Dziwne kino #11 – Smoleńsk (2016)

5 minut czytania
396
0
Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
22 listopada 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Coraz bardziej doceniam podejście platformy Netflix do polskiego widza. W tym roku dostaliśmy do obejrzenia mnóstwo filmów rodzimej produkcji – tych kultowych i tych, o których lepiej nie pamiętać. Wśród nich znajduje się pewien zdeformowany twór – mam duże wątpliwości, czy można nazwać go filmem. To bardziej cios, który Antoni Krauze wymierzył polskiej kinematografii prosto w splot słoneczny. Mowa rzecz jasna o produkcji zatytułowanej „Smoleńsk”.

To spisek

Fabuła nie jest szczególnie skomplikowana i kręci się wokół tytułowej katastrofy, która wydarzyła się w 2010 roku. Obserwujemy poczynania młodej, piekielnie ambitnej dziennikarki o imieniu Nina, która na własną rękę podejmuje się śledztwa mającego na celu obnażyć brutalną prawdę o tragedii. Wszyscy doskonale wiemy, do jakiej konkluzji chce dojść główna bohaterka i bardzo sprawnie jej to idzie. Zaskakująco sprawnie. W zasadzie wygląda to tak, że rozmawia z różnymi ludźmi i każda kolejna rozmowa przybliża ją do stwierdzenia, że Tupolew rozbił się przy udziale osób trzecich. I tyle. Scenariusz nie oferuje nam niczego więcej.

O ile film zaczyna się całkiem ciekawie – zdjęcia z miejsca katastrofy przeplatają się z reakcjami Polaków na wieść o katastrofie – o tyle później mamy półtorej godziny nudy. Smoleńsk opiera się w dużej mierze na szwędaniu się głównej bohaterki od jednej osoby do drugiej.

Niestety, jest to o tyle frustrujące, że same dialogi nie stoją na jakimkolwiek poziomie. Bohaterowie rozmawiają ze sobą, jakby byli postaciami w Simsach. Ich kwestie są miałkie, nieciekawe i bardzo często nieszczególnie idzie zrozumieć, co mają na myśli. Wiele wywodów znalazło się w filmie bez żadnego powodu.

Słowo na „p”…

Brak polotu jest odczuwalny nie tylko w dialogach. Przed obejrzeniem obiecywałem sobie, że przeanalizuję dzieło Krauzego tylko i wyłącznie pod kątem technicznym, ale chyba nie jestem w stanie. Na usta (czy raczej – w moim wypadku – klawiaturę) ciśnie się mocne, aczkolwiek oddające stan faktyczny słowo. Ten wyraz to “propaganda”.

Niestety, oglądając Smoleńsk, czułem, że twórcy chcą mną manipulować w paskudny, wyrachowany sposób. Widzowi na każdym kroku wpajane są informacje i “fakty” na temat katastrofy, co druga osoba pojawiająca się na ekranie wydaje się niemal krzyczeć o tym, że to nie była katastrofa spowodowana błędem ludzkim i że media z jakiegoś powodu kłamią na temat faktycznego stanu wydarzeń. Nie da się użyć słowa innego niż “propaganda”.

Muszę rozprawić się jeszcze z dwoma elementami filmu. Na pierwszy ogień idzie gra aktorska. Gra tak tragicznie słaba, jakby wszystkie tkanki większości aktorów zostały zastąpione drewnem. Poziom w ten kwestii trzymają może dwaj bohaterowie, ale nadal nie mamy tu do czynienia z – delikatnie mówiąc – wyżynami sztuki aktorskiej. Wszyscy wydają się miałcy, plastikowi i pozbawieni duszy, co ani trochę nie pomaga w przetrawieniu Smoleńska. Do kosza “rzeczy, które się nie udały” należy wrzucić jeszcze ścieżkę dźwiękową. Jest paskudna. To tyle.

Podsumowując – obejrzenie produkcji Krauzego kosztowało mnie nie tylko poczucie zmarnowanych dwóch godzin, ale także mnóstwo frustracji i zwyczajnej, ludzkiej złości. Nie ulega wątpliwości, że katastrofa, w której zginęło niemal sto ważnych dla naszego kraju osób, była jedną z najtragiczniejszych w historii Polski. Dlatego bardzo mnie boli, że ci sami ludzie, którzy wymagają najwyższego szacunku do zmarłych i oddają im hołd, ci sami, którzy modlą się nad ich grobami i którzy nieustannie przywołują pamięć o nich podjęli się realizacji tego czegoś, co z trudem można nazwać filmem. To nie jest kino – to tragicznej jakości parodia, paskudnie celny cios wymierzony w ludzką godność. Bezpardonowy policzek dla widza, który jest manipulowany i oszukiwany, i to w najmniej subtelny sposób. A w końcu – najgorsze, co ktokolwiek mógł zrobić ofiarom katastrofy i ich rodzinom. Ja na miejscu wszystkich biorących udział w produkcji Smoleńska bym się wstydził.

Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
Autor dwóch powieści młodzieżowych ("Kalesony Sokratesa" i "Wszystkie dziewczyny Wertera"), początkujący stand-uper, fan Pink Floyd, licealista.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.