Podbój Kosmosu – jak potoczyły się losy zdobywców Księżyca?

Jak było naprawdę?
24 minut czytania
334
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
5 listopada 2019

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Dokąd pójść, kiedy było się już na Księżycu? O czym marzyć, gdy zrobiło się coś , o czym marzą miliony ludzi? I jak ma żyć człowiek, który na własne oczy przekonał się, że jesteśmy tylko punktem we wszechświecie? Dziennikarz Andrew Smith w książce „Księżycowy pył” zapytał o to dziewięciu uczestników Programu Apollo, a ich odpowiedzi miały wspólny mianownik: życie zmienia się diametralnie, ale od ciebie zależy, w jakim kierunku.

O kilkudziesięciu takich, którzy postanowili podbić Księżyc. Były nazista, późniejszy ufolog i awanturnik z życiorysem gwiazdy rocka. Na powierzchni Księżyca stanęło 12 Amerykanów, ale przecież sukces ma wielu ojców – a w tym przypadku będziemy ich liczyć w dziesiątkach tysięcy. Wysłanie człowieka w przestrzeń kosmiczną poprzedziły lata badań i testów, a zaangażowani byli w nie najwybitniejsi amerykańscy inżynierowie. Choć nie tylko amerykańscy. W realizacji narodowego programu kosmicznego ogromną rolę odegrał Niemiec, który jako młody człowiek wspierał swoimi umiejętnościami III Rzeszę. Na zlecenie hitlerowskiego reżimu Wernher von Braun skonstruował rakietę V2, która w październiku 1943 roku przekroczyła pułap 80 kilometrów, dając przegrywającym na wszystkich frontach Niemcom szanse na odwrócenie biegu wojny.

Jeden z ojców programu kosmicznego pracował dla Hitlera

Gdy było już jasne, że nawet użycie nowoczesnej, doskonałej broni nie zapewni Niemcom zwycięstwa, a von Braun wiedział, że po upadku Rzeszy zostanie aresztowany, zrobił wszystko, by tylko nie poddać się Rosjanom. Wraz ze swym zespołem i towarzyszącymi rodzinami rozpoczął ucieczkę na Zachód.

Ku swojej uldze, 2 maja uciekający zostali pojmani przez Amerykanów i wywiezieni do USA. Niedługo później von Braun, którego marzeniem tak naprawdę wcale nie były rakiety, lecz statki kosmiczne (należące w tamtym okresie do wyobrażeń z gatunku SF), mógł zająć się konstruowaniem satelitów. To właśnie zespół von Brauna zaprojektował rakietę, która umieściła na orbicie pierwszego amerykańskiego satelitę Explorer 1.

W 1958 roku Wernher von Braun rozpoczął pracę w NASA, gdzie objął stanowisko dyrektora centrum lotów kosmicznych Marshall Space Flight Center w Alabamie. Wkrótce miała się rozpocząć jego najpiękniejsza przygoda zawodowa: prezydent Kennedy ogłosił, że Stany Zjednoczone zwiększą starania w kosmicznym wyścigu z ZSRR i wkrótce wyślą człowieka na Księżyc.

A już na pewno szybciej, niż zrobią to Rosjanie. Bo prawda jest taka, że John F. Kennedy wcale nie był entuzjastą rozwijania programu kosmicznego. Nie widział praktycznego zastosowania działań, które pochłoną miliony dolarów. Największym zmartwieniem Amerykanów były dwie wojny tu, na Ziemi: wojna w Wietnamie i zimna wojna. Kiedy jednak stało się jasne, że Związek Radziecki nie szczędzi środków na swój projekt podboju kosmosu, a w 1961 r. Jurij Gagarin znalazł się na orbicie, Waszyngton musiał tę rzuconą rękawicę podnieść.

Tacy ludzie jak von Braun dostali więc ambitne zadanie: stworzyć system, który umożliwi człowiekowi pierwszy w dziejach spacer po Księżycu.

Odpowiedzialna za to stała się powołana właśnie agencja NASA. Wernher von Braun został natychmiast w niej zatrudniony i mianowany pierwszym dyrektorem centrum lotów kosmicznych Marshall Space Center w Alabamie. Jego najważniejszym dziełem była rakieta nośna Saturn V, która umożliwiła trójce amerykańskich astronautów wylądowanie na Księżycu w ramach misji Apollo-11.

Zanim jednak wystartował Program Apollo, w latach 1963-66 Amerykanie prowadzili Program Gemini, który miał na celu opracowanie techniki umożliwiającej wysłanie człowieka na Księżyc.

Strateg w kapsule

Jednocześnie rozpoczęła się rekrutacja śmiałków, którzy wejdą w skład kolejnych kosmicznych zespołów. Samo powołanie ich do drużyny nie oznaczało, że staną na Księżycu, bo w trakcie szkolenia mogło się okazać, że kandydatowi brak jednak niektórych predyspozycji, nie daje rady, jego organizm nie wytrzymuje. Poprzeczka była powieszona bardzo wysoko – do programu nie dostawali się pierwsi lepsi absolwenci szkoły wojskowej, ale piloci z kilkuletnim stażem (najczęściej wojskowi, ale zdarzali się też cywile).

Jeśli ktoś ma romantyczne wyobrażenie, zgodnie z którym bycie kosmonautą to przede wszystkim spacer po Księżycu i opowiadanie na późniejszych konferencjach prasowych, jakim niezwykle Ziemia prezentuje się z kosmosu, jest w ogromnym błędzie. Poza doskonałą wydolnością organizmu, potrzebna jest ogromna wiedza techniczna. Ówczesne rakiety nie były doskonałe, czasem coś się psuło, przepalało. Komputery pokładowe były najlepszymi maszynami świata, ale ich obsługa wymagała umiejętności. A samo lądowanie na Księżycu to już czysta matematyka: trzeba, nadać rakiecie odpowiednią prędkość, by się nie roztrzaskała w kontakcie z podłożem, uwzględnić kąt opadania, nie szarżować, bo do dyspozycji jest określona ilość paliwa, które spala się bardzo szybko. I znaleźć odpowiednie miejsce do lądowania, bo Księżyc jest pokryty pagórkami i kraterami.

Po czasie już wiadomo, że żadna z misji Apollo nie przebiegła dokładnie tak, jak ją planowano w Houston. A misja Apollo 11 w 1969 r., ta pierwsza, ikoniczna, miała w ogóle małe szanse powodzenia. Kosmonauci brali pod uwagę każdy scenariusz: że spalą się z chwilą opuszczenia ziemskiej atmosfery, że zawini elektronika w rakiecie, a nawet – że Księżyc może obrócić się w pył z chwilą, w której wielotonowa rakieta stanie na jego powierzchni. Z perspektywy czasu wydaje się, że pierwszy lot na Księżyc był do pewnego stopnia misją samobójczą.

Nie tylko Pierwszy Człowiek był ważny

Wszyscy wiemy, kto jako pierwszy stanął na powierzchni Księżyca. Ale przecież chwilę po nim z rakiety wyszedł chyba najbardziej pechowy, zapomniany Drugi Człowiek Świata. Gdyby nie zbieg okoliczności na chwile przed lądowaniem, to Edwin „Buzz” Aldrin kojarzyłby się z eksploracją kosmosu jak nikt inny. Stało się inaczej. Zresztą nazwiska wszystkich 11 ludzi, którzy w ciągu trwającego 3,5 roku Programu Apollo stanęli na Księżycu, jakoś się nie zapisały w ludzkiej pamięci – poza kilkoma wyrazistymi wyjątkami.

To błąd, pomyślał dziennikarz Andrew Smith. A gdy w 2005 r. uświadomił sobie, że spośród „12 odważnych” żyje dziewięciu, postanowił spotkać się z każdym i zapytać nie tylko o to, jak wyglądały przygotowania do lotu na Księżyc, ale przede wszystkim – jak kosmiczna odyseja wpłynęła na ich dalsze życie tu, na Ziemi. Bo zupełnie szczerze: o czym może marzyć człowiek, który w wieku trzydziestu kilku lat wziął udział w jednym z najważniejszych wydarzeń w dziejach ludzkości, był witany jak bohater, przyjął gratulacje od prezydenta, a później stał się atrakcją szkolnych akademii?

Losy astronautów potoczyły się różnie; niektórzy pozostali w NASA, inni zdecydowali się trzymać od tematyki kosmicznej jak najdalej. O tym, że udział w misji doprowadził wielu astronautów do poważnego przewartościowania (a może po prostu był katalizatorem zmian) może świadczyć fakt, że w ciągu kilku lat po powrocie rozpadło się wiele małżeństw.

Celebryci Ameryki

„Na początku lat sześćdziesiątych rozpadowi małżeństwa wciąż towarzyszył wstyd. Co gorsza, NASA uważała, że szkodzi to programowi, dlatego jasno dawała do zrozumienia, że ceną za rozwód będzie utrata miejsc w załogach lotów. Nawet NASA nie była jednak w stanie przeciwstawić się rewolucji społecznej zapoczątkowanej przez pigułkę antykoncepcyjną. Do końca lat siedemdziesiątych liczba rozwodów wzrosła w stosunku do 1961 r. pięciokrotnie, a największy odsetek w kraju notowano na Florydzie, w rejonie Przylądka Kennedy’ego” – zauważa Andrew Smith.

Na panewce spaliły więc dążenia NASA do tego, by astronauci jawili się nie tylko jako bohaterowie w walce o dominację ze Związkiem radzieckim, lecz również wzór głowy amerykańskiej rodziny. W tej układance każdy miał swoją rolę do odegrania: ona, zawsze ładnie (lecz skromnie!) ubrana, nie pracująca, lecz wychowująca dzieci i dbająca, by zmęczony trudami pracy astronauta mógł wieczorem odpocząć w przytulnym, ciepłym gniazdku. On: oddany pracownik, lecz po godzinach najlepszy ojciec i mąż. Do tego ładny domek na przedmieściach Houston, na specjalnie zaprojektowanym „kosmicznym osiedlu”. NASA zależało, by rodziny astronautów mieszkały w sąsiedztwie. Czy miało to służyć kontroli? Niewykluczone, ale z pewnością doskonale realizowało funkcję PR-ową. Kto nie wierzy, że astronauci byli pierwszymi celebrytami, z określonymi obowiązkami wobec prasy i koniecznością pozowania do robionych niby przypadkiem zdjęć, nich przeczyta doskonały reportaż „Żony astronautów” Lili Koppel (wyd. Znak).

Ufoludków nie widziałem, ale gdzieś tam muszą być!

„Przemeblowanie w życiu”, które stało się udziałem wielu astronautów, dotyczyło zresztą nie tylko sensu trwałości małżeństwa w obliczu czegoś tak niezwykłego, jak podróż na Księżyc. Weźmy Edgara Mitchella, który jako szósty stanął na Księżycu. Po latach zasłynął jako badacz zjawisk paranormalnych oraz działacz na rzecz ujawnienia prawdy o UFO i obecności kosmitów na Ziemi. Wprawdzie „aktywistów ufologicznych” w drugiej połowie XX wieku w USA nie brakowało, to jednak gdy głos na ten temat zabierał człowiek, który był w kosmosie (więc zna się na rzeczy i pewnie ma swoje kontakty w NASA), jego rewelacje nabierały wyjątkowo szerokiego rozdźwięku. Mitchell podgrzewał atmosferę niepewności przekonując, że ma informatorów wśród wysoko postawionych znajomych, których personaliów, w obawie o ich spokój i bezpieczeństwo, nie może jednak ujawniać. Smith przedstawił go jako współczesnego szamana, dziwaka, ale sympatycznego i niegroźnego.

Z przyjemnością czytałam też rozdział poświęcony wspomnianemu już Drugiemu Człowiekowi, czyli Edwinowi Aldrinowi, dla przyjaciół: Buzz. Jest pierwszym człowiekiem, któremu zrobiono zdjęcie na Księżycu – Armstrong sfotografował kolegę, gdy ten schodził po drabince z lądownika. Niestety, nie poradził sobie z popularnością – albo raczej z tym, że został przyćmiony przez Armstronga. Wprawdzie przez lata pracował w NASA (w wydziale prasowym), ale wątpliwości i gorycz zapijał. Prowadził hulaszczy (albo rock’n’rollowy) tryb życia, przez co rozpadały się jego związki. Leczył się z depresji i chyba po latach wyprostował swoje życie.

Opowieść o barwnym astronaucie Andrew Smith zaczyna od przytoczenia historii, jak to Aldrin złamał szczękę Bartowi Sibrelowi – głosicielowi teorii spiskowej, według której Apollo 11 nigdy nie wylądował na Księżycu. Sibrel, podając się za producenta programu telewizyjnego, zaprosił astronautę do hotelu. Gdy zobaczył nadchodącego Aldrina, nagle wyciągnął Biblię i zażądał, by ten „oszust i złodziej” przysiągł, że scena lądowania na Księżycu nie została nagrana w studiu. 72-letni weteran kosmosu nie wszedł w polemikę, tylko, przy włączonych kamerach, po prostu pogruchotał Siblerowi szczękę.

Co jeszcze można powiedzieć o Aldrinie? Przy każdej okazji podkreślał znaczenie programu Apollo oraz wzywał rząd Stanów Zjednoczonych, by wznowił program lotów załogowych. Wzrok skierował jednak w stronę Marsa, co w naturalny sposób zbliżyło go do Elona Muska. Mars jest ważny, bo pozwoli uniknąć ludziom scenariusza, jaki przypadł w udziale dinozaurom, przekonuje.

Jeśli macie wrażenie, że o Edwinie Aldrinie słyszeliście – choć tematyka kosmiczna nigdy was nie zajmowała – to rzeczywiście, jest to niewykluczone. Krnąbrny astronauta stał się pierwowzorem dla Buzza Astrala, bohatera bajki „Toy Story” – co jest tylko jednym z przykładów tego, jak bardzo program kosmiczny inspirował popkulturę.

Sukces utkany z wielu życiorysów

„Gwiezdny pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię” to kopalnia różnych ciekawostek na temat Programu Apollo i jego uczestników. Mam jednak zastrzeżenia do redakcji: w wielu miejscach książka jest mocno przegadana i brakuje jej rytmu, tak jakby autor nie mógł się zdecydować, o czym tak naprawdę chce napisać. Wiele akapitów nijak nie posuwa akcji, nawet same spotkania z astronautami są relacjonowane w taki sposób, że jeśli ktoś odłożył książkę na kilka godzin, po ponownym sięgnięciu może nie kojarzyć, co tak właściwie czyta. W rezultacie ginie obietnica z początku książki – że opowie o tym, potoczyły się dalsze losy tych, którzy „spadli na Ziemię”.

Z drugiej strony, to właśnie te relacje ze spotkań, choć przegadane, są siłą tej książki. Dziś, kilkanaście lat po amerykańskiej premierze, przy życiu pozostało zaledwie czterech uczestników Programu. „Gwiezdny pył” stanowi więc najpełniejszy zapis rozmów z ostatnią dziewiątką, więc jest świadectwem nie do przecenienia.

Po lekturze włączyłam film w reżyserii Damiena Chazelle „Pierwszy człowiek”, który jest opowieścią nie tylko o Pierwszym (w tej roli Ryan Gosling), ale też kulisach Apollo. Warto zobaczyć, jak na ekranie wyglądają te wszystkie techniczne sprawy, ale też dylematy, o których pisał Andrew Smith.

Ta opowieść nie będzie pełna, jeśli nie wrócimy jeszcze na chwilę do losów Wernhera von Brauna, któremu Amerykanie nie tylko wybaczyli nazistowską przeszłość, lecz również przyznali obywatelstwo. Nie zapomnieli mu jednak czarnej karty bliscy ofiar oraz nieliczni ocaleni więźniowie obozu koncentracyjnego Mittelbau-Dora, w którym produkowano rakiety V2. Von Braun do końca życia twierdził, że nie miał osobistego wpływu na los zatrudnionych tu więźniów, więc nie może brać na siebie odpowiedzialności za ich cierpienie. Amerykanie dali temu wiarę, bo jednak potrzebowali mieć po swojej stronie ten genialny umysł.

I dziesiątki takich opowieści, nie zawsze jednoznacznych w ocenie, składają się na „gwiezdny pył”.

 

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.