Cmentarze inne niż wszystkie

19 minut czytania
545
0
Monika Machalska
Monika Machalska
3 listopada 2019
zdjęcia z archiwum autorki

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Na świecie są cmentarze inne niż te, które zwyczajowo odwiedzamy na początku listopada. Ale nie trzeba porzucać naszej strefy kulturowej czy szukać cmentarzy innych wyznań, by przekonać się, że ta sfera naszego życia społecznego może mieć całkiem inną formę.

Gdy cała przyroda zamiera, na skraju jesieni, na polskich zazwyczaj odludnych cmentarzach, rozpoczyna się gorączkowa krzątanina. Wśród cichych dotąd alejek szeleszczą zamiatane liście. Tu i ówdzie pobrzmiewa twardy chrobot ryżowych szczotek o lastriko czy marmur. Trwają intensywne prace porządkowe. Kamieniarze również nie mają jesienią chwili wytchnienia. Przybywa zamówień na nagrobki i płyty. W większości solidne, zaprojektowane z rozmachem ze szwedzkiego granitu i włoskich marmurów, a nie jakiejś chińszczyzny. Okazałe i imponujące połyskliwą powagą są dowodem nieprzemijającej pamięci, ale także pozycji społecznej i materialnej, zarówno nomem omen „drogiego” zmarłego, jak i jego rodziny.

fot. Shutterstock

Wraz z rosnącą zamożnością społeczeństwa, rośnie splendor jakim otaczamy naszych zmarłych. W mniejszych miejscowościach, gdzie opinia publiczna ma duże znaczenie, nie jest rzadkością fakt, że rodzina nie zważając na koszty wymienia „niemodny” już grobowiec sprzed trzydziestu lat, na okazalszy i nowszy, by dogonić najnowsze funeralne trendy, obowiązujące w okolicy. Im bliżej obchodzonych na początku listopada Zaduszek tym liczniej też odwiedzane są kwiaciarnie. Przycmentarne skwery zaroją się sprzedawcami zniczy i kwiatów. Nie wiadomo czy w tym roku przebojem dalej będą elektryczne ledowe światełka czy nowe, jeszcze trwalsze odmiany chryzantem. W tych dniach będziemy wyjątkowo hojni i nie pożałujemy na dekorację grobów. Pierwszego czy drugiego listopada tłumnie ruszymy na cmentarze, by oddać hołd zmarłym. Z zadumą, powagą i uroczyście. Tonące w kwiatach wypucowane groby naszych bliskich dadzą dowód naszej pamięci.

Czy wszędzie kult zmarłych przybiera tak imponującą, by nie rzec, ostentacyjną materialnie formę? Czy zawsze cmentarze to miejsca pełne monumentalnych kamiennych grobowców spowitych powaga i bardzo na serio?

Nie trzeba porzucać naszej strefy kulturowej czy wyznaniowej, by przekonać się, że ta sfera naszego życia społecznego może mieć całkiem inną formę.

TAK FOR ALL – dzięki za wszystko.

Około 100 km na północ od polskiego wybrzeża, na południowo-zachodnim Bałtyku leży duńska wyspa Bornholm. A u jej północno-wschodnich krańców, miniaturowy archipelag Ertholmene zwany też Wyspami Groszkowymi. Większość wysepek archipelagu, jest zamieszkałych tylko przez foki, mewy i rybitwy. Jednak największa z nich, mierząca niespełna 720 m długości i 430 m szerokości wyspa Christiansø, od paru wieków jest zaludniona.

Pierwsi ludzie pojawiali się na wyspie w czasach wikingów. W XVII wieku osiedli na niej na stałe, gdy powstała tu baza duńskiej marynarki wojennej. Garnizon funkcjonował tu prawie przez 200 lat, do roku 1863. Po jego likwidacji ówczesne Ministerstwo Obrony zezwoliło byłym żołnierzom wrócić i osiedlić się na wyspie. Był to początek społeczności, która do dziś żyje na Christiansø i pobliskiej, mniejszej nieco, wyspie Frederiksø. W malowniczych kamiennych domkach mieszka tu na stałe ok. 100 osób. Oprócz pozostałości wojskowych koszar, niewielkiego portu, latarni morskiej, poczty, gospody i kościółka znajdziemy też na skalistej wyspie cmentarz.

Położony na niewielkim wzniesieniu w centralnej części Christiansø. Granitowy mur z nieobrobionych kamieni osłania cmentarz od porywistych morskich wiatrów. Jeśli, ktoś przekraczając cmentarną furtkę oczekiwał monumentalnych pomników dawnych admirałów, to się zawiedzie. Nie powita go nastrój smutku i powagi wyryty z pietyzmem w kamieniu. Przez chwile można mieć wątpliwość czy to na pewno cmentarz. Czy nie zabłądziło się do czyjegoś prywatnego ogrodu.

Już na pierwszym kroku oszałamiają nas bujne kwiaty, spontanicznie rozkwitające wokół. Wielobarwne kosmosy, wyraziste maki, chabry, macierzanki i lawendy wzięły we władanie całą przestrzeń, barwnie wylewając się na ścieżki. Dopiero, gdy uważnie się przyjrzymy, pomiędzy feerią barw dostrzeżemy pojedyncze głazy i proste płyty nagrobne. Wyryte na nich słowa upamiętniają spoczywających tu zmarłych. Imię nazwisko, data narodzin i śmierci. Z rzadka zawód czy bardzo krótka informacja o tym, czym zmarły zajmował się za życia. Zazwyczaj tylko tyle. Czasem jeszcze krótkie zdanie po duńsku. TAK FOR ALL – dzięki za wszystko.

Na niektórych grobach, ktoś położy niewielkie kamienne lub gliniane figurki ptaszków. Począwszy od czasów przedchrześcijańskich, od basenu Morza Śródziemnego, do basenu Morza Bałtyckiego, ptaki były symbolem łączności z bogami, z niebem, symbolem ulatujących dusz zmarłych. Takie motywy znajdziemy zarówno na cmentarzach judaistycznych jak i chrześcijańskich. Tu na obmywanej przez wzburzone fale Bałtyku wyspie, mają jeszcze jedno znaczenie. Duńczycy to naród od wieków związany z morzem. To naród żeglarzy i rybaków. Dla ludzi morza ptaki były zwiastunami wytęsknionego lądu, nadziei, bliskiego powrotu do bezpiecznego portu, do domu i odpoczynku. Stąd być może te maleńkie figurki ptaków, które mają prowadzić dusze zmarłych do szczęśliwego portu w niebie.

W Danii cmentarze to nie tylko miejsce spoczynku, tych którzy odeszli. To także miejsce relaksu dla żywych. Nie zdziwi nas widok spacerujących tu rodzin z dziećmi, traktujących te miejsca jak każdy inny park. Z szacunkiem, lecz bez patosu, ale też egalitarnie. Może na przekór naszym wyobrażeniom, takie podejście do nekropolii sprawia, że pamięć o bliskich ma bardziej codzienny i ludzki wymiar.

Wesoły cmentarz

Udajmy się parę tysięcy kilometrów na południe. Z dala od morza, po drugiej stronie Karpat, w rumuńskim okręgu Maramuresz (Marmarosz), na ukraińskim pograniczu, leży niewielka wioska Sapanta. Tu znajdziemy niezwykłą nekropolię Cimitrul Vesel, czyli „Wesoły cmentarz”, jak ochrzciły go przewodniki. Do początków XX w. nekropolia ta, nie różniła się od cmentarzy w pobliskich wioskach. W 1935 r. miejscowy artysta Stan Ioan Patras wykonując rzeźbiony drewniany krzyż, mający zwieńczyć nagrobek, oprócz imienia i nazwiska zmarłego opatrzył go scenami z jego życia i żartobliwym epitafium.

I tak dziś spacerując wokół miejscowej cerkwi, możemy zobaczyć wizerunki zmarłych, scenki z ich życia oraz poznać okoliczności w jakich rozstali się z tym światem. Ci co odeszli jawią się nam jako prawdziwi ludzie z krwi i kości. Z barwnych płaskorzeźb, jak z komiksowych obrazków wyczytamy ich historię. Są tu wzorowe żony i matki, nalewające gorącą ciorbę mężowi i dzieciom, lub pracowicie spędzające czas przy kądzieli. Są też i kobiety niezwykłej urody, przedstawione jako nagie i występne anielice, które innych i siebie zwiodły na manowce. Są pasterze i wojskowi. Rolnicy i urzędnicy. Są ci, którym bliżej było do karczmy niż do kościoła, i którym butelka stała się kochanką i rodziną. Rymowane epitafia z ironią traktują ich bohaterów. Nie sposób się nie uśmiechnąć, czytając tłumaczenie:

Pod tym ciężkim krzyżem
biedna moja teściowa spoczywa.
Gdyby żyła trzy dni dłużej, byłbym w grobie, ona tutaj.
Wy którzy tu przechodzicie obok, ludzie,
Spróbujcie jej nie obudzić.
Jeśli do domu wróci,
O głowę mnie skróci.
Ale ja mam plan przebiegły,
Powrót zatem już mniej pewny.
Lepiej więc zostań tu,
moja matulu.

Przez pół wieku z ręki żartobliwego poety i rzeźbiarza wyszły setki wielobarwnych krzyży opatrzonych liryczno- ironicznymi epitafiami. Po śmierci Patrasa w 1977r. dzieło kontynuował jego uczeń. Dymitru Pop Tincu. W sumie powstało ponad 800 nagrobków. Te najnowsze opisują życie i okoliczności ludzi nam współczesnych, a co za tym idzie sprawy i problemy nam bliskie, jak los młodego człowieka Michaju, syna Mihala. O jego losie przeczytamy:

Gdy prowadziłem swe auto byłem w poważnych kłopotach i zakończyłem życie we wsi Sarasan. Tam dopadł mnie zły los, gdy wpadłem w poślizg i uderzyłem w drzewo kończąc nagle swój żywot, a teraz mówię do was, drodzy rodzice: nie trwajcie resztę życia w smutku. Wszak dawaliście mi dobre rady. Ja sam jestem sobie winien zbytniej prędkości za kółkiem. Nie powinienem jechać tak szybko, a teraz widzę co zrobiłem i,że gniję w ziemi. Żyłem 20 lat, zmarłem w 1994r.

Pisane w pierwszej osobie, szczere i bezpośrednie epitafia, są jak wiadomości przesłane z zaświatów. Niosą przestrogę, ale i otuchę. Barwne i jaskrawe polichromie w odcieniach intensywnego błękitu, bieli i czerwieni dopełniają pogodnego nastroju nekropolii.

Radosne podejście do spraw ostatecznych, ma w Rumunii długa tradycję. Zamieszkujący przed wiekami te tereny (zwane wówczas Dacją) Geto – Dakowie wierzyli w nieśmiertelność duszy i w to, że śmierć jest pomostem do lepszego życia. Według legend dawni wojownicy w przeddzień bitwy zwykli odprawiać rytuał śmiechu ze śmierci, która mogła nadejść następnego dnia. Dziś uśmiechając się na widok tych niecodziennych nagrobków, warto spojrzeć na kwestię życia i śmierci z innej perspektywy. Jak dawni Dakowie oswoić się z tym co nieuniknione, a ból utraty zamienić w pogodną pamięć o bliskich.

Cmentarz Ofiar Gór

Jest także w Polsce miejsce, w którym upamiętniono zmarłych w sposób niezwykły. Cmentarz inny niż wszystkie. Idąc z Karpacza, z Łomnickiego Rozdroża czerwonym szlakiem w stronę Śnieżki znajdziemy się w dolinie Łomniczki. U podnóża Kopy na jej granitowym zboczu w 1986r. Powstał symboliczny Cmentarz Ofiar Gór. Do skalnej ściany przymocowano niewielkie tabliczki upamiętniające ludzi Gór: alpinistów, himalaistów, przewodników i ratowników górskich. Ludzi, którzy ukochali góry, bez gór nie wyobrażali sobie życia i często w górach je utracili. Wokół wznoszą się skalne ściany Kotła, kręta stroma ścieżka prowadzi w górę, w oddali widnieją sylwety Śnieżki i Czarnego Grzbietu. W słońcu błyszczy metalowy krzyż, który każe wędrowcom na chwile się zatrzymać „martwym ku pamięci, żywym ku przestrodze” głosi wyryta poniżej sentencja.

Co roku, w dzień św. Wawrzyńca 10 sierpnia na Śnieżce odbywa się spotkanie ludzi gór. Po uroczystościach zebrani schodzą do Kotła Łomniczki, by oddać hołd zmarłym przyjaciołom i kolegom. Z kolejnym sierpniem przybywa tabliczek upamiętniających tych, którzy górom poświęcili życie. Rzeczywiste miejsce spoczynku wielu z nich jest tysiące kilometrów stąd: w Alpach, Himalajach, Karakorum. W wielu przypadkach ich ciał nigdy nie odnaleziono. A w innych ich doczesne szczątki spoczęły w rodzinnych miejscowościach z dala od gór. Jest jednak ten symboliczny cmentarz miejscem, gdzie przyjaciele, rodziny i turyści zapalonym zniczem, chwilą zadumy mogą oddać cześć ich pamięci. Stojąc w tym miejscu, czując ból zmęczonych wspinaczką mięśni, łatwiej zrozumieć pasję, jaka połączyła tych ludzi, jaka stała się sensem ich życia. Pozwala też zrozumieć, że dla ta miłości może przynieść śmierć, ale że dla niej też warto żyć.

Tłumaczenia tekstów rumuńskich  pochodzą ze strony Towarzystwa Polsko-Rumunskiego w Krakowie oraz Wikipedii i notatek autorki.

Monika Machalska
Monika Machalska
Z urodzenia gdańszczanka, z wykształcenia i na co dzień architektka, z miłości żona i mama, po godzinach publicystka. W razie potrzeby kuk, sterniczka i kronikarka. Nie lubi utartych szlaków i wracać tą samą drogą.

Z zamiłowania szwenda się, podgląda i podsłuchuje, a potem to opisuje na blogu hatifnaci.pl. Jak prawdziwa hatifnatka, po cichu marzy o podróży daleko na północ.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.