Dziwne kino #14 – Szatańskie tango (1994)

9 minut czytania
486
0
Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
13 grudnia 2019

Odsłuchaj

Dziwne kino zaprasza na „Szatańskie tango” film z 1994 roku, który wyreżyserował Béla Tarr. Dziwne kino. Bardzo dziwne.

Porzućmy na chwilę wszystkie krwiożercze pomidory, zombiacze borsuki, mordercze opony i inne ekscentryzmy, o których pisałem w poprzednich tekstach z serii Dziwne kino. Dziś nie będzie zabawnie ani absurdalnie. Raz na jakiś czas warto obejrzeć coś, co zmusi nas do nieco większego wysiłku intelektualnego, do refleksji albo do… poświęcenia niespełna ośmiu godzin na seans. Nie musicie niczego regulować ani zmieniać okularów. Naprawdę opowiem wam dziś o filmie, który trwa niecałe osiem godzin. Mowa o węgierskiej produkcji Szatańskie tango. Dzieło powstało na podstawie powieści pod tym samym tytułem.

Nienaturalna długość Szatańskiego tanga może sugerować, że mamy tu do czynienia ze swoistym rodzajem eksperymentu; z dziwnym tworem, którego jedynym elementem wartym uwagi jest jego czas trwania, a który nie oferuje widzowi nic więcej. Jest to złudzenie. Mowa tu o kinematografii z najwyższej półki. O dziele chwalonym i docenianym przez filmowych koneserów, krytyków i purystów. O produkcji, która wyznaczyła nowe granice i udowodniła, że można zająć widza na tak długi czas, nie szprycując filmu aż do przesady zwrotami akcji i błyskotliwymi dialogami, a wiele rzeczy pozostawiając domysłom i własnej interpretacji.

Nie mamy tu jako takiej fabuły. Twórcy zabierają nas do odizolowanej od świata węgierskiej wioski, gdzie obserwujemy życie jej mieszkańców – życie niespieszne i niebywale frustrujące. Bohaterowie filmu zaczynają mieć dosyć rutyny i trybu życia, który najcelniej można opisać jako wegetacja. Brzmi nudno? Brzmi. Czy jest nudno? Absolutnie nie.

Béla Tarr został obdarzony niesamowitym talentem reżyserskim – do tego stopnia, że w interesujący sposób zdołałby przedstawić każde miejsce, sytuację i postać. Wspomniana przed chwilą wieś jest obskurna i brudna. Jest prawdopodobnie najpaskudniejszą ze wsi, jakie kiedykolwiek zobaczyliśmy na dużym ekranie. Tarr zrobił coś niesamowitego – z tego niedającego na nic nadziei krajobrazu wykrzesał wszystko, co dobre. Na to zrujnowane miejsce, paradoksalnie, patrzy się z przyjemnością. Każdy ruch kamery i każde ujęcie wydaje się zaplanowane z milimetrową precyzją.

Warstwa audiowizualna jest na najwyższym światowym poziomie. Trudno mi wskazać twórcę, który równie zgrabnie posługuje się językiem filmu. Przypominam, że mówimy tu o produkcji trwającej tyle, co przeciętny dzień w pracy. W przeciwieństwie jednak do niej, seans w żadnym momencie się nam nie dłuży. Przez osiem godzin z zainteresowaniem śledzimy codzienne życie kilku bohaterów i obserwujemy ich – niekiedy niemoralne (na planie filmu podobno zginął prawdziwy kot) – zachowania. Warte szczególnej uwagi jest to, że bohaterowie nie są prostolinijni i można wielorako interpretować ich decyzje, słowa i czyny. Tworzy to wyraźną więź pomiędzy odbiorcami a postaciami.

Na ogromne uznanie zasługuje również gra aktorska. Jest naturalna i niewymuszona. Widz odnosi wrażenie, że widzi prawdziwych mieszkańców wsi przy ich codziennych obowiązkach oraz w trakcie czasu wolnego.

Całość zbudowana jest przy pomocy zaskakująco małej liczby ujęć. Bywają momenty, w których kamera pracuje nieprzerwanie przez nawet kilkanaście minut. Pomimo tego wszystko wydaje się być dopięte na ostatni guzik i zrealizowane z chirurgiczną precyzją. Próżno szukać rozbudowanych dialogów, doświadczamy za to genialnej gry ciszą. Ścieżka dźwiękowa również w zgrabny sposób buduje klimat.

Na pewno nie jest to film, który spodoba się każdemu. Do czerpania przyjemności z seansu potrzeba naprawdę dużo skupienia, gdyż mamy do czynienia z bardzo trudnym dziełem – a i tak przy pierwszym podejściu nie wyłapiemy wszystkich metafor, nawiązań i motywów, które chciał nam przedstawić reżyser. Zabierając się na Szatańskie tango, nie można nastawiać się na zwroty akcji, pościgi czy wybuchy. Ba, nie można nastawiać się nawet na konkretną fabułę. Twórcy hipnotyzują nas obrazem i wprowadzają w świat przedstawiony, a to, co z niego wyniesiemy, to już nasza sprawa.

Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
Autor dwóch powieści młodzieżowych ("Kalesony Sokratesa" i "Wszystkie dziewczyny Wertera"), początkujący stand-uper, fan Pink Floyd, licealista.
AUTOR

Polecamy

[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa