo nie powiedzieć, że była z kimś w ciąży. Gdyby istniały tabletki dla mężczyzny i to on byłby odpowiedzialny za bezpieczny seks, mógłby zapobiec byciu oszukanym.

W związku między dwojgiem, w tym swoistym układzie powinny być korzyści zarówno dla jednego, jak i dla drugiego.

Trzeba jak najszybciej zakończyć walkę płci i opracować nowy model społeczny. Ten, który był, czyli opiekunki domowego ogniska i myśliwego przynoszącego zasoby, jest już przeżytkiem. Nie jesteśmy wrogami kobiet i nie chcemy im niczego zabierać ponad to, co wykracza poza równe prawa. Chcielibyśmy wspólnie z nimi wypracować nowy model, ale pilnując, by nie było strony uprzywilejowanej. Bo dyskryminacja jest naszym zdaniem niedopuszczalna, także ta osłodzona słowem „pozytywna”.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.