Cały ten alkoholizm, to przez małpki…

To nie przepis na życie w trzeźwości
16 minut czytania
4589
0
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
11 listopada 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Ministerstwo Zdrowia wraca do pomysłu ograniczenia, a nawet wycofania ze sprzedaży wódek w butelkach o niskim litrażu. Ma to pomóc w zapobieganiu chorobie alkoholowej. Pomysł może i jest medialny, ale zdecydowanie niewystarczający.

Zabiorą nam małpeczki, szczeniaczki, pyszności kolorowe, orzechowe, wiśniowe, rozgrzewające, te z pigwą. Malutkie i poręczne, takie, co zmieszczą się w kieszeni od spodni, w damskiej torebeczce, w schowku w samochodzie… Przestaniemy pić? Nie! Sięgniemy po większe butelki!

Na złość państwu będziemy pić więcej! Taki lament – wprost, pod sklepem lub między wierszami w komentarzach internetowych – podnosi się tuż po tym, jak Polskę obiega wiadomość o nie tak bardzo nowym pomyśle Ministerstwa Zdrowia. Oto bowiem rządzący chcą uciąć jedną z najprężniej rozwijających się gałęzi przemysłu monopolowego, znaną powszechnie jako „małpki”. Chodzi o dystrybuowanie wódek, przede wszystkim smakowych, w butelkach o niskim litrażu – 100 i 200 ml.

Stary pomysł

Pomysł ten pojawił się jeszcze w 2016, ale został dość szybko zarzucony. Dlaczego więc rząd wraca do niego po trzech latach? Może w ten sposób, z lekkim poślizgiem wliczającym kampanię wyborczą, rezonuje raport firmy Synergion Dokąd płynie mała wódka?.

Opublikowany w kwietniu 2019 dokument podsumowuje badania rynku, pokazując, że zainteresowanie konsumentów “małymi wódkami” stale i dość dynamicznie rośnie.

Raport jest wstrząsający. Średnia dobowa sprzedaż „małpek” to około 3 miliony, z czego pierwszy milion trafia do klientów jeszcze przed godziną 12:00. Tak, jak gdyby, zgodnie z tradycją rodem z międzywojnia, człowiek kulturalny nie pił alkoholu przed południem, ale o tym jeszcze za moment.

Samorządy, co zrozumiałe, starają się w jakiś sposób balansować między przychodami, jakie generują działające na ich terenie małe i średnie sklepy, nie tylko monopolowe, ale też gorzelnie i wszelkie dodatkowe jednostki zaangażowane w dystrybucję alkoholu, a między kosztami, jakie ponoszą w związku ze skutkami nadużywania alkoholu przez obywateli.

Jedną ręką więc próbują nieco głaskać, a drugą troszkę ganić. Rząd działa podobnie, ale na większą skalę. I w tym momencie warto uświadomić po pierwsze – na czyje zlecenie powstał ów komentowany raport firmy Synergion. Otóż jego powstanie zlecił Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego. Rozumiecie? Nie pachnie wam to jak element wewnętrznej rozgrywki o wpływy na rynku? Mnie – owszem.

Kto jest alkoholikiem?

Bo widzicie, alkoholikiem nie jest tylko ten, kto wypija przed południem przysłowiową setę. Dlatego zdjęcie „małej wódeczki” z regału przypomina raczej schowanie trupa do szafy. Zacznie śmierdzieć szybciej, niż się wydaje.

Porozmawiajcie z bliskimi osób uzależnionych od alkoholu. Czy wylanie całej wódki jaka była w domu, schowanie wszystkich flaszek i cukierków z likierem, tych pyszniutkich, sprawiło, że przestali pić? Jeśli nie mogli napić się w domu, to wychodzili z domu. Jeśli nie mogli kupić wódki, to kupowali piwo, a jeśli nie było piwa, to zawsze można rozważyć Amol, wodę brzozową… i tak dalej i tak dalej. Przy czym chodzi raczej o to, że kreatywność człowieka na drodze do autodestrukcji potrafi rozjechać walcem najbardziej śmiałe pomysły rządu dotyczące zakazu tego i owego.

Prohibicja

Gdy w 1914 roku car zakazał produkcji i sprzedaży alkoholu w Imperium Rosyjskim, zaniepokojony stopniem rozpicia poborowych, okazało się, że drastycznie wzrosła konsumpcja bimbru i innych domowych alkoholi – oczywiście rozprowadzanych w drugim obiegu. Podobnie było w czasie prohibicji w USA, tam nie tylko owoc zakazany zaczął smakować lepiej, ale też znacząco wpłynął na rozkwit przestępczej działalności zorganizowanej, znaczy się mafii konkretnie.

Oczywiście od zakazu sprzedaży „małpek” to rozwoju melin i gangsterów długa droga, dość zawiła i raczej nie przesadzałabym, nie mniej jednak wycofanie małego litrażu nie wyleczy ludzi z choroby alkoholowej. Dlaczego?

Pierwszy problem: niska świadomość społeczna.  Polacy za mało wiedzą o tym, czym jest choroba alkoholowa, jak się objawia, jakie ma skutki. Alkoholik to zawsze jest ten żul, menel. Ale pani doktor prawa z lampką wina do każdego posiłku powyżej lunchu? Pan profesor raczący się szlachetną whisky, broń panie najjaśniejszy jakąś blended, tuż po tym, jak wybrzmi hejnał z Wieży Mariackiej? Albo nasz kumpel, który po ciężkiej dniówce dla relaksu musi chociaż jedno, dwa piwka wypić? To nie. Bo nie rzygają na klatce schodowej, nie biją dzieci, nie zawalają pracy. Po prostu większość życia spędzają na lekkim rauszu. I dopóki trzymają to pod kontrolą, to jest super i wszyscy się dobrze bawią.

Kiedy demon wymyka się spod kontroli?

Okazuje się, że litraż nie gra roli. Nic nie gra roli. Ciało budzi się rano, ale mózg protestuje. On będzie działał dopiero jak dostanie alkohol. Daj mi piwo. Daj mi wino. Małpka? Może być, mała i tania, ale jak nie będzie, to daj mi chociaż bombonierkę wiśni w likierze.

Alkoholik dopiero na lekkim rauszu działa tak, jak trzeźwy. A potem przestaje działać. Dojście do tego może mu zająć 10, 15, albo i 20 lat systematycznego podlewania mózgu. Wiara w to, że schowanie “małpek” powstrzyma głód alkoholowy musi być wielka. I próżna w środku.

Oczywiście nie jest tak, że to działanie jest pozbawione sensu. Spójrzcie bowiem przez moment na świat oczyma trzeźwiejącego alkoholika. To, że może być trzeźwiejącym alkoholikiem to już jest sukces. Trudno ten sukces jakoś zapisać w złotych annałach ministerstwa zdrowia, bo ośrodków terapii uzależnień działających w ramach NFZ jest niewiele, są oblegane, na miejsce trzeba czasem czekać, a pobyt tam jest dużym wyzwaniem.

I nie chodzi już o sam przymus abstynencji w zamkniętym budynku, będąc odciętym od świata. Chodzi o to, że to nie są zazwyczaj luksusowe hotele. No ale dajmy na to – nie złamiesz się. Wytrwasz najpierw 10-14 dni detoksu, dostaniesz miejsce na zamkniętym oddziale terapii uzależnień. Wytrwasz w abstynencji kolejnych 6 tygodni i wychodzisz na wolność. Pierwszy raz od lat (czasem i dekad) oglądasz świat bez znieczulenia. Co widzisz?

Życie na trzeźwo

Między drzewami lśni i promienieje kuszący billboard o tym, że Życie nabiera sensu z „Ż”. skręcasz w stronę przystanku. Mijasz pierwszy sklep. Jeśli masz szczęście sprzedają tam coś więcej niż tylko alkohol, ale jak masz pecha, jest to 100% monopol, czekolady i batoniki są tylko zakąską albo „wykupnym” dla twojego straumatyzowanego dziecka wyrastającego na DDA.

Ale jesteś silnym człowiekiem, nauczyli cię przez te kilka tygodni jak się bronić. Idziesz dalej. Do małego sklepu z zielonym płazem w logo nie wchodzisz, bo wiesz, że oprócz bułek mają tam też nieźle wyeksponowany alkohol. Docierasz do głównej arterii. Czekasz na tramwaj.

Na przystanku czai się sympatyczny żubr, albo i dwa. Starasz się je ignorować, ale one są takie miłe. Wsiadasz do tramwaju, lepiej nie z tyłu, bo z tyłu zawsze znajdzie się koleżka z piwkiem, albo panowie żulowie, z puszkami, pustymi co prawda, ale jeszcze pachną alkoholem. Wysiadasz. Idziesz do domu, o ile jeszcze go masz. Mijasz piekarnię. Ona jest bezpieczna, tam nie ma piwa. Mijasz mięsny. Tam – przynajmniej jeszcze – nie ma wódki.

Ale przy spożywczaku już drga ci powieka. Tam musi być jakiś alkohol, bo przecież ten sklep zaspokaja wszystkie żywotne potrzeby człowieka. I jest do niego blisko. Do każdego ogólnospożywczego, w którym kupisz alkohol, jest zawsze bliżej i bardziej po drodze niż do sklepów bezpiecznych. A jak się uprzesz, to w cukierni kupisz sobie bajaderkę, ajerkoniak, trufle na winiaku, pączki z likierem.

Po 18:00 lepiej w ogóle nie wychodź na miasto, bo wszyscy piją. Mało, malutko, tak ciut, ciut, ale zawsze coś. Ciocia ma imieniny, koledze się syn urodził, ciężki dzień był. Po 22:00 zamknięte są osiedlowe sklepy, nie kupisz chleba ani masła. Działają za to wszystkie 24h – całodobowe sklepy monopolowe.

Ty musisz wytrwać w trzeźwości

Nie dzień, nie tydzień. Resztę życia. Bo alkoholikiem zostaje się raz a porządnie, aż do śmierci. Odwyk i terapia zmieniają cię w trzeźwiejącego alkoholika i mają ci pomóc stać się niepijącym alkoholikiem. I zostajesz nim. Na zawsze albo do pierwszego odpalenia wrotek.  A wrotki odpalić możesz nawet po 20 latach niepicia.

Jak już raz zapijesz, to zmieniasz się w walec drogowy, w cysternę, w atomowy lodołamacz, który dobrnie do każdego alkoholu. I niby zakaz sprzedaży „małpek” ma to zmienić? Nie sądzę.

Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
Matka dzieciom, wiedźma z kotem. Miłośniczka ruin i jedzenia z puszki. Typowy filozof. W wolnych chwilach również autorka książek science fiction.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.