Żeglarstwo to sposób na życie

Rozmowa z Piotrem Klimczakiem
12 minut czytania
206
0
Magda Budzik
Magda Budzik
2 października 2019
Fot. : Bernard Marszałek

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Piotr właśnie wrócił z rejsu po Balearach. Spotykamy się na chwilę w jednej z krakowskich kawiarni, aby porozmawiać o jego wielkiej pasji, jaką jest żeglarstwo. Trudno uwierzyć, że jeszcze trzy lata temu nawet nie myślał o tym, a dziś przygotowuje się do zdobycia uprawnień kapitańskich i ma na koncie już spore doświadczenie i wiele niezapomnianych morskich przygód.

Poprosiłam Piotra o tę rozmowę, ponieważ jego historia jest fascynująca i pokazuje, że można, że się da, jeśli się czegoś naprawdę chce. Poza tym Piotr jest wyjątkowo pozytywnym człowiekiem. Swoją pasją do żagli zaraża na odległość, a więc jeżeli nie jesteście do końca zdecydowani, to nie polecam spotkania z nim, bo… przepadliście!

Piotrze, powiedź kilka słów o sobie.

Niemal 50-latek, z wykształcenia chemik-filozof, z zawodu programista. Multihobbysta z wyboru. Najpierw była wspinaczka, jaskinie, potem paralotnie, sportowe pływanie na wodach otwartych, teraz żeglarstwo – już trzeci rok.

Raczej unikasz nudy w życiu! A jak zaczęła się Twoja żeglarska przygoda?

Raczej unikam! Lekarz sportowy, do którego poszedłem z kontuzją barku, poradził mi odpuszczenie jednego sezonu zawodniczego w pływaniu na wodach otwartych. Zastanawiając się, co zrobić z wolnym czasem, przypomniałem sobie zakurzony pomysł mojego przyjaciela Radka Urbanika: Zróbmy w tydzień chorwackie uprawnienia żeglarskie, to będziemy mogli wypożyczać jachty. Rejs ze znajomym kapitanem tylko pomógł w podjęciu decyzji. Trzy lata temu na majówkę, pojechaliśmy z Radkiem na kurs Voditielj Brodice organizowany przez Pro-Skippers w Chorwacji. W Zadarze czekał na nas najlepszy dydaktyk żeglarstwa, siła spokoju – instruktor PZŻ Krzysztof Kieniewicz. Kurs tak mi się spodobał, że sprawdziwszy, że następne dni w Polsce leje jak z cebra, zostałem na kolejny tydzień. Po wyjściu w morze, w czasie porywistego jugo, wiedzieliśmy, że takie pływanie to jest to.

Fot.: MASSA photographer  http://madmassa.com/

Okazuje się, że pasja do żeglowania jest trochę przypadkowa, ale chyba nie narzekasz?

Zdecydowanie – nie narzekam! Żeglarstwo od innych pasji różni się tym, że każdą z nich uprawia się tylko przez jakiś czas. Wspinasz się tylko część dnia, potem jesz, śpisz, imprezujesz w sposób niezwiązany z pasją. Tak samo paralotnie, czy pływanie długodystansowe. Trenujesz, startujesz w zawodach – ale resztę czasu spędzasz gdzieś obok.

Z żeglarstwem jest inaczej: czarterujesz łódkę i jesteś na niej całą dobę. Jesz, śpisz, żyjesz na jachcie. Zasypiasz i budzisz się „zanurzony” w żeglarstwo – to ma wpływ na cały czas, każdą podejmowaną aktywność. I to jest wspaniałe!

Widzę, że, wpadłeś na całego! A co było po szkoleniu w Chorwacji?

Niecały miesiąc po uzyskaniu uprawnień miałem pierwszy czarter! Popłynęliśmy z Radkiem, jego dziewczyną i jeszcze jednym przyjacielem. Żegluję właściwie wyłącznie ze znajomymi, nie chcę brać odpowiedzialności za ludzi, których nie znam. Do Chorwacji, gdzie nie potrzebuję wsparcia, nie brałem nikogo bardziej doświadczonego. Krzysztofa wziąłem jako wsparcie, na pierwszy rejs katamaranem na Sycylii.

I tak: pierwszego dnia – uderzyliśmy w podwodne skały, drugiego – potargaliśmy jeden z żagli, trzeciego – złapało nas w nocy 30 węzłów wiatru (około 60 km/h). Czwartego i piątego dnia – dopadliśmy schronienia i przeczekaliśmy, bo z trzydziestu zrobiło się czterdzieści kilka węzłów. Wracając, ostatniego dnia, jeszcze potargaliśmy „niedorefowanego” foka.

Na nudę raczej nie mogliście narzekać? Rozumiem, że to tylko bardziej przekonało Cię do żeglowania?

Lubię, jak coś się dzieje – im więcej, tym lepiej. Nudy nie ma, a jak jest, to już skippera w tym głowa, żeby jej nie było.

Twoją pasję widać gołym okiem. Czy to oznacza, że nie było żadnych chwil zwątpienia?

Były chwile, że miałem naprawdę dość. Wstawanie na wachtę w środku nocy, ubieranie się w przechyle w mokre i zimne ciuchy, wychodzenie po śliskich od wilgoci stopniach zejściówki do kokpitu, gdzie czekał na mnie deszcz…

Rozumiem, że to za mało, abyś się zniechęcić? Zresztą wiem bardzo dobrze o czym mówisz, nie raz zmarzłam, zmokłam, miałam dość na morzu… Ale są przecież jakieś plusy żeglowania?

To są tylko takie krótkie chwile słabości. Gdy wyjdę już do kokpitu i widzę czarną głębię, słyszę wiatr – to wiem, że nie chciałbym być nigdzie indziej. To jest moje miejsce i niech tak trwa…

Poza tym okazuje się, że biologicznie jestem świetnie dostosowany do żagli. Słyszę silnik diesla – zasypiam w minutę. Wibracje od niego w kajutach rufowych – moich ulubionych – kołyszą mnie do snu. Przechyły i fale – sprawiają, że śpię jak niemowlę w kołysce. Psia wachta jest moją ulubioną, ze względu na wschód słońca. A wschód słońca na morzu – to jest coś niesamowitego! Choćby dlatego warto czasem płynąć w nocy, nawet jeśli nie trzeba.

Do tego – odcięcie od spraw lądowych. Nie ma mnie, nie przyjdę, nie zajmę się – jestem na morzu. Decyzje w znakomitej większości są proste, bazują na kilku czynnikach: wiatr, fala, prognoza, chęci i wytrzymałość załogi. Na lądzie, każda decyzja ma tych czynników o wiele więcej i szybko się zmieniają. Zaskoczenia i rozczarowania są wpisane w życie. Na morzu, jeśli Cię coś zaskakuje – to znaczy, że się nie przygotowałeś, nie przewidziałeś, nie pomyślałeś. Twoja, jasno określona wina. Miałeś wszystkie dane, to sobie radź i – co ważne – wyciągnij wnioski na przyszłość. To też jest w żeglarstwie fantastyczne.

O ile Chorwacja nowicjuszowi wiele wybacza, zawsze można się schronić na jedną z tysięcy wysepek, tak Kanary, czy Baleary, o Bałtyku nie wspominając, nie są aż tak łaskawe.

Foto: Radosław Urbanik

Trudno się z Tobą nie zgodzić. Ja też w żeglowaniu uwielbiam tę prostotę życia, skupianie się tylko na tym, co istotne, posiadanie tylko tego, co najważniejsze… Był pierwszy trudny rejs. Czy już w drodze powrotnej planowałeś co dalej?  Czy jednak potrzebowałeś chwili na zastanowienie?

Jeszcze przed wyjazdem miałem wzięty kolejny czarter! Od trzech lat jest tak, że zawsze mam jeden lub dwa czartery „w zapasie”. Jadąc już na jeden mam zarezerwowane/opłacone następne. Tutaj trzeba wykazać się planowaniem. Czartery last-minute najczęściej są nie takie, jak trzeba: jachty są stare, zniszczone, drogie, bez prawa do opuszczenia wód terytorialnych… Już dziś mamy dopięte plany dotyczące w sumie pięciu tygodni na morzu. Teraz dwa tygodnie w Chorwacji we dwójkę, jesienią kolejne dwa tygodnie, a zimą 100 h na pływach na Kanarach. Dopiero wiosna 2020 jest w fazie akwizycji: albo one-way z Kanarów na Baleary, albo trasa Chorwacja-Sycylia/Malta-Chorwacja. Albo jedno i drugie… Kto wie.

Piotrze, żeglujesz stosunkowo niedługo, ale intensywnie . Co najmilej wspominasz. Masz jakieś jedno przeżycie najmocniej zapadające w pamięć?

Jeśli miałbym wybrać jedno wydarzenie, które zrobiło na mnie największe wrażenie, to właśnie z rejsu one-way Kanary-Baleary. Jest noc, wieje 7 B, stan morza 5. Idziemy bajdewindem, mocno porefowani. Ostrząc ile się da, bo do pokonania mamy ujście Cieśniny Gibraltarskiej – a tam zawsze „warun” sporo mocniejszy, niż po jej obu stronach. Wieje niemal idealnie w osi cieśniny, więc halsując raz za razem, przekraczamy strefę separacji ruchu, która zbiera cały ruch dużych statków idący z i na Morze Śródziemne. Piękny widok, szczególnie w nocy – nie ma jednak czasu na widoki. Moja wachta – wachta życia!

Jest nas już dwóch na pokładzie, bo Radek wyszedł wcześniej. Błogosławię jego bezsenność. Jeden z nas patrzy przez lornetkę, drugi w ploter z AiSem meldując kolejne alarmy zderzeniowe, którymi raczy nas system ostrzegania. Mkniemy już Śródziemnym; drugi ref foka, trzeci grota, a łódka idzie 8-9kts. Pełnia księżyca oświetla trzymetrowe fale zimnym blaskiem. Odjazd. Oddalająca się skała Gibraltaru z jednej, bliskie światła Ceuty z drugiej. Do zwrotu z powrotem w kierunku Europy skłaniają nas dopiero światła kutrów rybackich u wybrzeży Afryki. Chmury pędzą po niebie, a pod nimi pędzimy my – 9,5 węzła. I to na ułamku ożaglowania!

Dwukrotnie tej nocy przecinaliśmy autostradę dużych statków lecących z i do Gibraltaru. Jeden z nas ciągle na AISie, drugi lampi się na te choinki, weryfikując wskazania z ekranu i wyciszone przez pierwszego alarmy zderzeniowe. I wtedy na środku tej autostrady urywa się nam roler foka. Czyli cały przedni żagiel rozwija się niekontrolowany, a nasz piesek szykuje się, by gonić własny ogon; jacht niezrównoważony zaczyna myszkować, to ostrzy, to odpada. Tylko czekać, aż coś się urwie następnego i poleci kaskada atrakcji.

Radek idzie na dziób ocenić zniszczenia. Nie, nie idzie. Czołga się, starając utrzymać kontakt z pokładem. Wraca z meldunkiem, że lina strzeliła przy bębnie rolera, że potrzebna będzie pęseta. Pęseta! Obudziwszy Krzysia, który zawsze ma wszystko, a na rejsy jeździ z małą torbą, organizujemy naprawę – to jest dopiero przygoda! Jacht idzie pod sporą falę; gdy wchodzi pod dziób, ten unosi się, dając te kilka-kilkanaście sekund pracy; gdy fala przesuwa się pod rufę, musisz rzucić wszystko (narzędzia przywiązane są do nadgarstków) i chwycić się oburącz knag dziobowych, bo dziób właśnie nurkuje i to szybciej, niż przyspieszenie ziemskie – potem tylko wytrzymać uderzenie o wodę w dolinie między falami, skulić się pod prysznicem, i proszę – możesz się brać do przerwanej pracy. Znowu masz te kilka – kilkanaście sekund, po których cykl się powtarza.

Nie zanudzając – daliśmy radę, choć nie podczas pierwszej wycieczki na dziób. Nauczka z tego taka, żeby dokładnie sprawdzać stan lin. Od wtedy – sprawdzamy!

To o czym już wcześniej mówiłeś. Ciągłe uczenie się i wyciąganie wniosków… Pokora i szacunek do morza to wartości, o których nie można zapominać. Trudne i niebezpieczne sytuacje często są wpisane w żeglarstwo. Masz takie doświadczenia?

Kiedy pokora i szacunek nie wystarczają, trzeba się uczyć na własnych błędach. Dlatego absolutnie nie mam wspomnień, o których chciałbym zapomnieć! Cała praktyka, jaką zdobyliśmy, to były błędy, korekcje i wnioski na przyszłość. Od pierwszego wpadnięcia na mieliznę, aż po sytuację zagrożenia życia na Wyspach Kanaryjskich – nauczka za nauczką. A post factum zawsze okazuje się, że przecież wiemy, czytaliśmy, powinniśmy.

Co roku staramy się sobie zapewnić „przygodę życia”. Pierwszego roku to był samodzielny czarter. Drugiego – wyczarterowaliśmy we dwójkę – z Radkiem – z Chorwacji jacht na pięć tygodni bez przerwy, a dzięki Pro-skippers, uzyskaliśmy pozwolenie na cały Adriatyk. Pierwsze żeglowanie non-stop, bez widoczności brzegu. Ruszyliśmy natychmiast po odprawie z Lastova w poprzek – do Bari. Po dobie żeglugi już u wybrzeży Włoch, nie wpływając do portu, a sprawdziwszy tylko prognozy – rzuciliśmy się z powrotem, żeby przeżyć to jeszcze raz.

Przygoda życia trzeciego roku (który trwa!) to czarter Kanary-Baleary. Trzy tygodnie non stop w trójkę na 52 stopowym jachcie – najpierw Atlantyk, potem Cieśnina Gibraltarska i Morze Śródziemne. System wachtowy, ciąg frajdy, zmieniające się warunki i wyzwania. Tego się nie da opisać. Wiemy jedno – tędy droga, jeśli chodzi o dalszy rozwój; długie przeloty non stop w skąpej, zgranej załodze; im dłuższe, tym lepiej.

Fot.: MASSA photographer  http://madmassa.com/

Zasadniczo rozwój w życiu jest szalenie istotny, trzeba ciągle iść do przodu. Dlatego rozumiem, że kolejne dokształcanie się z żeglowania to była oczywista kwestia. Mam na myśli kurs na patent Jachtowego Sternika Morskiego. Jak wspominasz sam kurs i egzamin? Były emocje? Stres? Czy totalny luz?

Postanowiliśmy zrobić JSMa z dwóch powodów – raz, żeby mieć uprawnienia działające poza Chorwacją, dwa – żeby jednak się czegoś nauczyć, bo 70 stron podręcznika na patent Voditielj Brodice, w porównaniu do tych sześciuset kilkudziesięciu podręcznika na Sternika jednak działa na wyobraźnię… Nie zaczynaliśmy od zera: podstawy z mat-fizu i studiów (chemia) ułatwiły teorię żeglowania. To dział, który naprawdę łatwo zrozumieć, jeśli się tylko nie boisz wektorów i prostych wzorów trygonometrycznych.

Meteorologię zdawaliśmy wcześniej na licencje paralotniarskie, fakt – dwie dekady temu, ale coś zostało. Przepisy bezpieczeństwa daje się zrozumieć, nie trzeba wszystkiego kuć na blachę. Światła i sygnały trzeba wkuć i przećwiczyć, szczególnie na obfitującym w kutry rybackie wybrzeżu Chorwacji. Klasyczna nawigacja to w sumie kupa zabawy, dopóki nie trzeba jej użyć w rzeczywistej sytuacji: rozkładasz komfortowo mapę morską na ogromnym stole egzaminacyjnym, na lądzie, w dzień, nic się nie kołysze, obok kawa i sok pomarańczowy, bierzesz cyrkiel i kątomierz, spokojnie nanosisz dokładne namiary z zadania na kartce… i myślisz sobie, że to jest umiejętność, którą masz wykorzystać w momencie, w którym piorun trafił w maszt i spalił całą elektronikę (w tym wszystkie GPSy, autoster i radio). Jest noc, wieje jak diabli, pokładem kołysze, a ty robisz namiary i przerywając ręczne pompowanie zęzy, przy świeczce nanosisz je na mokrą i pomiętą mapę na stoliczku nawigacyjnym, żeby uniknąć raf. To pozwala uzyskać odpowiednią perspektywę…

Dokładnie, warto z tego wszystkiego zdawać sobie sprawę. Teoria, a praktyka! Kosmos! Wiem, że w planach masz zdobycie uprawnień kapitańskich, ale chyba nie dla samych śniadań podawanych przez wachtę kambuzową? Dlaczego zdecydowałeś się na to?

Cóż, decyzja o uzyskaniu uprawnień Kapitana Jachtowego (KoJot), to nie tylko „logiczne” następstwo Jachtowego Sternika Morskiego. Wymagania stawiane przed KoJotami podpowiadają takim napaleńcom jak my, którędy droga. 1200 godzin po morzu (czyli żegluj, żegluj, żegluj!), 400 h samodzielnego prowadzenia (bo wtedy sam uczysz się najwięcej, wyrabiasz odruchy), 100 h w jednym rejsie na pływach z zawinięciem do co najmniej dwóch portów pływowych. Pływy to coś, z czym masz do czynienia, jak tylko wystawisz dziób z baseniku Morza Śródziemnego, a z prądami pływowymi – nawet  na Śródziemnym, przy przekraczaniu cieśnin (Bosfor, Messyńska, Gibraltar). Dalej: 100 h na jednostce o długości kadłuba powyżej 20 m – żebyś nie pomyślał, że żeglarstwo to tylko banalne w obsłudze czarterowe slupy bermudzkie z talią grota i dwoma szotami genui, albo nawet jednym – samohalsującego foka.

Fot.: MASSA photographer  http://madmassa.com/

Piotrze, a jakie masz plany na przyszłość? I nie mam na myśli tej przyszłości, kiedy robisz kapitańskie uprawnienia i planów na najbliższy rejs po Chorwacji. Chodzi mi o te plany, które dopiero nieśmiało pojawiają się na horyzoncie, w przyszłość tej nawet jeszcze bliżej nieokreślonej.

Kupno jachtu i zamieszkanie na nim. Serio. Chcę wreszcie tak długo pożeglować, żeby poczuć ulgę schodząc na ląd. Bo na razie, za każdym razem czuję, żebym jeszcze – ech – został i pożeglował!

Możemy przybić piątkę. Niech ci się spełni. Tego ci życzę!

Wywiad pochodzi z bloga Pro-Skippers.

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.