Przedświąteczny ekspres podróżniczy. Niemiecki jarmark bożonarodzeniowy skradł moje serce

14 minut czytania
637
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
14 grudnia 2019

Odsłuchaj

Reklamy

Niektórzy każdy weekend przed świętami spędzają na zakupach. Ja prezenty chciałam kupić na najstarszym w Niemczech jarmarku bożonarodzeniowym w Dreźnie. Wprawdzie nic nie kupiłam, ale przed kilka godzin chłonęłam przedświąteczną atmosferę w być może najpiękniejszym niemieckim mieście – piłam grzane wino, spacerowałam wzdłuż pięknie odbudowanych gmachów zbudowanych na zamówienie Augusta Mocnego – i do tego samego chcę Was zachęcić.

Gdzieś czytałam, że każdego roku w Niemczech odbywa się nawet 2500 jarmarków bożonarodzeniowych. Niewykluczone, bo tradycja kramów z dekoracjami, grzanym winem i słodyczami rozpowszechniła się do tego stopnia, że dziś ustawiają się one w niewielkich nawet miasteczkach.

Dotychczas jarmarki oglądałam tylko na zdjęciach, ale na początku grudnia tego roku pomyślałam, że mam ochotę poczuć przez chwilę ich atmosferę. Wybrałam się na jeden z nich, a teraz chcę Wam opowiedzieć o swoich wrażeniach, podać kilka praktycznych informacji i zachęcić do podobnego wyjazdu, bo przed nami jeszcze trzy przedświąteczne weekendy (a trwać będą jeszcze w pierwszych dniach stycznia).

Noc w autokarze i ruszamy w miasto

Na wycieczkę pojechałam z koleżanką. Choć na co dzień wolę samodzielne podróżowanie, to jednak nie widziałam sensu w organizacji wyjazdu na jarmark na własną rękę. Po pierwsze pieniądze, po drugie – sprawna organizacja, bo chciałyśmy, by wyjazd trwał nie dłużej niż dobę. Padło więc na biuro podróży.

Wybrałyśmy położone 620 km od Warszawy Drezno. Byłam w nim kilkanaście lat temu i zachwyciło mnie – ale o niemieckiej „perle baroku” opowiem więcej trochę później.

Wycieczki na jarmarki są w ofercie co najmniej kilku polskich biur podróży (i to nie są te największe, więc nie zraźcie się tym, że nie znajdziecie ich na stronie najbardziej znanych touroperatorów). Porównałam oferty kilku biur i w zasadzie niczym się nie różnią. Wszystkie są skonstruowane w ten sam sposób: do Drezna (Berlina, Pragi, Wiednia – kierunków jest kilka) dojeżdża się przed południem. Przewodnik pokazuje najważniejsze miejsca w okolicy (w naszym przypadku spacer trwał niecałe półtorej godziny), a następnie grupa ma czas wolny. W związku z przepisami dotyczącymi czasu pracy kierowców, ten czas wolny wynosi co najmniej 9 godzin, więc wyjazd następuje dość późno, nawet koło 22.

Nasz autokar wyjechał z Dworca Warszawa Zachodnia o 2:45, a na parking w Dreźnie dojechaliśmy parę minut po 12. Wniosek z tego taki, że nie jest to wycieczka dla osób, które męczą się długa jazdą autokarem. Inna sprawa, że dosiadający się we Wrocławiu mieli podróż krótszą o dobre 5 godzin, ale z Łodzi czy Warszawy jest to już odczuwalna liczba godzin.

W życiu z reguły jest coś za coś. Wycieczka bez noclegu oznacza niższy koszt wyjazdu. Na całkowity koszt składają się dwa elementy: opłata za wyjazd (im bliżej granicy mieszkamy, tym mniej zapłacimy) oraz opłata za przewodnika (w tej samej wysokości dla wszystkich). Ceny w różnych biurach się od siebie nie różnią; za Drezno zapłaciłam 179 zł plus 10 euro.

Perła baroku Augusta Mocnego

Więc w drogę! Przed nami być może dwie nieprzespane noce (choć ja akurat nie narzekałam), ale w zamian za to przez kilka godzin można nacieszyć oczy cudowną architekturą.

Miasto zostało założone przez dynastię Wettynów, a pierwszym jego władca był Konrad Wielki, który rządził w latach 1123-1156. Przez kilka pierwszych stuleci miasto nie odgrywało zresztą żadnej znaczącej roli. Wprawdzie zostało założone nad rzeką Łabą (niem. Elba), ale okazała się ona tak płytka, że nawet statki o małym zanurzeniu z trudem mogły po niej płynąc. Nie stało się więc Drezno miastem handlowym, tylko trwało sobie na uboczu.

Czasy świetności nadeszły w 1697 r., kiedy to elektor saski August Mocny został wybrany jako August II na króla Polski. W rezultacie Saksonia stała się obok Prus i Austrii trzecim niemieckim mocarstwem. Sam August nie zapisał się na karach historii jako jakiś wybitny strateg czy zasłużony dla Polski władca. Kojarzymy go raczej z ogromną (nawet na czasy ogólnego wtedy rozpasania) jurnością. Historycy nie doliczyli się jego potomstwa, Niektóre źródła mówią, że było tych dzieci ponad 260, w innych wyczytamy, że liczba dzieci Augusta zbliżała się do liczby dni w roku.

Poza tym, że uwielbiał wiązać się w miłosnym uścisku z każdą kobietą, która akurat znalazłam się w polu jego wzroku, pragnął też, by miejsce, w którym si wychował – niewielkie dotychczas Drezno – odzwierciedlało potęgę i znaczenie Saksonii. Kazał więc przebudować renesansowe wówczas miasto w perłę baroku. I nie ma ani słowa przesady w tym określeniu.

Przede wszystkim król zadbał o godną swego urzędu siedzibę. W 1732 r. zakończyła się budowa Zwingera, który niewątpliwie jest architektonicznym klejnotem Drezna. To zespół pałacowy, który ucieleśnia fascynację Augusta Mocnego przepychem i luksusem. Jest uważany za jeden z najpiękniejszych pałaców Europy. Dziś w barokowych wnętrzach mają siedzibę muzea i galeria, m.in. Muzeum Porcelany (co biorąc pod uwagę bliskość fabryki porcelany w Miśni – nie jest przypadkiem. Zobaczymy tu nie tylko porcelanę miśnieńską, lecz również porcelanę chińską czy japońską) oraz Galeria Malarska Dawnych Mistrzów. Jest ona niezwykła ze względu na duża kolekcję słynnych dzieł. Zobaczymy więc w Zwingerze dzieła Tycjana, Rubensa i Holbeina, ale za najsłynniejsze uchodzi „Madonna Sykstyńska” Raffaela. Drezdeńska galeria to jedno z najbardziej znaczących zbiorów dzieł sztuki na świecie.

Zachwyciły mnie również Tarasy Brühla, zwane niekiedy „Balkonem Europy”. To promenada spacerowa, na której po jednej stronie mamy masywne bryły najważniejszych zabytków, a po drugiej – powoli płynącą Łabę. Trochę mi Tarasy przypominają to promenada spacerowo-widokowa, rozciągająca się na północ od placu Neumarktu i położona bezpośrednio nad rzeką Łabą. Trochę mi one przypominały tarasy widokowe przy Wałach Chrobrego w Szczecinie, który przez wieku też był przecież niemieckim miastem.

Alternatywna strona miasta

Zwiedzając, koncentrowałyśmy się na starym i nowym mieście. Tak naprawdę kilkakrotnie przeszłyśmy tę samą trasę i mam do siebie trochę żal, że nie pojechałyśmy autobusem na Kunsthofpassage, czyli Pasaż Artystycznych Dziedzińców. To jedna z tych dzielnic, jakie są chyba w każdym dużym mieście. Przez lata zapomniane, zamieszkane przez gorzej sytuowanych. Z czasem dzielnica zaczęła przyciągać artystów, którzy uczynili z niej tętniące życiem. Poza tym, że w okolicy działa wiele barów i restauracji z jedzeniem z całego świata, są galerie sztuki i lokalni artyści, to turyści najczęściej jednak przyjeżdżają, by oglądać pięć sąsiadujących ze sobą podwórek dziewiętnastowiecznych kamienic, które zamienione zostały w galerię sztuki pod gołym niebem.

To ze względu na fantazyjne elewacje: jest więc niebieski „Grający Dom”, który przyozdobiony został fantazyjnymi metalowymi rynnami, lejkami i rurami, które stworzyły instrument muzyczny. Działa nie tylko na zmysł wzroku, ale w czasie deszczu – również na słuch. Podczas deszczu woda przepływa przez rynny i wydaje dźwięki. Inne ciekawe budynki to Domy na Dziedzińcu Mitycznych Stworzeń, które zdobią wizerunki baśniowych postaci i zwierząt.

Tego wszystkiego mogło jednak nie być, bo Drezno potwornie ucierpiało w wyniku nalotów dywanowych, które lotnictwo amerykańskie i brytyjskie przeprowadziło w nocy z 13 na 14 lutego 1945 r. Zbombardowanie miasta miało obniżyć morale Niemców i być dla nich sygnałem, że wojna lada dzień się skończy. Historia niejednoznacznie ocenia ten atak. Część historyków uważa nalot na Drezno za niepotrzebny, bo działania wojenne i tak chyliły się ku końcowi, więc grzebanie pod tonami gruzu ok. 22 tys. ludzi było tylko dziecinnym pokazem siły. Inni wskazują, że przecież dowódcy w tamtych czasach nie wiedzieli jeszcze, kiedy Hitler się podda, więc mieli prawo korzystać ze wszystkich dostępnych środków, by zmobilizować go do poddania się.

Przerażający opis tego, jak wyglądał tamten nalot znalazłam na stronie Polimaty. Nie umiem bez emocji zredagować tego, co przeczytałam, więc pozwolę sobie zacytować fragment. „Całe miasto zalewa morze ognia. Tworzą się pierwsze burze ogniowe. Płonące kwartały miasta wyrzucają na ogromną wysokość masy rozgrzanego powietrza i jednocześnie zasysają chłodniejsze powietrze z dołu. Tworzą się potworne ogniowe huragany. Prędkość powietrza wirującego wokół gigantycznego ogniska dochodzi do kilkuset kilometrów na godzinę. Ludzie próbujący uciec z piwnic płonących budynków są porywani gorącym wichrem i ciskani w samo centrum inferna. Ci znajdujący się na ulicach wyglądają, jakby niewidzialny magnes wciągał ich do piekła. Chwytają się bruku, latarni, koszy na śmieci, wszystkiego. Gorący podmuch zrywa z nich ubrania zanim ogarną ich płomienie. Temperatura burzy ogniowej sięga 1500 stopni Celsjusza. Rynsztokami płyną strumienie roztopionego metalu. Płonie dosłownie wszystko. Ogień wysysa tlen, a zmiany ciśnienia spowodowane piekielną burzą rozrywają ludziom płuca”.

W sumie naloty trwały cztery dni. Stolica Saksonii legła w gruzach. Zniszczone zostało 90 proc. historycznego centrum, ucierpiały również inne dzielnice. Władze nie były w stanie odbudować w stylu barokowym wszystkich historycznych zabytków, więc zdecydowały się na odbudowę tylko najważniejszych. Pałac Zwinger cieszył oczy drezdeńczyków ponownie w 1963 r., Opera w 1985, ale na przykład kościół Marii Panny ponownie otwarto dopiero w 2005 roku. W rezultacie historyczna część miasta jest stosunkowo niewielka i wszystkie budynki w stylu barokowym są w odległości krótkiego spaceru.

Kolorowych jarmarków…

Celowo zostawiłam na sam koniec to, co najważniejsze (choć ja akurat na pierwszym miejscu postawiłam spacer po Dreźnie), bo jarmarki najciekawiej prezentują się, gdy robi się ciemno, a stragany oświetlone są dziesiątkami światełek. W Dreźnie odbywa się kilka jarmarków, z których największy – Jarmark Struclowy (Dresdner Striezelmarkt), odbywa się w centralnym punkcie starego miasta, na Starym Rynku (Altmarkt), obok słynnego kościoła Mariackiego (Frauenkirche) oraz na nowym rynku (Neumarkt). Na 250 straganach można kupić przede wszystkim rękodzieło – dekoracje świąteczne, dziergane serwetki, drewniane ozdoby choinkowe. Żadnych towarów z Chin, magnesów czy pocztówek. Do tego dużo jedzenia (słodycze od małych producentów, ciasta, suszone owoce) i coś na ogrzanie, czyli przede wszystkim grzane wino. Za 200 ml gorącego trunku trzeba zapłacić 4 euro. A do piwa najbardziej pasuje niemiecka kiełbasa – i mamy już zestaw jarmarkowy.

W centralnym punkcie jarmarku znajduje się choinka, ale uwagę przykuwa raczej pięknie oświetlona czternastometrowa drewniana piramida. Na jej kilku kondygnacjach kręcą się Trzej Królowie, figurki świętych, kominiarzy, górników i wielu innych postaci.

W weekendy na Jarmarku Struclowym jest bardzo tłoczno. Prawdę powiedziawszy, zakupy w takim tłumie nie sprawiały nam przyjemności, więc po prostu obeszłyśmy stragany, kupiłyśmy wino i usiadłyśmy na ławce przy którejś z szkopek (swoją droga, szopki nie budzą skojarzeń ze Świętą Rodziną, bo zamieszkują je… bohaterowie bajek). W mieście odbywa się jednak jeszcze kilka mniejszych jarmarków – może mniej urokliwych, ale spokojniejszych. Na jedzenie chodziłyśmy na drugą stronę Łaby – na Augustusmarket, gdzie wprawdzie wybór był mniejszy (samo jedzenie i picie, bez rzemiosła), ale za to brak konieczności powolnego dreptania w tłumie, sporo miejsc siedzących na ławkach i niższe ceny.

Przed wyjazdem długo biłyśmy się z myślami, czy naprawdę warto spędzać tyle godzin w autokarze tylko po to, by przez kilka godzin chodzić po mieście – może w zimnie, może w deszczu. Obawy okazały się bezpodstawne. Podróż minęła zaskakująco szybko, pogoda była dobra, a na miejscu wcale się nie dłużyło – spacerowym krokiem zrobiłyśmy prawie 20 km po drezdeńskich uliczkach i mostach. Bardzo się cieszę, że pojechałam i o ile wcześnie myślałam, że będzie to rodzaj „doświadczenia raz w życiu”, to już teraz myślę, że za rok znów się zapiszę. Na radarze mam Lipsk, bo naprawdę spodobały mi się takie „pocztówkowe święta”. Do czego i Was namawiam.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.