Pośladki i inne słowa wytrychy

17 minut czytania
1093
0
Małgorzata Januszewska
Małgorzata Januszewska
25 grudnia 2019
Reklamy

Nie, nie będzie o „proszę, dziękuję, przepraszam”. Będzie o czterech literach, przekleństwach i doniczce. Co je łączy? Przyciągają uwagę. Zależnie od środowiska podnoszą „prestiż”. Dzięki nim „plusujemy” (albo tak nam się wydaje).

Mono męczy. Stereo dostarcza nowych wrażeń. Dlatego prowadząc zajęcia, aby utrzymać uwagę słuchaczy, stoimy przed wyzwaniem uatrakcyjnienia treści. Dotyczy to zarówno nauczyciela, trenera motywującego zespół handlowców, przewodnika muzealnego, jak i członków grup, jeśli chcą do wybrańców należeć. Co robią, aby nie wiało nudą? Dostosowują przekaz do wieku odbiorców, zmieniają modulację i tempo mówienia. Celowo zawieszają głos, pauzują oraz zadają pytania – wciągając nas w dyskusję i mimochodem zmuszając do skupienia uwagi. Elastyczność i powyższe chwyty to podstawa. Opłaci się też przeplatać teorię z praktyką. Sypać przykładami z różnych dziedzin. Podrywać z krzeseł, demonstrować przy współudziale słuchaczy. A przede wszystkim zaskakiwać!

Walety i zady

Badania pokazują, że wyjątkowo aktywnie reagujemy na słowa mające związek z erotyką. Wystarczy nagle, pośród opadającej z sił publiczności, wpleść w wykład termin opisujący pośladki, a twarze się ożywią. Równie dobrze sprawdza się nieoczekiwane przekleństwo, które w potoku gładkich słów wprowadza konsternację. Albo wyrażenie z mowy potocznej, niepasujące do powagi omawianego działu, które z kolei dziwi. Również pomyłką słowną (zamierzoną lub przypadkową) osiągniemy cel – powrót uwagi słuchaczy, czego sztandarowym przykładem są „walety i zady”, powiedziane zamiast zalet i wad.

Szturm pań lżejszych obyczajów

Instruktor czy nauczyciel walczy słowem i gestem o uwagę kursantów. Staje się ich menadżerem, odpowiedzialnym za przyswajanie wiedzy i rozwój. Zaczyna od spraw prostych i zrozumiałego języka, aby przejść do bardziej wymagających treści. I pociągnąć tłum za sobą. Wyżej. Na drugim końcu stoi grupa kolegów z marginesu. Nowicjusz zabiega o ich uwagę dostosowując się. Próbuje wniknąć w paczkę robiąc to, co ona, ale ze zdwojoną siłą. Np. demonstrując swoją odwagę i przyprawiając wypowiedź stekiem wulgaryzmów. Zyska akceptację, gdy głośniej i efektowniej nazwie szwagra, małżonkę czy matkę. Później maniera wchodzi w nawyk i język, bez kontroli, leci po całości. Staje się histeryczny, wykrzyknikowy. Bywa, że w szczytowej formie, w całym zdaniu wulgaryzmy nie tylko dominują, ale eliminują całkowicie inne słowa. Bo te stają się zbędne. Wystarczy powtórzyć kilkakrotnie słowa na „h”, „k” czy „p”, a dla kumpli wszystko i tak będzie jasne.

Znani z mediów

Na osoby pracujące dla prasy lub znane ze szklanego ekranu ogół reaguje zwykle docenieniem, dlatego bywa że początkujący twórca, którego jedno zdjęcie pojawiło się w magazynie, nazywa już siebie fotografem tej gazety. Wykorzystuje wtedy tzw. efekt doniczki. Przykrywki, która swoją renomą, dodaje mu nieco lukru. Tak samo może działać „doczepienie się” do cenionego nazwiska. W oczach części osób bowiem, jeśli zamieniło się słówko ze znanym artystą, bądź było jego uczniem, zyskuje się wytrych, czyli bilet wstępu do elity. Co jest oczywiście sporym nadużyciem, bo – jak pisze Katarzyna Nosowska w A ja żem jej powiedziała – „to, że Edyta Górniak powiedziała ci „cześć”, nie znaczy jeszcze, że masz koleżankę w Los Angeles”.

Myśmy-zrobiliśmy

Przynależność do stowarzyszeń czy instytucji może czasem działać niekorzystnie dla najaktywniejszych członków. Z ich kreatywności i zaangażowania korzysta bowiem obibok, któremu łatwo przechodzi przez gardło „wspólnie zrealizowaliśmy”, choć od pracy przy projekcie się miga. Podobnie potrafi chwalić się dokonaniami cwany prezes. Jak? Pod ogólnym płaszczykiem organizacji skrzętnie skrywa on konkretne nazwiska, które za działaniem stoją. Na zebraniach ich nie wymienia, za to chętnie podpisuje się jako decydent pod sprawozdaniem. Faktyczni autorzy, jeśli nie zadbają o zamieszczenie informacji o swoim wkładzie pracy, ulegną zapomnieniu, zaś czas i papier dodatkowo utrwalą prezesa. Z dokumentów wynikać będzie, że przedsięwzięcie nie tylko zadziało się za jego kadencji, ale pod jego nadzorem i według jego wytycznych. Stanie się wyłącznym pomysłodawcą i realizatorem (nawet jeśli wcześniej kpił: „rób, skoro cię to bawi”). Będzie mógł także użyć projektu jako wytrycha w przyszłości, gdy zajdzie potrzeba wykazania się taką ideą w dorobku.

Przywłaszczenie sobie cudzych zasług to dość częsty sposób nadużyć. Wiele osób chętnie się dopisze do grona twórców, szczególnie jeśli owoce widać na horyzoncie. Aby skorzystać z obfitych żniw. Aby móc o sobie powiedzieć, że też w dziele maczali ręce, choć nie kiwnęli palcem albo przeszkadzali.

Warto pamiętać, że podszywanie się czy tuszowanie dokonań poprzez uogólnianie odbija się negatywnie na wszystkich członkach grupy. Aktywni – czując się niedocenieni, w przyszłości dwa razy pomyślą, nim zorganizują coś pod skrzydłami danej organizacji; bierni klubowicze – widząc, że laury spływają na nich bez trudu, pasywnymi pozostaną; obserwatorzy – wyjdą z mętną wiedzą kto i kiedy „myśmy-zrobiliśmy”, co nie wzbudzi ich zaufania; zaś prezes – podający się za jedynego ojca projektu, a niepotrafiący odpowiedzieć na pytania pogłębiające temat, straci twarz.

Wyglądasz sexy, jesteś trendy

Łakniemy pochwał. To naturalna potrzeba każdego z nas, dlatego chętniej przebywamy u boku osób nam przyjaznych, które obdzielają dobrym słowem, niż w gronie maruderów, wytykających błędy. Dla tych, co chwalą, jesteśmy też w stanie zrobić więcej i bez sprzeciwu. Słysząc, że wyglądamy wyjątkowo pięknie albo można na nas polegać jak na nikim innym, czujemy się mile połechtani, a głodni dalszych komplementów pozwalamy się zdrzemnąć czujności. Zapominając, że wśród pochlebców zdarzają się sprytni naciągacze, którzy sypią karesy, by wkupić się w łaski, a potem wyciągnąć informacje czy okraść. Traktując peany jako środek do pozyskania użytecznych znajomych, do których łatwiej uderzyć z prośbą.

Baleriny, lenonki, dzwony

Wytrychem do umysłu klienta jest również słowo, czyli idealna nazwa. Dlatego sprzedawcy kuszą nas chwytliwymi hasłami. Damskiej części populacji podsuwają baleriny, opierając się na przekonaniu, że nawet silna kobieta w głębi duszy lubi czuć się delikatną księżniczką, a kojarzące się ze zwiewną baletnicą buciki jej w tym pomogą.

Inne nazwy działają podobnie – wybierz biustonosz bardotki czy balkonetkę, a staniesz się obiektem westchnień; okulary lenonki, a dotkniesz kultowej postaci; spodnie dzwony, szwedy, bermudy, legginsy, a może cygaretki (absolutne must have w tym sezonie). Nogi obuj w sandały japonki lub rzymianki, jesienią w oksfordki lub kowbojki, zimą w muszkieterki. Szyję okręć arafatką. A na głowę nałóż peruwiankę, radarówkę albo krasnala. Każda z nazw wykorzystuje wspomniany już wcześniej efekt doniczki. Ma się dobrze kojarzyć z oryginałem, zaciekawić i sprawić, by wszyscy klienci (z naciskiem na „wszyscy”) chcieli mieć dany wyrób. Nowy w nowym sezonie. Bo ten z dziś, jutro będzie passé.

Małgorzata Januszewska
Małgorzata Januszewska
Będąc humanistką z wykształcenia, poetko-pisarką z zamiłowania i eksploratorką z potrzeby oddychania, czas dzieli na trzy pasje. Prowadzi warsztaty interdyscyplinarne, nie rozstaje się z piórem (od reportaży po bajki), a palec planujący trasę po globusie, zamienia w wyprawę z plecakiem (ostatnio „lądując” w sercu Laosu). Propagatorka porozumienia dużych i małych. Przyjaciółka zwierzołków (no, może z wykluczeniem kilku uporczywych insektów :) Podziwia talenty homo sapiens, ale jej największą miłością są górskie krajobrazy (te naturalne, nie z betonu).
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.