Inna Norwegia – każdy chce żyć

23 minut czytania
909
0
Agnieszka Wesołowska
Agnieszka Wesołowska
28 grudnia 2019
Reklamy

Norwegia od lat prowadzi w rankingach najszczęśliwszych miejsc na świecie. Dobrze zorganizowana demokracja, dbałość o prawa człowieka, świeży łosoś. I pieniądze.

W środowisku polskich emigrantów zarobkowych krąży opowieść o facecie, który wrócił na święta z kontraktu, ale na stole nie czekało nakrycie nań dodatkowe nakrycie. Nie było już domu ani rodziny, która chciałaby pamiętać. Mężczyzna wynajął pokój w drogim hotelu, zapłacił z góry, nie wykupił śniadania. W barze zamówił drogi alkohol. W świąteczny poranek przed hotelem zatrzymał się radiowóz, a potem cywilny wóz podjechał od tyłu, by nie stresować gości ciemnym kształtem wynoszonym na marach.

Emigranci

Jeszcze kilkanaście lat temu największą grupą etniczną napływającą do Norwegii byli inni Skandynawowie. Na północnym krańcu Europy zarabiało się lepiej niż w sąsiedniej Szwecji czy Danii. Nawet dziś Szwedzi targający kartony w magazynach Ikei wzruszają ramionami, że zarabia się o 40-50% więcej niż za tę samą pracę w ich kraju. Warto jest zapłacić kilka tysięcy za nędzny pokój w sublokatorce i wrócić na weekend do domu z większymi pieniędzmi.

Dziś największą grupą emigrantów zarobkowych są Polacy. Polaków jest 100 tys, nieoficjalnie być dwa razy więcej. Nieoficjalność nie oznacza, że przechodzą przez granicę nocą. Oznaczać to może że żony przyjechały do mężów nie całkiem na stałe lub że dziadkowie opiekują się wnukami. Albo że pracownik przyjeżdża do Norwegii niezbyt legalnie na sezon.

Z Litwy przyjechało aż 40 tys osób, nieco mniej pojawiło się Szwedów, około 30 tys to emigranci z Syrii, potem Somalijczycy, Niemcy, Erytrejczycy, Irakijczycy i inne narodowości z daleka i bliska. Pojawiają się Ukraińcy i Rosjanie – to nowość, jeszcze 2-3 lata temu ich nie było. Od 2006 najwięcej jest emigrantów zarobkowych, choć w 2016 w statystykach przez moment było widać napływającą falę uchodźców wojennych oraz rodzin tych wszystkich cudzoziemców.

Przyjeżdżają, bo każdy chce normalnie żyć

Dla większości, bez względu na kraj pochodzenia, owa normalność oznacza spokój, stabilną pracę, cywilizowane warunki życia. Dla Syryjczyków i Kurdów najważniejsze jest, by nie dać się zabić. Dla Polaków i Litwinów – by utrzymać rodzinę. Większość emigrantów, nawet gdy wiąże swoje życie z Norwegią na stałe, zostawia za sobą kogoś, kto pozostaje z nim w zależności materialnej.

„Pani pozwoli, że się przedstawię” zionął mi w twarz wielodniową imprezą mój sąsiad w samolocie. Podał wizytówkę – blacharz. „Damian, jestem przemytnikiem” uśmiechnął się szeroko i zamówił polskie piwo, sprawdzając, czy się z nim nie napiję. „Utrzymuję brata na studiach. Wyremontowałem rodzicom dom. Siostra zajmuje się moimi mieszkaniami, które wynajmuję. Mam tu warsztat. Zatrudniałem szwagra, ale to pasożyt, wolę siostrze wysyłać pieniądze. Wczoraj mi się wszywa skończyła. Jadę do Polski, panienki umówione, potem znów się zaszyję. Ja tam nie chcę wracać, tu mam życie i beze mnie cała rodzina by biedowała. A będziesz potrzebować wódeczki, to dzwoń śmiało, dla ciebie dowiozę nawet”.

Opowieść pewnego emigranta

Damian mógł trochę koloryzować, ale jego opowieść nie różni się w zasadzie specjalnie od opowieści imigrantów innych narodowości. Adam z Somalii, magazynier, wysyła pieniądze matce i trzem siostrom. Matka jest chora, siostry nie mają mężów, dzięki niemu siostrzeńcy otrzymają wykształcenie. Kuan z Wietnamu śle pieniądze rodzicom. Nosi ze sobą ich zdjęcie. Nie widział ich wiele lat, nie może albo nie chce tam jechać. Marek wysyła pieniądze byłej żonie, matce oraz aktualnej narzeczonej. Piotrek nic nie wysyła – wraca do kraju co 2 tygodnie i dowozi swojej kobiecie żywą gotówkę. Vitautas z Litwy nikogo nie utrzymuje, twierdzi, że jest sam i że wszystkich nienawidzi. Nazir z Pakistanu jest pomocnym, dobrym człowiekiem, ale też nie śle żadnych pieniędzy – marzy o tym, żeby odłożyć jak najwięcej i wrócić do swojej wsi, znów być nauczycielem, a nie pracownikiem kategorii B. Według statystyk najbardziej zadowoleni są tacy jak Adam, emigranci z Somalii – wdzięczni za lepsze życie i możliwość dobrej pracy. Najmniej zadowoleni są Irakijczycy, Irańczycy, Polacy i Turkowie.

Praca i płaca

Około 250 tysięcy oficjalnych emigrantów w Norwegii różni bardzo wiele, a łączy jedno – pragnienie, żeby życie układało się. Gotowi są płacić za to ciężką pracą, bywa że niewolniczą. Norweska praca za grosze wygląda inaczej niż w Polsce, gdzie emigranci zza wschodniej granicy godzą się na stawki grubo poniżej normy. W Norwegii nie ma kominów płacowych, stawki w poszczególnych branżach nie różnią się między sobą znacząco, w każdym razie nie tak jak w Polsce. Ale pracownik może zostać zmuszony do wzięcia pracy na niepełny etat lub w wymiarze godzin wymagającym ponadprzeciętnego wysiłku. Pracownicy np. zatrudniani są na 66%, a grafik mają rozpisany tak, że w zasadzie nie ma możliwości dorobienia. Bywa, że podsuwa im się umowy niezgodne z prawem oraz że odmawia się wypłat. Nieuczciwymi pracodawcami są często krajanie – Polaków oszukują Polacy, Turków Turkowie, Szwedów Szwedzi, za pójście na policję grożą pobiciem lub prześladowaniem rodziny i znajomych.

Zdarzają się farmy pracy niewolniczej, do których trafiają pracownicy m.in. z Polski, którzy na papierze zarabiają stawki rynkowe na całym etacie, ale potrąca im się za mieszkanie, wyżywienie, odzież, „podatek” i wypłaca tyle, żeby się nie buntowali. Zgadzają się na to, bo harując jak woły przywożą do domów po 5-6 tysięcy złotych na miesiąc czyli zaledwie dwukrotność tego, co zarobiliby w Polsce w swojej maleńkiej miejscowości.

Piją

Za marzenie o tym, by życie układało się dobrze, płaci się nałogami, depresją, problemami psychicznymi. „Ja bym i tak pił” wzrusza ramionami Damian z samolotu „ale tutaj mam za co”. Pije też Piotrek, wiozący co dwa tygodnie wypłatę swojej kobiecie. Jego ojciec też pił i lał matkę do nieprzytomności. I jego, Piotrka też lał, i to tak, że ten mówi, że głowę mu uszkodził. On swojej nie leje, a córkę kocha nieprzytomnie. Pije Przemek, który całe swoje zawodowe życie spędził za kolejnymi granicami, bo choć ciężka praca niszczy zdrowie, to jest lepsza niż polska beznadzieja. Ta beznadzieja zrobiła z jego ojca, też budowlańca, fizyczny wrak z nędzną emeryturą za czterdzieści lat orki. Przemek dobiega do 40-stki i odłożył niemały grosz. Żona namawia go na założenie pensjonatu w górach. Może się skusi, ma dość budów.

Muzułmańscy pracownicy magazynów nie piją, religia zabrania. Mają za to depresję, myśląc o życiu, który mieli kiedyś, o domu, który zostawili, o rodzinie, której nie mogą ściągnąć, bo ich nie stać, o matce, na której leczenie wydają każdy grosz. Karim spędza każdą wolną chwilę na siłowni i w sali gimnastycznej, bo tylko to utrzymuje go przy życiu. Vitautas, ten który nienawidzi wszystkich, też tam przebywa. Narzuca coraz większe ciężary i ma nadzieję się zajeździć, bo najbardziej nienawidzi sam siebie. Nikt nie wie, dlaczego – kiedyś coś rzucił, że jest złym człowiekiem i że robił złe rzeczy.

Złe i zmarnowane

O sobie, że jest złym człowiekiem, mówi też Marek, który muchy by nie skrzywdził, ale mimo wysiłków nie uchronił rodziny przez bankructwem – kilka lat temu, w Polsce. Spełnia każdą potrzebę rodziny, choć sam żyje nędznie. Od niedawna leczy wieloletnią depresję, która zniszczyła nie tylko jego. Nie pije, nie pali, nie używa narkotyków, dzięki lekom nie chce się zabić. Hubert też już nie chce się zabić – dla niego Norwegia to szansa. Kiedyś chciał. Przez 30 lat był księdzem, a od dwóch lat ma kobietę, dziecko, jest kierowcą. Tu go nikt nie zna. Tu ma szansę żyć od nowa.

Wojtek tylko popłakuje, że zmarnował swoją szansę. Na budowie jest uznanym fachowcem, pracuje w dobrej firmie, zarabia lepiej niż inni, ma kochającą żonę i tłuściutkiego synka. Jest winien około miliona koron różnym instytucjom, bo swoje wymarzone, spokojne życie przepuścił w kasynach, zapożyczając się bez wyjścia. „Wiesz, koledzy w moim wieku, z którymi balowałem jako kawaler, oni już nie żyją albo są w stanie – sama wiesz…” mówi. „I ja myślałem, że od tego uciekłem, że wygrałem swoją szansę, mam dobrą pracę, żona nie musi pracować. I zobacz co zrobiłem. Musieliśmy przepisać mieszkanie i samochód na rodzinę, żona musi iść do pracy, a gdzie ona w tej wiosze pracę znajdzie.” Wojtek nikomu nie przyznaje się do swoich problemów. Przed kolegami gra twardziela, jak zresztą oni wszyscy.

Koledzy Wojtka wymieniają się na polskich grupach na FB informacjami, kto akurat sprowadził na miejsce „bronka, wodę albo rudą” (polskie piwo, wódka, whisky). Tacy jak Damian-blacharz-przemytnik rzadziej się ogłaszają, raczej jeżdżą z dowozem do stałych klientów. Szeroka struga przemycanego alkoholu płynie daleko poza środowiska polonijne. Co roku norwescy maturzyści robią głośne imprezy stanowiące rytuał przejścia w dorosłość. Rytuał podlany przemycaną polską wódką. Młodzi Norwegowie i znacznie starsi Polacy korzystają też z szerokiej oferty narkotyków. Dla nastolatków – niezbędnych do imprezowania, a dla polskich robotników w średnim wieku – koniecznych żeby wytrzymać kolejną 10-godzinną dniówkę harówki (amfetamina) lub wyluzować po pracy (marihuana). I innych, odkrywanych z upływem lat.

Każdy chce żyć.

Agnieszka Wesołowska
Agnieszka Wesołowska
Dziennikarka, redaktorka, na ogół pisze o bezpieczeństwie, oszustwach, przestępczości i złych ludziach dla Zaufanej Trzeciej Strony, ale nie tylko.

Współpopełniła "Buty mojego męża". Prowadzi profil "Pani syn udaje" poświęcony chorobom odkleszczowym. Robi zdjęcia, słucha muzyki, je, pije, chodzi i żyje, czego i Państwu życzy.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.