Delta Dunaju – zobaczyć tylko kanał, to jak nic nie zobaczyć

26 minut czytania
431
0
Monika Machalska
Monika Machalska
14 grudnia 2019

Odsłuchaj

Reklamy

Chcecie popłynąć głównym kanałem tam i z powrotem? – pyta z nienagannym brytyjskim akcentem młody armator, którego zagadnęliśmy o wynajem łodzi. Na jego obliczu opalonym i przystojnym, jak u gwiazdora tureckich seriali, maluje się bezgraniczne zdziwienie.

Gdy wczesnym popołudniem stoimy na nabrzeżu w Tulczy, u wrót wielkiej Delty Dunaju, nie do końca wiemy, na co się porywamy. Wiemy, że chcemy zobaczyć Deltę i wiemy że chcemy dopłynąć kanałem do nadmorskiej Suliny i jeszcze tego samego dnia wrócić, bo czas naszego pobytu w Rumunii kurczy się bezlitośnie. Nabrzeże roi się od całkiem sporych wycieczkowych statków i od całkiem maleńkich motorówek. Na każdy z nich widnieją banery zachęcające do odbycia „Excursii Delta Dunarii”.

– Zobaczyć na Delcie tylko kanał… to jak nic nie zobaczyć – oburza się na naszą naiwność nasz przewodnik – musicie zobaczyć kanał Papadia Vehe i Sontea Veche i jeziora: Fortuna, Murighiol i Baclanestii Mari i las Letea. Musicie zobaczyć ptaki: swans i baby swans, flamings i palikans” – zachwala po angielsku, gestykulując jak ormiański kupiec.

Wszystko to musicie zobaczyć. Dopiero wtedy możecie powiedzieć, że widzieliście Deltę. I ja wam to pokażę. Jutro. Bądźcie tu wcześnie rano – mówi i zostawia nas osłupiałych na brzegu.

Nie po to przecież gnaliśmy tu przez całą Rumunię, przeprawialiśmy w Gałaczu przez Dunaj promem pełnych ciężarówek i jechaliśmy tu, jak nam się zdawało na kraj świata, by „nie zobaczyć nic”. Skoro już ponad 400 lat p.n.e Deltą Dunaju zachwycał się sam Herodot, to my nie możemy być gorsi od starożytnego podróżnika.

Zawstydzeni swą ignorancją stawiamy się na nabrzeżu następnego poranka. Gotowi na wyprawę. Wygodna motorowa łódź sprawnie odbija od brzegu. Z nami na pokładzie paru rumuńskich emerytów. Wszyscy karnie po szyje zapięci w kapoki. Brzeg oddala się błyskawicznie. W oddali pozostają zarówno przemysłowe nabrzeżą, jak i toporna zabudowa centrum Tulczy z czasów towarzysza Ceaușescu. Na jej tle błyszczy nowością budynek hotelu „Delta”.

Chociaż dziś nie widać zbyt wielu śladów dawnej świetności, Tulcza ma bogatą ponad 1000 letnia historię. Założona została przez Daków już w VIII wieku p.n.e. w malowniczym zakolu Dunaju. W miejscu, gdzie główny nurt rzeki rozdziela się na na trzy główne kanały: Chilia , Sulina i Sfantu Gheorghe, nazwane tak od nazw portów do których prowadzą. Każdy z kanałów zaś dzieli się na kilka, kilkanascie odnóg tworząc drugie co do wielkości po delcie Wołgi rozlewisko w Europie. Stąd też Tulcza zwana jest „bramą do Delty” I chociaż sama w sobie nie ma wiele do zaoferowania turystom, stanowi punkt wypadowy dla tych, którzy chcą odwiedzić ten malowniczy rejon Rumunii.

Silnik łodzi z pomrukiem wchodzi na wyższe obroty. Miasto kurczy się w oddali, a my po chwili z porzucamy główny kanał i wpływamy w jedną z wąskich odnóg. Po kilkuset metrach kanał zwęża się na tyle, by zieleń osaczyła nas z wszystkich stron. Wzdłuż brzegów ciągną się trzciny i szuwary. Pochylające się nad wodą drzewa zdają się wyciągać omszałe konary by pochwycić nas w plątaninę liści. Wilgotne powietrze zatyka dech. Wokół unosi się duszny aromat butwiejących roślin. Gdzieniegdzie wędkarze w drewnianych łodziach. Czasem na brzegu pojedyncza rybacka chata kryta trzciną.

Zarośla rozbrzmiewają basowym chórem cykad. Dostojne czaple białe i purpurowe, łabędzie i mrocznie czarne kormorany przyglądają się nam z rezerwą. Niekiedy z godnością umykają sprzed samego dziobu łodzi. Skręcając w następne odnogi natrafiamy na kolejnych skrzydlatych mieszkańców. Nie jesteśmy już w stanie rozpoznać poszczególnych gatunków. Nic dziwnego. Delta Dunaju jest domem dla ponad 340 gatunków ptaków. Zamieszkuje tu 60% światowej populacji kormoranów karłowatych, 50% populacji gęsi rudej i największa liczba białych i dalmatyńskich pelikanów w Europie. Można tu spotkać też egzotyczne ibisy błyszczące czy flamingi. Stanowi też schronienie w okresie zimowym lub istotny przystanek w wędrówce na południe dla tysięcy gęsi, kaczek i ptaków wędrownych wszelkich gatunków.

W latach dziewięćdziesiątych XX wieku utworzono tu Rezerwat Biosfery Delty Dunaju, który w 1991 roku został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Przyrodniczego UNESCO. Rezerwat Biosfery Delta Dunaju to trzeci pod względem różnorodność biologicznej obszar na świecie (ponad 5500 gatunków flory i fauny), ustępujący tylko Wielkiej Rafie Koralowej w Australii i Archipelagowi Galapagos w Ekwadorze. Nie dziw więc, że Delta jest Mekką dla ornitologów, którzy znajdują tu wspaniałe warunki do obserwacji ptaków od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Ponad 80% Rezerwatu leży na terenie Rumunii, pozostała po stronie ukraińskiej. Dzięki pracowitej rzece, która co roku nanosi ok. 70 milionów ton osadów jej obszar się wciąż powiększa.

Gdy wpływamy na jezioro Fortuna stado kilkudziesięciu pelikanów zrywa się do lotu. Te ogromne ptaki, obdarzone przez naturę niezbyt urokliwymi dziobami z skórnym workiem, dopiero w locie ukazują nam swoje niezwykłe piękno. Ich rozłożyste skrzydła poruszają się z niezwykłą gracją i dostojeństwem. Wznoszą się wysoko nad naszymi głowami, by po chwili wylądować z precyzją w bezpiecznej odległości. Ich pióra połyskują różowo w słońcu. To odcień piór na piersi sprawił, że pelikan już w starożytności stał się symbolem rodzicielskiej miłości i poświęcenia. Legenda mówi, że gdy braknie pożywienia, pelikan karmi potomstwo własną krwią. Stąd różowe zabarwienie piór pelikanów.

Przed wiekami, ta wielka kraina zwierząt, stała się schronieniem także dla ludzi, którzy trudnią się tu głównie rybołówstwem, rolnictwem i pozyskaniem trzciny. Obecnie na stałe zamieszkuje tu ok. 15 tys. osób w 28 ośmiu wioskach i jedynym mieście Sulina. Część mieszkańców to Lipowanie (rum. Lipoveni), potomkowie starowierców, którzy opuścili Rosję 1772 r., uciekając przed prześladowaniami religijnymi. Jednym z większych skupisk Lopowan jest niewielka wioska zwana 23 Mila. Nazwę nadali miejscowości brytyjscy budowniczy kanału Sulina, ponieważ znajduje się ona właśnie na 23 mili długości kanału, licząc od jego ujścia do Morza Czarnego. Położona na jednej z wysp niewielka osada, składa się z kilkunastu malowniczych domostw krytych trzciną i pomalowanych na błękitny, jak otaczająca ją woda kolor.

Głównym zajęciem mieszkańców jest rybactwo. W minionych latach, gdy łodzie z rzadka posiadały napęd mechaniczny, siła ludzkich ramion i umiejętności wioślarskie często były gwarancją utrzymania. Od najbliższych szkół, czy większych miejscowości 23 Milę dzieli kilka godzin wiosłowania. Nie dziwi więc fakt, że to właśnie 23 Mila stała się kuźnią olimpijskich talentów kajakarskich. Agafia Constantin-Buhaev, Sergei Covaliov, Ivan Patzaichin, Lavrente Calinov to urodzeni w Mili wielokrotni medaliści olimpijscy i zdobywcy licznych tytułów na mistrzostwach świata w kajakarstwie w II połowie XX w. Kajakarskie umiejętności zdobywali już jako mali chłopcy, pomagając ojcom i dziadkom w trudnym rybackim rzemiośle lub wiosłując w drodze do szkoły.

Oprócz rybactwa ludność Delty trudni się rolnictwem. Gdy płyniemy na wyspę Letea, by zobaczyć Padurea Letea – rezerwat liczących po 500 lat drzew i egzotycznych zarośli stanowiących najdalej na północ wysunięty las subtropikalny, mija nas ogromna barka, ciągnięta przez motorówkę. Barka po brzegi wypełniona jest sianem, które stanowić będzie pożywienie dla żyjącego tu bydła. Mieszkające na wyspach krowy i konie pasą się swobodnie, żyjąc w stanie półdzikim. Ich właściciele nie obawiają się, że uciekną. Otaczająca zewsząd woda, jest najlepszym ogrodzeniem.

Po przybyciu na wyspę czekają na nas zaprzężone w konie wozy. Zawiozą nas do granicy rezerwatu Lutea, do którego wstęp dozwolony jest tylko z przewodnikiem. Mijamy bramę i wjeżdżamy w las. Stare powyginane drzewa przypominają nam śródziemnomorską roślinność. Po chwili kontynuujemy wędrówkę pieszo. Dochodzimy na skraj lasu, gdzie w zarośla wcina się piaszczysta wydma. Dla kogoś kto widział Słowiński Park Narodowy, jej rozmiar stanowi lekkie rozczarowanie. Przewodnik daje znak do powrotu Nie udało nam się docenić uroku rezerwatu w tak krótkim czasie. Na pociechę we wsi czeka nas pyszny posiłek z ryb, które jeszcze rano beztrosko pływały w okolicznych wodach: zupa rybna i pieczone pstrągi, sandacze ze złocistą mamałygą, tak popularną w Rumunii kaszą kukurydzianą. A dla ochłody regionalne białe wino z okolic Tulczy.

Jest już późne popołudnie, gdy krążąc kolejnymi kanałami i odwiedzając liczne jeziora docieramy na brzeg Morza Czarnego do Suliny. Miasto byłych poszukiwaczy przygód, piratów lub najemnych robotników, na początku ubiegłego stulecia było najważniejszym portem na Morzu Czarnym i miejscem, które stanowiło zalążek Zjednoczonej Europy. To tu po kongresie paryskim w 1856r. ulokowano Europejską Komisję Dunaju, która miała zapewnić wolność żeglugi na tym obszarze. Z ośmioma przedstawicielstwami konsularnymi, dziesiątkami firm żeglugowych, dwoma nowoczesnymi szpitalami, telegrafem, zaopatrzeniem w wodę, oświetleniem publicznym, dwoma szkołami rumuńskimi, dwoma szkołami greckimi, szkołą niemiecką, szkołą turecką, francuską delegaturą, English Marine Institute, teatrem, trzema drukarniami, trzema lokalnymi gazetami, dwoma kinami i kasynem była Sulina prężnie rozwijającym się ośrodkiem. Przybywali tu biznesmeni, handlowcy i żeglarze z całego świata. Śladem międzynarodowej przeszłości jest Pałac administracyjny Europejskiej Komisji Dunaju. Historia dość bezlitośnie obeszła się z Suliną.

Za czasów komunizmu miasto podupadło. Odrapane kamienice przy nabrzeżu noszą ślady dawnej urody, ale bardziej przypominają zdegradowaną zabudowę Hawany niż europejskich metropolii. Dziś miasto liczy zaledwie 4 tys. mieszkańców i bardzo powoli podnosi się z upadku. Jak wiele miejscowości Delty jedyny dostęp prowadzi drogą wodną i pozostaje zagadką na co mieszkańcom samochody i jak tu dotarły. W prawobrzeżnej części miasta znajdziemy wciąż malownicze choć zaniedbane zabytki. Warto zajść do katedry św. Mikołaja i św. Aleksandra, zbudowanej na prośbę króla Karola I na wzór bizantyjski, obecnie remontowanej. W bocznej uliczce znajdziemy grecki kościół prawosłąwny św. Mikołaja oraz niewielki kościółek katolicki. Za okazałym neoklasycystycznym budynkiem Europejskiej Komisji Dunaju znajdziemy jedną z trzech latarni morskich w Sulinie.

Turecki dokument z 1745 r. mówi o istnieniu latarni morskiej, o którą miejscowi musieli dbać i zaopatrywać w wosk potrzebny do oświetlenia. Ta najstarsza zachowana latarnia pochodzi z 1878 roku. W wyniku nanoszenia przez Dunaj gruntu w głąb morza, w 1887r zbudowano kolejną na północnym brzegu kanału dalej wysuniętą w morze a w 1982 trzecią z nich. Sulina słynie też z malowniczych, piaszczystych plaż, które przyciągają letników. W drodze na plażę spotkamy kolejny dowód burzliwej historii miasta. Na miejscowym cmentarzu miejsce spoczynku znaleźli zmarli chowani w różnych obrządkach i różnych narodowości: rumuńskich i rosyjskich prawosławnych, greckich, tureckich, muzułmańskich i żydowskich. Spoczywają tu prości żołnierze, marynarze, mieszkańcy miasteczka, ale i osobistości: Giovanni Matteucci – jeden z najsłynniejszych dyrektorów domu nawigacyjnego, William Simpson – główny inżynier, który koordynował modernizację drogi wodnej Suliny, czy księżniczka Ecaterina Moruzzi, która popełniwszy mezalians wyszła za mąż bez zgody rodziny po czym tragicznie umarła. Napisy na jednym z nich informują np. „Ku pamięci Kathariny z Norfolk w Anglii, ukochanej żony Williama Smitha, rzeźnika tego miejsca, który zmarł 18 sierpnia 1865 r. na cholerę, w wieku 31 lat”. Jak widać sulinski cmentarz to miejsce, gdzie wszyscy stają się równi wobec śmierci, czy to księżniczka, rzeźnik czy pirat.

Zapada już wieczór, gdy powracamy kanałem Sulina do Tulczy. Upał łagodnieje. Mieszkańcy Delty już wrócili z połowów, oporządzili bydło. Młodzież ze śmiechem zażywa kąpieli. Starsi gawędzą na pomostach, chłodząc gardła tutejszym winem. Z otwartych błękitnych okiennic dobiega dźwięk akordeonu. Ptaki powoli milkną. W szuwarach odzywa się basowe buczenie bąka i cykad. Delta wielkiej rzeki – schronienie i żywicielka tysięcy stworzeń i ludzi powoli kładzie się do snu. I my zmykamy, zanim zbudzą się najgroźniejsi mieszkańcy Delty – komary.

Monika Machalska
Monika Machalska
Z urodzenia gdańszczanka, z wykształcenia i na co dzień architektka, z miłości żona i mama, po godzinach publicystka. W razie potrzeby kuk, sterniczka i kronikarka. Nie lubi utartych szlaków i wracać tą samą drogą.

Z zamiłowania szwenda się, podgląda i podsłuchuje, a potem to opisuje na blogu hatifnaci.pl. Jak prawdziwa hatifnatka, po cichu marzy o podróży daleko na północ.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.