Oni są od nieba, my od ziemi – rozmowa z mistrzynią świeckich ceremonii pogrzebowych

W czasie świeckich pogrzebów chowany człowiek staje się bardziej ludzki
22 minut czytania
2486
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
2 listopada 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

– Prowadziłam pogrzeby, podczas których na środku sali pogrzebowej stał motor, bo zmarły miał taką pasję. Czasem w pustej kaplicy nad trumną stoi najbliższa osoba zmarłego i ma ochotę tego zmarłego bić, zdarzało się, że mu wymyśla, złorzeczy – mówi Anna Borowik, mistrzyni ceremonii, która prowadzi świeckie pogrzeby.

Edyta Ochmańska: Na kościelnych pogrzebach brakuje opowieści o człowieku, jest ponuro i nudno. Niedawno byłam na pogrzebie, podczas którego ksiądz powiedział jedno zdanie na temat zmarłego. Pamiętałam tylko dramatyczny nastrój. A wcale tak nie musi być.

Anna Borowik: Ciągle jeszcze istnieje stereotyp, że świecki pogrzeb jest dla komunistów. I rzeczywiście początkowo chowaliśmy głównie przedstawicieli władz PRL. Ale to się już dawno zmieniło. Kiedy 25 lat temu zaczynałam pracę, odchodził model pogrzebu świeckiego o charakterze partyjnym, podczas którego kładło się największy akcent na osiągnięcia zawodowe i dokonania w życiu społecznym. Wtedy już powolutku przebijało się do świadomości ludzi, że należy pożegnać człowieka, a człowiek to nie tylko sfera społeczno-zawodowa, ale głównie prywatna. W tych wspomnieniach zaczęły się pojawiać rodzina zmarłego, jego pasje czy zainteresowania. I przez to ten człowiek stawał się coraz bardziej ludzki. Rosnąca popularność świeckich pogrzebów to efekt coraz słabszej presji społecznej na katolicką ceremonię jako jedyną możliwą i faktu, że ludzie coraz bardziej odcinają się od Kościoła.

Anna Borowik – mistrz ceremonii pogrzebowych

Argumentem za świeckim pogrzebem są czasami pieniądze.

Teoretycznie ksiądz za poprowadzenie pogrzebu pobiera co łaska. W praktyce bywa różnie. Są tacy proboszczowie, którzy nie zważając na status materialny rodziny, potrafią zażądać ponad tysiąc złotych. Jeśli chodzi o usługi mistrza ceremonii, to ceny wahają się między 500 a 800 zł brutto i są zależne od przebiegu i stopnia skomplikowania ceremonii i ewentualnej oprawy muzycznej.

Świecki pogrzeb wybierają nie tylko ateiści, ale też ci, którzy własną religijność przestają wiązać z Kościołem.

Pogrzeb świecki nie musi być pogrzebem ateistycznym. Chodzi o to, żeby była to ceremonia poświęcona konkretnemu człowiekowi. Jemu i jego życiu. Żebyśmy powiedzieli to, co on sam powiedziałby o sobie, gdyby mógł. Ludzie, nie tracąc wiary w Boga, tracą wiarę w sens obrzędów kościelnych. Zaczynają je postrzegać jako coś na granicy magii. Ten proces będzie się nasilał, bo młode pokolenie zaczyna być wobec Kościoła krytyczne. Ludzie dostrzegli, że podczas świeckiej ceremonii można w sposób bardziej osobisty i niekonwencjonalny pożegnać bliskich. To trudne w trakcie kościelnego rytuału, określonego ściśle kanonicznymi przepisami. Rodziny pragną podkreślić podczas pogrzebu charakter osoby zmarłej i jej upodobania. Ale nawet podczas świeckiego pogrzebu akcenty religijne mogą być obecne. Jeśli rodzina sobie życzy, mistrz ceremonii prowadzi modlitwę albo odczytuje fragment Pisma Świętego. Księża nie mają na to monopolu.

Ale zdarza się, że mistrz ceremonii prowadzi pogrzeb wspólnie z księdzem.

Wtedy duchowny przewodniczy nabożeństwu, a mistrz ceremonii na koniec wygłasza wspomnienie o życiu zmarłego. Rodzina, która się na to decyduje, zazwyczaj wychodzi z założenia, że w wyznaniowym pogrzebie brakuje tego słowa o doczesnym życiu zmarłego. O tym, jak żył, co było w tym życiu ważne, co kochał, czemu poświęcał swój czas. Nabożeństwo, komunia, śpiewy religijne jak najbardziej są obecne, ale nad grobem ostanie słowo o życiu ziemskim należy do mistrza ceremonii. Pogrzeb religijny skupia się zbawieniu, świecki – na osobie. Oni są od nieba, my od ziemi.

Jak załatwia się formalności związane z pogrzebem świeckim? Czy ceremonia może się odbyć w kaplicy cmentarnej?

Takie pogrzeby odbywają się na każdym cmentarzu, gdzie rodzina ma grób. Oczywiście najłatwiej przeprowadzić taką ceremonię na cmentarzach komunalnych, ponieważ one mocą ustawy są zobowiązane do przyjmowania osób wszystkich wyznań i tych bezwyznaniowych. Choć zdarzają nam się pogrzeby na cmentarzach wyznaniowych, na których oczywiście gospodarzem jest parafia. Na cmentarzach komunalnych są sale ceremonialne. Jeżeli rodzina ma grób na cmentarzu wyznaniowym, nie powinno być problemu z dostępem do cmentarnej kaplicy. Księża zazwyczaj rozumieją tę sytuację. Korzystamy również z kaplic powstających przy zakładach pogrzebowych. Jeżeli jednak zdarzy się, że nie ma miejsca do poprowadzenia pożegnania, prowadzimy uroczystość pod gołym niebem, przy kwaterze grobowej.

Ksiądz może odmówić pogrzebu, twierdząc że zmarły jest go niegodny. Mistrzowie ceremonii zazwyczaj starają się mówić o zmarłym dobrze. A co w sytuacji, jeśli jego życie daleko odbiegało od ideału?

Mamy taką zasadę, że staramy się mówić prawdę, nawet jeśli jest ona brutalna. Należy tylko odpowiednio dobrać słowa, żeby nikt nie poczuł się urażony. Od 25 lat, gdy wykonuję ten zawód, zdarzyło się kilka takich sytuacji, kiedy sama rodzina bała się, że przygotowanie pogrzebu będzie niemożliwe, bo zmarły miał bardzo zaburzone relacje z bliskimi lub w ogóle tych relacji nie utrzymywał. Nie mogę słodzić na temat damskiego boksera i alkoholika, bo to mogłoby doprowadzić do sytuacji, że jakiś uczestnik pogrzebu, który go znał, nagle wstanie i podejdzie do katafalku, żeby przeczytać nazwisko z tabliczki i przekonać się, czy to aby na pewno pogrzeb tej osoby.

To nie jest łatwa praca, choć czasem z boku tak to wygląda: pogadała 20 minut i wzięła honorarium. Prawda jest taka, że to jest praca, która wymaga nie tylko empatii, ale czasami wręcz kaskaderskich umiejętności, żeby ominąć emocjonalne rafy i nie roztrzaskać się na nich. Bywają konflikty na linii zmarły–rodzina albo wewnątrz rodziny. Mistrz ceremonii musi się wtedy wykazać delikatnością i obyciem.

Jak pani przygotowuje się do świeckiego pogrzebu? Skąd czerpie informacje o zmarłym ?

Mistrz ceremonii musi wiedzieć, jak przygotować przemowę: to nie może być życiorys, lecz opowieść o życiu. Dlatego przeprowadza gruntowny wywiad z rodziną na temat życia osoby zmarłej. Takie wywiady mogą być bardzo szczegółowe, co nie znaczy, że wszystko, co rodzina przekaże, znajdzie się we wspomnieniu. Mowa pogrzebowa jest zwykle wielokrotnie poprawiana. Zanim wyjdę na salę, najpierw rozmawiam z żoną zmarłego, potem trzeba jeszcze np. zadzwonić do wujka Kazika, który też chce dodać trzy grosze od siebie. Zdarza się, że rodzina życzy sobie, by zapoznać się z tekstami prasowymi na temat zmarłego. W przeddzień pogrzebu bliscy powinni dostać propozycję przemowy do autoryzacji.

Razem z mężem Jackiem prowadziła pani pogrzeby świeckie wielu sław świata kultury, nauki i polityki m.in., Zbigniewa Religi, Xymeny Zaniewskiej, Władysława Szpilmana i Teresy Torańskiej.

Tak. Jednym z najbardziej wyjątkowych pogrzebów był ten prof. Zbigniewa Religi. Był to pogrzeb państwowy. Pełniliśmy rolę czarnych konferansjerów. Czuwaliśmy nad porządkiem i przebiegiem uroczystości, zapowiadaliśmy kolejnych mówców. Ten pogrzeb zgromadził tylu uczestników, że trudno się było podczas niego poruszać. Z naszego punktu widzenia to było również wyzwanie logistyczne, a nie wyłącznie wydarzenie emocjonalne.

Ludzie coraz częściej pragną żyć według własnego scenariusza. Dlatego chcą, żeby w ostatniej drodze towarzyszyły im ulubione zwierzęta lub przedmioty.

Prowadziliśmy pogrzeby, w których uczestniczyły konie, psy czy koty. Organizowaliśmy też ceremonię, podczas której obok katafalku z trumną stał ulubiony motor zmarłego. Motory były pasją tego człowieka, kochał je i rodzina chciała to podkreślić. Jego urna była wieziona na siodełku. Pamiętam też ostatnią drogę mężczyzny, który zajmował się zawodowo fotografowaniem wyścigów samochodowych. Jego urna jechała przepięknym rajdowym subaru. Odprowadzali go koledzy ubrani w intensywnie kolorowe stroje kierowców wyczynowych. Trudno określić, co wypada, a co nie. To życie zmarłego dyktuje oprawę jego pogrzebu. Bliscy zmarłego powinni jednak pamiętać, aby nie zamienić poważnej ceremonii w spektakl przekraczający granice dobrego smaku. Na pogrzebie spotykają się przecież ludzie o różnej wrażliwości.

Najtrudniejsze są chyba pogrzeby dzieci i niemowląt.

Nie wszyscy mistrzowie ceremonii podejmują się tego zadania, znam kilku, którzy mówią: nie, nigdy nie poprowadzę noworodka, nigdy nie pochowam przedszkolaka. A to równoznaczne z pozostawieniem rodziny bez prowadzącego. Ze wszystkich mistrzów ceremonii w Polsce chyba ja odprowadziłam najwięcej maleńkich dzieci. Bardzo trudne są też pogrzeby młodych ludzi, 15-latków czy 25-latków, szczególnie kiedy to jedynacy i wiadomo, że ich rodzice kolejnych dzieci już nie będą mieli, bo są w takim wieku, że zwyczajnie nie zdążyliby ich wychować. Do tego uczucia dziadków, którzy żegnają jedynego wnuka i wiedzą, że to jest koniec perspektyw, dalej nie ma nic, jest pustka. Muszę być niewzruszona. Moje cierpienie mogłoby tylko zepsuć ceremonię. Jestem po to, żeby przygotować piękną, kojącą ceremonię, a czy ja to przeżywam i jak, to już jest zupełnie inna historia.

Jak Pani sobie radzi z tym, że codziennie ociera się o śmierć?

To zawód dla twardziela, który wymaga zachowania higieny psychicznej. Z kilkunastu mistrzów ceremonii prawie każdy ma hobby, dzięki któremu odreagowuje. Zdarza się, że to hobby ekstremalne. Jeden mistrz jest skoczkiem spadochronowym, drugi – kierowcą rajdowym.

Jeśli chodzi o mnie, staram się otaczać życiem. Mamy w domu dużo zwierząt, wszystkie zostały uratowane. Dlaczego zwierzęta, a nie głodne dzieci? Bo z żadnego szczeniaka, źrebaka, kociaka, a nawet prosiaka nie wyrósł polityk, a z niejednego głodnego dziecka wyrósł i dalej jest głodny, więc objada się za nasze. Koty są apolityczne.

Jest Pani wraz z mężem prekursorką prowadzenia pogrzebów świeckich. Jak to się stało, że zostaliście mistrzami ceremonii?

25 lat temu, kiedy mój mąż zaczynał pracę w tej branży, w Warszawie było trzech mistrzów ceremonii, dzisiaj jest sześciu i wszyscy mają co robić. Jak większość ludzi, do swojego zawodu trafiliśmy przez przypadek. Prowadziliśmy agencję, która opracowywała oprawę muzyczną dla rozmaitych uroczystości – Jacek ma przygotowanie muzyczne i gra na organach. Dostawaliśmy najwięcej zleceń na muzykę sakralną i poważną do pogrzebów. Któregoś dnia przybiegł kierownik domu pogrzebowego. Okazało się, że mistrz nie dojedzie, bo mu się zepsuł samochód 120 km od cmentarza. Kierownik uznał, że skoro Jacek widział setki takich pogrzebów, to na pewno sobie poradzi. Na szczęście mowa pożegnalna była napisana przez rodzinę. Trzeba ją było tylko odczytać. Jacek poradził sobie na tyle dobrze, że za dwa dni dostał następne zlecenie, potem następne i tak został mistrzem ceremonii. Potem dołączyłam ja. Byłam pierwszą kobietą w Polsce wykonującą ten zawód.

Jaka muzyka towarzyszy najczęściej zmarłym podczas ostatniej drogi?

Jeśli ktoś nie miał sprecyzowanych zainteresowań muzycznych, to, żeby nie ryzykować, rodzina godzi się zazwyczaj na słynną żelazną listę przebojów pogrzebowych, czyli np. utwory Bacha. To zawsze licuje z charakterem ceremonii i nie wywołuje zdumienia na sali. Natomiast jeżeli ktoś miał jakieś konkretne zainteresowania, wtedy gramy jego ukochaną muzykę, a żeby uniknąć szoku, zawsze można przed wykonaniem zapowiedzieć, że żegnamy zmarłego muzyką, która towarzyszyła mu na co dzień. Taka zapowiedź usprawiedliwia wszystko, łącznie z heavymetalowym zespołem Sabaton, po którego muzykę sięgaliśmy niedawno. Może być też Chopin albo, jak w przypadku prof. Zbigniewa Religi, „What a wonderful World” Louisa Armstronga. Czasem rodzina prosi np. o jazz nowoorleański, piosenki Sarah Brightman, Edyty Geppert czy Anny German. Bywało, że na cmentarzu rozbrzmiewały „Schody do nieba” Led Zeppelin, „Modlitwa” Bułata Okudżawy czy muzyka zespołu Queen.

Czy zdarzyły się pani jakieś nieprzewidziane sytuacje, wpadki podczas ceremonii?

Pamiętam sytuację, która nie była wpadką, ale wilczym dołem wykopanym na nas przez los. I nie sposób było uniknąć tej pułapki losu. Jeden z warszawskich zakładów pogrzebowych zgłosił nam pogrzeb 87-letniego mężczyzny, zaznaczając, że małżonka zmarłego jest obecnie w bardzo złym stanie psychicznym, dlatego źródłem informacji na jego temat miał być 85-letni brat. Okazało się, że przez całe życie bracia pozostawali w bliskim kontakcie i rzeczywiście informator przekazał nam mnóstwo danych na każdy temat: od dzieciństwa zmarłego, przez jego losy wojenne, szkoły i uczelnie, drogę zawodową, zainteresowania i pasje po życie rodzinne. Słowem wszystko, o czym wspomina się na świeckim pogrzebie. Przyszedł dzień ceremonii. Miał ją prowadzić mój mąż Jacek. Ja śledziłam jej przebieg od strony chóru. Kiedy stojący przy mównicy Jacek przeczytał akapit o ślubie i kolejno przychodzących na świat dzieciach, przez salę przeszedł szmer. Po chwili brat zmarłego wstał z miejsca i o laseczce pokuśtykał w stronę mównicy. Pomyślałam: bardzo niedobrze. Staruszek stanął obok Jacka i zaczął mu coś szeptać do ucha. Mąż się wyprostował i oddał mikrofon naszemu informatorowi. Zamarłam, gdy ten zaczął dementować. Okazało się, że brat zmarłego w trakcie udzielania nam wywiadu był tak przejęty, że zapytany o rodzinę zmarłego, opowiedział o swojej. Od tego dnia sprawdzenie tekstu przez bliskich jest obowiązkowe.

Co do innych wpadek, to są to raczej sytuacje związane z nadmierną wiarą ludzi w elektronikę. Kiedy prosimy członków rodziny zmarłego, żeby upewnili się, że pendrive nie zawiera nic poza muzyką i slajdami na pogrzeb, niekiedy patrzą na nas jak na elektronicznych analfabetów. A potem, na pogrzebie podczas pokazu slajdów, oprócz zdjęcia Basi z, żegnanym właśnie, mężem Karolem na atlantyckiej plaży pojawia się, o zgrozo, Basia z panem Mietkiem pod namiotem, a śledząc datownik z aparatu, wszyscy widzą, że zdjęcie zrobiono wtedy, kiedy Karol był już w szpitalu… O takiej ceremonii ta rodzina nie zapomni już do końca życia. My tam elektronice nie wierzymy, a przygotowanie pokazu zawsze radzimy powierzyć profesjonalistom.

Boimy się rozmawiać o śmierci, właściwie to nie wiemy jak to robić.

Temat śmierci jest wypędzany z naszej codzienności, z naszych rozmów a przecież wszyscy umrzemy. Jedni odchodzą, inni pozostają w żałobie. Człowiek w żałobie to jest specyficzny, trudny klient. Mamy problem, żeby rozmawiać o śmierci, szczególnie jeśli chodzi o kondolencje. To jest trudne dla obu stron: i przyjmujących, i składających. Jeżeli nie wiemy, co powiedzieć człowiekowi w żałobie, nie należy mówić nic, najlepiej do niego podejść i po prostu długo i serdecznie przytulić, tylko tyle i aż tyle. Jeżeli zacznie do nas mówić, trzeba słuchać, bo on słowami porządkuje swoje emocje. Te dobre i te złe. Zdarzają się sytuacje, że w pustej kaplicy nad trumną stoi najbliższa osoba zmarłego i ma ochotę tego zmarłego bić, czasami mu wymyśla, złorzeczy. Wtedy dyskretnie przytrzymujemy drzwi, żeby nikt na taką scenkę nie wszedł, i pozwalamy temu człowiekowi uporządkować swoje emocje. Nekrologi podpisuje się słowami „pogrążona w smutku rodzina”, ale nie zawsze tak jest. Życie pisze różne scenariusze.

Elementem stroju mistrza ceremonii jest czarna toga. Czasami jest mylony z protestanckimi pastorami.

Gdybyśmy pracowali w cywilu, bylibyśmy nierozpoznawalni, mieszalibyśmy się z tłumem. Mój mąż poprowadził w garniturze pogrzeb Zbigniewa Zapasiewicza na wyraźne życzenie jego żony, Olgi Sawickiej. Jacek miał być kimś na kształt suflera. Miał też odprowadzić zmarłego do grobu. Gdy wrócił z pogrzebu, powiedział, że więcej nie da się na to namówić. Ekipa techniczna cmentarza w ogóle nie traktowała go jak mistrza ceremonii, widząc go w towarzystwie rodziny zmarłego. Była gotowa składać mu wyrazy współczucia. Toga nas wyróżnia. Ale też zapewnia pewien rodzaj higieny psychicznej. Ta praca to jednak jest stałe obcowanie ze śmiercią i żałobą bliskich. Po wszystkim można ten kostium zdjąć, tak jak chirurg po operacji zdejmuje kitel. A jeśli rodzinie bardzo zależy, żeby mistrz w żaden sposób nie przypominał kapłana, pogrzeb prowadzę ja, mnie na pewno nikt z księdzem nie pomyli.

 

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.