Kosmos to nie rurki z kremem – „Skoczkini: zapiski z międzygwiezdnego lotu”

Fragment nowej książki Dominiki Węcławek
20 minut czytania
142
0
Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
28 listopada 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

W dziwnej przyszłości pewien wyjątkowy statek zwiadowczy wyrusza w całkiem zwyczajną misję. O tym, że podróże w kosmos to nie są rurki z kremem, ani tym bardziej dobrze wydrukowany rosół przekonacie się czytając najnowszą książkę dziennikarki, reporterki i pisarki Dominiki Węcławek „Skoczkini”.

Autorka znana między innymi z postapokaliptycznej „Upadłej świątyni” zabierze was w podróż do świata hard sci-fi ze szczyptą filozofii i oraz garścią tęsknoty za Heinleinem i Bułyczowem. Tu relacje między ludźmi (humanoidami, obcymi i zwierzętami) są równie ważne, co cały ten technologiczny ambaras z napędami niekonwencjonalnymi, drukowaniem kości i komunikacją.

Załoga składająca się z ludzi, nieludzi i innych dziwaków, ma jedno proste zadanie – dotrzeć do nadawców pewnej wiadomości. Niestety, w kosmosie jest zupełnie inaczej, niż myślisz…

„Skoczkini: zapiski z międzygwiezdnego lotu” to publikacja nietypowa pod kilkoma względami. Po pierwsze zawiera reportaże i nagrania z przyszłości. Po drugie – została powołana do życia wraz ze wskrzeszeniem kultowego czasopisma fantastycznego „Fenix”. Początkowo publikowana w odcinkach na jego drukowanych łamach, oraz na stronie internetowej, wreszcie zyskała właściwą formę – z dodatkowymi rozdziałami, grafikami i schematami. „Skoczkini…” wydana w serii Biblioteka Fenixa trafi do sprzedaży w limitowanej ilości 200 egzemplarzy już 01.12.2019.

IgiMag jest patronem medialnym tej książki.

Nachtszychta

– Mijamy gwiazdy w bezrefelksyjnym pędzie. Na co dzień dla nas to tylko numery katalogowe. Te, które nie wydały się wystarczająco atrakcyjne, nie urzekły mistrzów z Ziemi, te które nie miały ciekawego światła, nie oferowała nam wystarczająco dużo, pozostały bezimienne. Zimne cyfry. A ja lubię patrzeć i myśleć o tych miejscach.

<łup>

– Wiesz co to jest? Kiedy tak sobie siedzę nocą i patrzę, to sobie też myślę i spisuję wszystko. Oglądam i rozmyślam o szansach które tracimy, mijając układy planetarne, które być może skrywają jakieś życie, ale nie umieliśmy go zauważyć. Myślę o światach, które nam umykają. może byliśmy ślepi, może co zakłóciło nam odbiór… Może to wcale nie jest złe. Ci Kepleranie na przykład, to oni głupi nie są. Trzymają nas na dystans, nie wpuszczają, dają tyle, ile chcą, ani mniej, ani więcej. A w ogóle to panienka Brassel spać nie może? No bo normalnie na psiej wachcie to mało kto tu zagląda, a ja tam lubię, szczerze, ja sobie tu spokojnie wtedy, patrzę w dal, jak się ten wszechświat przesuwa… Jak one w tyle zostają, te wszystkie mgławice, te pulsary… Ech… Zapomnieliśmy już, jaki to cud, tak móc sobie między nimi przepływać swobodnie. Przychodzę tu posiedzieć na nocce, co jakieś cztery i pół tysiąca minut. Tak mi wypada z rozpiski, ale gdybym mógł, to byłbym tu nieustannie, już nawet o to wnioskowałem. No, ale chyba tylko ja tak mam.

<Szuranie, zgrzyt>

– Jasne, teraz bosman już nic nie musi. Nachtszychta robi się sama. Nasze poczciwe komputerki zanurzone swymi końcówkami w Okeanum wszystkiego same doglądają. Wystarczy tylko raz na jakiś czas przegrzebać im rejestry. Nasi technicy magicy potrafią wyłowić nawet drobną usterkę w kodach i wszystko wyregulować, mają od tego specjalne matryce…

Widzisz sama, procedury są od dawna ustalone, nikt z nas, zwykłych ludzi, nie działa tak sprawnie, jak te maszyny. Nikt z nas nie miałby szans z tym, o tam…

<Stukanie, terkot, pikanie>

– Był raz taki rejs. Dawno temu, jakoś tuż po otwarciu przestrzeni dla prywaciarzy. No… Ty to nie pamięta tych czasów, dziecino, ale nie czuj się urażona, nie zaprzeczaj też, jesteś przecież młodziutka, większość nowinek technicznych traktuje pani jako oczywistości, a czasy, kiedy to kosmos był narodowy, a nie korporacyjny to nie była jakaś bajka o stalowych słońcach.

<śmiech>

– Jakkolwiek… Rutę mieliśmy z góry ustaloną, wszystko jak po sznurku. Ręce na pulsie. Pierwsza pilot dociskała pięknie naszego patrolowca, drugi pilot nieustannie sprawdzał wszystkie odczyty. Jeszcze człowiek nie był tak bardzo pogrążony w rutynie, ale… no wie pani… już obrośliśmy w piórka. Wydawało się nam, że jesteśmy herosami, co to spacerują po nieboskłonie, równi bogom, że tak powiem.

No i dup.

<głuche łupnięcie>

– Jakaś zbłąkana asteroida urżnęła nam odwłok. Znaczy nie całkiem, przecież te gwiezdne krypy muszą być tak poskładane, żeby jednak się dało jakoś tym doturlać do najbliższej stacji międzyplanetarnej, albo doczekać przylotu Iskry… Co to Iskra, to pewnie nie wiesz, w tamtych czasach mówiliśmy tak na latający serwis. Ostatnią bazę mieli na Haumei. Haumea kiedyś była cholernie ważna, ale to było ze trzydzieści lat temu. Złota era, mówię ci, ale o czym to ja? A tak. Asteroida wleciała nam w dupę. Pieprznęło tak, że prodiż odczepił się z pasów, znaczy, wiesz, my te pierwsze wirówki napędowe na cząsteczki nazywaliśmy prodiże. No… takie garnki to były…

<bulk, chlup>

– A, nieważne. Więc przeorało nam powłoki, wypruło z wnętrza jakiś szmelc, a wirówka się odczepiła i gruchnęła o glebę. Cud, że nie wyparowaliśmy wtedy wszyscy.

<Śmiech, kaszel>

– …ale miny nam zrzedły, żebyś ty to dziewczyno widziała! Ja byłem wtedy młodziak i narwaniec, ja nie wiedziałem, co mi tam grozi, więc jak nikt się nie zgłosił na ochotnika – teraz to wiem już, że dziwnym nie jest, bo można było zwyczajnie samemu tam kipnąć, no ale nic to – więc pomyślałem wtedy, no co za miękkie faje, to ja idę Poszedłem, zapieczętowałem, podpiąłem kable. Poprawiłem szwedem i wszystko znów hulało. Dziewczyno, coś ci powiem, żaden komputer tego nie załatwi. Więc może i owszem, Arisa wszystko elegancko loguje w dzienniku gwiezdnym, ale ja sobie tu siedzę, pilnuje jej, i gwiazdy, planety, miejsca niebyłe zbieram…

<chlust, łup>

– No dobrze, ale ja się tu rozgadałem, a ty siedzisz tu…

– Nie, nie, dobrze, dobrze, niech pan opowiada, miło się tego słucha…

– Mam jednak wrażenie, że nie przyszłaś tu słuchać monologów starego dziada.

– Myślę, że pan mnie zrozumie, dzisiaj pierwszy raz nie wytrzymałam, mam taki problem, nawet… nawet nie umiałam zrobić loga na Ariadnie….

– Ariadna? No, no, nie korzystasz z naszej Arisy?

– Nie stać mnie, mam za mało punktów zaufania. Ale nawet jakby mnie było stać, to chyba lubię Ariadnę.

– Myślałem, że młodzi nawet jej nie znają, przecież ostatnią aktualizację wprowadzili chyba jak uczyłaś się chodzić.

– Bez przesady, aż taką gówniarą nie jestem!

– No już, już, dobrze, coś ci powiem, nikt kto poważnie zajmuje się podróżami kosmicznymi, nie lubi zaawansowanych asystentów, ani tego całego programowania…

– W sumie się nie dziwię, chociaż… Zastanawia mnie jak to jest, że przez takie różne usterki, jakieś głupie awarie, nasz lot do Ostatniej Stanicy, który miał być tylko formalnością i zająć raptem miesiąc, trwa już siedem rady dłużej… Jaki to ma sens?

– Ech, sens, sens, nie szukaj sensu w gwiazdach. Albo nie, właśnie szukaj… Wyobrażasz sobie, że kiedyś ludzie myśleli , że na Wenus jest życie? Jeszcze sto lat temu ledwie żeśmy założyli pierwsze kolonie na Marsie i kopalnie na Księżycu. Śmieszne to wszystko, a ty mnie pytasz, dziecko drogie, jak to jest, że jakieś obluzowane duperszwance potrafią nam tu opóźnić lot… Ja ci powiem, że to dobrze, że mamy takie opóźnienie, bo to znaczy, że nie wszystko da się wymyślić w kajeciku jakiegoś pana Zdzisia i zaplanować przy użyciu elektronowego mózgu na wschodnioazjatyckich podzespołach. To znaczy, że pozostajemy wciąż ludźmi, bo przecież gdyby wszystko działało bez zarzutu, już dawno bylibyśmy jak nasz Staszek.

Dominika Węcławek
Dominika Węcławek
Matka dzieciom, wiedźma z kotem. Miłośniczka ruin i jedzenia z puszki. Typowy filozof. W wolnych chwilach również autorka książek science fiction.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.