Syndrom Bullerbyn, czyli Szwecja to nie tylko kraina kawą i cynamonowymi bułeczkami płynąca

5 minut czytania
15911
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
5 grudnia 2019

Odsłuchaj

Słyszymy: „Szwecja” i od razu myślimy: czerwone domki, dobre pensje, blondwłose dzieci spędzające każdą wolną chwilę bezstresowego dzieciństwa na świeżym powietrzu. Oho, czyli właśnie zawładnął nami „syndrom Bullerbyn”. Czym jest, opowie dr Natalia Kołaczek, tłumaczka literatury szwedzkiej, autorka książki „I cóż, że o Szwecji”. Prowadzi „Szwecjoblog”.

Natalia Kołaczek, tłumaczka literatury szwedzkiej, autorka książki „I cóż, że o Szwecji”. Prowadzi „Szwecjoblog”.

Jakie były pierwsze zasady, które musiałaś sobie przyswoić, gdy zamieszkałaś w szwedzkim domu?

Już przy drzwiach zostałam poinstruowana, że w Szwecji ściągamy buty i chodzimy boso. Nie zdziwiło mnie, bo robimy to samo w Polsce. Tam jednak należy zostawić buty w przedpokoju również w sytuacjach oficjalnych, więc nawet gdy Szwedzi przychodzą do znajomych na elegancka kolację – panowie w garniturach, panie w sukienkach – to i tam chodzą w samych skarpetkach czy rajstopach.

Doradcy savoir vivre podpowiadają, że udając się w odwiedziny, można wziąć ze sobą obuwie na zmianę, bo nie jest przyjęte, by goście już od drzwi proponowali coś na nogi. Inna sprawa, że w Szwecji chodzenie w skarpetkach czy nawet bez nich nikogo nie dziwi. Wielokrotnie widziałam, jak Szwedzi zdejmują buty w pociągu czy biurze i nie przejmują się – ani nikt dookoła – że te skarpetki wcale nie są pierwszej nowości albo nawet nie są od pary.

Po drugie przypomniano mi, że wodę można pić prosto z kranu, bo jest jedną z najlepszych na świecie.

Największe zdziwienie może budzić trzecia zasada, która dotyczy życia codziennego, a konkretnie prania. Gospodarze poinformowali mnie, że pierzemy we wspólnej pralni w piwnicy. Zademonstrowali mi system rezerwacji czasu prania. W niektórych blokach wdrożono nowoczesne systemy przez internet, ale tam, gdzie mieszkałam, stosowano tablice, na której osoba zainteresowana umieszczała niewielki kołek na kluczyk z numerem mieszkania w polu oznaczającym wybrany dzień i godzinę. Oczywiście nie ma zakazu posiadania pralki w mieszkaniu, ale pralnie są po prostu wygodne. Do tego są w pełni wyposażone w suszarki, magiel i miejsca do prasowania.

Pisałaś, że dla Szweda dom jest twierdzą i na zaproszenie trzeba sobie „zasłużyć”.

Zacznijmy od tego, że często mówi się o Szwedach, że są chłodni i trudno nawiązać z nimi kontakt. Odniosłam inne wrażenie: na takim najbardziej podstawowym poziomie w codziennych sytuacjach – w sklepie, urzędzie, na ulicy – tego chłodu w ogóle nie widać. Szwedzi są bardzo uprzejmi i odnoszą się do innych z życzliwością. W trakcie podróżowania po kraju wielokrotnie miałam wrażenie, że zupełnie obcy ludzie oferują pomoc, zanim jeszcze zdążę o coś zapytać. Prawdą jest natomiast, że trudniej jest wejść na głębszy poziom zażyłości. O ile na tym powierzchownym poziomie jest dużo uśmiechu i uprzejmości, to niekoniecznie się to przekłada na zaproszenie do bliższego kręgu znajomych.

Dom jest dla Szweda twierdzą jeszcze z jednego powodu: bardzo źle widziana jest tu ostentacja. Samochody nie są tu żadnym wyznacznikiem statusu majątkowego, więc na szwedzkich ulicach jest dużo starych aut, najczęściej volvo. Szwedzi żartują, że emigranta można poznać po tym, że jeździ „wypasionym” samochodem.

Bogactwa nie wypada pokazywać na zewnątrz, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by pieniądze przeznaczyć na to, co w domu. W domach najlepiej zarabiających Szwedów mogą więc być meble autorstwa znanych projektantów lub dzieła sztuki, ale to wszystko przeznaczone jest tylko dla oczu stosunkowo najbliższego grona zaufanych osób.

A kiedy już zostaniemy uznani za dość zaufanych, by dostać zaproszenie do czyjegoś domu, to chcąc przynieść ze sobą alkohol, musimy to zaplanować odpowiednio wcześniej. Bo w sobotę wieczorem już wina nigdzie nie kupimy…

A i w tygodniu w ciągu dnia nie kupimy go w byle sklepie spożywczym! Napoje o zawartości alkoholu powyżej 3,5% w Szwecji kupimy tylko w sklepach monopolowych Systembolaget. I nie ma ich za wiele! W całym, dziesięciomilionowym kraju, jest ich około 440. Kiedy szukałam informacji na temat sklepów monopolowych w Polsce, dotarłam do informacji, że w samym Poznaniu jest ich ponad tysiąc! Ponadto, granica wieku dla kupujących alkohol w sklepach to 20 lat, nie 18 jak w szwedzkich restauracjach czy pubach.

Można się takim przepisom dziwić, można żartować ze szwedzkiej sztuki zarządzania zakupami alkoholowymi, ale mam wrażenie, że temat nie budzi tak wiele emocji w Szwedach jak wśród obcokrajowców. Albo raczej – że budzi innego rodzaju emocje. Bo za dzisiejszą polityką alkoholową kryje się w zasadzie kawał historii Szwecji i szwedzkiej demokracji. Nie roztrząsa się jej oczywiście, wybierając butelkę wina do kolacji, ale warto na przykład zdać sobie sprawę, że pierwsze ogólnokrajowe referendum w Szwecji (w latach 20.) dotyczyło właśnie zakazu całkowitego zakazu sprzedaży i produkcji alkoholu.

Od lat Szwecja kojarzy się nam z państwem opiekuńczym, czerwonymi domkami, książkami Astrid Lindgren. Ale od kilkunastu miesięcy Szwecja ma jednak twarz nastolatki Grety Thunberg. Wywołuje różne emocje, coraz częściej – negatywne. Czy w Szwecji może liczyć na sympatię?

Tak, zdecydowanie. Greta jest tam gwiazdą. We wrześniu byłam na targach książki w Göteborgu i zdziwiło mnie, jak wiele książek już o niej napisano, wydane są również jej przemówienia. Są też pozycje dla dzieci, które w formie obrazkowej pokazywały, kim Greta jest i dlaczego to, co robi, jest ważne. Wpływ Grety widać też w języku. Rokrocznie po świętach Bożego Narodzenia publikowane są słowa, które w mijającym roku zrobiły karierę (nie muszą być nowe) i były obecne w codziennym użyciu oraz mediach. Śledzę te listy od kilku lat i widzę, że słowa związane z ochroną środowiska pojawiają się praktycznie co roku. Jednym ze słów 2018 r. był „wstyd przed lataniem” – flygskam – co też się bardzo kojarzy z Gretą.

Dlaczego „wstyd”? Bo choć wiemy, jak bardzo szkodliwe dla klimatu jest korzystanie z samolotu, to jednak często poruszamy się w ten sposób i wtedy możemy ten „flygskam” poczuć w sobie lub ktoś może nam to wytknąć i nas zawstydzić.

Szwedom nie trzeba mówić, że ekologia jest ważna, bo od lat mają ogromną świadomość ekologiczną. W Polsce dzielimy śmieci na pięć frakcji dopiero od niedawna, zaś dla Szwedów jest to oczywiste od lat.

Kiedy po raz pierwszy pojechałam do Szwecji, zaskoczyło mnie, z jaką powagą traktowane jest tam segregowanie śmieci. Pomieszkiwałam wtedy poza miastem, tam nie było osiedlowych śmietników, tylko trzeba było dojechać najbliższego punktu segregacji, wyglądał jak taki przydrożny parking z mnóstwem kontenerów. Naprawdę mnóstwem!

Wtedy sortowanie wszystkiego, co przywieźliśmy w papierowych (ekologicznych!) torbach, wydawało mi się skomplikowane, a system tak drobiazgowy, że od razu budziło to obawy, że za popełnienie „ekologicznego grzechu” trzeba słono zapłacić. I wcale aż tak bardzo się nie pomyliłam! Dowiedziałam się później, że od 2001 r. w Szwecji rzeczywiście przez jakiś czas działali „śmieciowi szpiedzy”, którzy pilnowali, by śmieci trafiły w odpowiednie miejsce. Byli z reguły emerytowani policjanci lub ochroniarze, ich profesje kojarzą się przecież z doświadczeniem w obserwowaniu ludzi. Czasem złapali kogoś na gorącym uczynku, niekiedy „przestępcę” ujmowano na podstawie zrobionych przez szpiegów zdjęć, a niekiedy szpiegowska akcja oznaczała starane przeglądanie śmieci w poszukiwaniu jakichś wskazówek dotyczących tożsamości naruszyciela. Efekt? Tysiące Szwedów zostało pociągniętych do odpowiedzialności i płacili wysokie grzywny za niewłaściwe zachowania w punktach segregacji odpadów.

W książce opisuję kilku takich pechowców – na przykład kobietę, która chciała wyrzucić plastikową doniczkę, ale kontener na plastik był zapełniony. Postawiła ją więc obok kontenera i…stanęła przed sądem. Szwedzi szybko jednak zaczęli się skarżyć, że działania „śmieciowych szpiegów” uderzały przede wszystkim w porządnych obywateli, którzy chcieli dobrze, próbowali przestrzegać zasad, ale nie zawsze w stu procentach im się udawało– zamiast na przykład brać się za przedsiębiorców, którzy w niewłaściwy sposób pozbywają się swoich odpadów na większą skalę.

Wrażenie zrobiła na mnie informacja z Twojej książki, że Szwedzi tak bardzo wzięli sobie do serca segregację, że na wysypiskach zalega zaledwie 1 proc. wyrzucanych śmieci.

Dla porównania – kiedy zbierałam dane do książki, szacowano, że w Polsce to 87 proc. Można powiedzieć, że w rezultacie śmieci stały się w Szwecji towarem deficytowym, bo trzeba je importować z zagranicy, by spalarnie mogły sprawnie, bez przerwy,pracować.

Porozmawiajmy o wychowaniu dzieci. Pisałaś, że panuje tam wychowanie bezstresowe. Czy masz wrażenie, ze to się przekłada na ich życie w dorosłości?

Pewnie wiele osób wie, że w latach 70. Szwecja, jako pierwszy kraj na świecie, wprowadziła całkowity zakaz stosowania kar cielesnych wobec dzieci. Klaps i wszelkie inne formy przemocy fizycznej czy psychicznej są zabronione, przypominają nawet broszury wydawane przez polską ambasadę.

A wracając do pytania: problemów w dorosłym życiu nie łączyłabym z bezstresowym wychowaniem, ale czymś innym. W Szwecji mówi się o zjawisku „curlingowych rodziców”. Curling to dyscyplina sportu, w której jedni zawodnicy puszczają po lodowisku kamienie, a inni intensywnie szczotkują lód, by te przypominające czajniczki kamienie gładko wślizgnęły się do celu. To samo robią rodzice, którzy chcą usunąć wszystkie przeszkody, na które może natrafić dziecko. Z ogromnym zaangażowaniem chronią je przed stresem, trudnościami. W rezultacie te dzieci, gdy dorosną, nie umieją sobie radzić z problemami.

Szwedzkie wychowanie jest bezstresowe w tym sensie, że wyklucza przemoc, ale tak naprawdę jest w nim dużo stresu. Curlingowi, hiperopiekuńczy rodzice chcą, by dzieci chodziły na dużo zajęć pozalekcyjnych, planują ich przyszłość na wczesnym etapie. Mam wrażenie, ze z perspektywy szwedzkich nastolatków Szwecja wcale nie jest najlepszym krajem na świecie – bo presja na odnoszenie sukcesów jest tam naprawdę silna.

I w rezultacie Szwecja mierzy się z falą samobójstw.

To stereotyp. W badaniach Eurostatu z 2011 r. szwedzki wskaźnik samobójstw wyniósł niemal tyle, co średnia unijna: 11,99 na 100 tysięcy mieszkańców. Dwa razy więcej przypadków odnotowano na Węgrzech, prawie trzy razy więcej na Litwie.

W Polsce mówi się, że mężczyzna powinien posadzić drzewo, spłodzić syna i wybudować dom. W Szwecji przez lata uważano, że ukoronowaniem szczęścia jest zasada „trzech V”: villa, volvo, vovve. A więc dom za miastem, dobry samochód i pies, czyli symbol ustabilizowanego życia rodzinnego. Zmieniające się czasy wymagają nowych symboli. Już nie willa jest marzeniem, ale mieszkanie w centrum miasta, bo to bardziej praktyczne. Nie samochód, ale rower, bo bardziej ekologiczny i ułatwia poruszanie się po mieście. Niedawno jednak pewna szwedzka artystka pokazała pracę, w której chciała przekonać, że do trzech V można dodać czwarte – valium.

Gdy byliśmy dziećmi, o Szwecji dowiadywaliśmy się z książek Astrid Lindgren. Ja najbardziej lubiłam opowieści o latającym Karlssonie, ale Astrid kojarzy się dzieciom w całej Europie z Pippi Pończoszanką oraz dziećmi z malutkiej wioski Bullerbyn. W książce piszesz o „syndromie Bullerbyn”. W czym rzecz?

To pojęcie wzięło się z Niemiec i odnosi się do wyidealizowanego patrzenia na Szwecję. Osoba, która pozostaje pod wpływem tego syndromu, postrzega Szwecję jakby żywcem wyjętą z mitycznego Bullerbyn, więc spod znaków skalistych wysepek z czerwonymi domkami, w których jasnowłosi Szwedzi jedzą bułeczki cynamonowe. Piękny obrazek, ale oznacza skupienie się na wybranym, lukrowanym wycinku szwedzkiej rzeczywistości.

A jak zdejmiemy lukier, to co zostanie?

Normalność. Pisząc książkę bardzo chciałam pokazać, że Szwecja to nie tylko słodki obrazek z domkami, łosiami i bułeczkami. Z kolei prawicowe media podchwytują obrazek silnie zeświecczonego państwa, które odrzuca tradycyjne wartości i do granic absurdu rozszerza polityczną poprawność. I jeszcze wpuszcza imigrantów, którzy „niszczą szwedzkość”. Ale oprócz tych przerysowanych obrazków mamy inne sfery życia, które już nie są skrajne – mogą być zwykłe albo absurdalne, śmieszne, dziwaczne.

W Polsce lubimy myśleć, że mamy najgłupsze prawo na świecie – ewentualnie śmiejemy się z różnych mało mądrych przepisów obowiązujących w różnych stanach USA (cos w rodzaju – na Florydzie nie wolno śpiewać w kostiumie kąpielowym). A ja chciałam pokazać, że i Szwecja ma regulacje, z których można się tylko śmiać.

Jeszcze do niedawna obowiązywał w Szwecji zakaz spontanicznego tańczenia w miejscach nieposiadających na to specjalnego zezwolenia. Anachroniczny przepis pochodził z lat 30., ówcześni politycy chcieli uchronić młodzież przed rzekomo zgubnym wpływem muzyki, alkoholu i w ogóle niekontrolowanych spotkań. Właściciele lokali musieli ubiegać się o licencję na organizację tańców. Jeśli tego nie zrobili, a odprężeni klienci poderwali się do tańca, właściciel lokalu ryzykował mandat lub nawet odsiadkę. Co ciekawe, nawet współcześnie naprawdę zdarzały się kuriozalne przypadki, kiedy do tych przepisów się stosowano.

Czytałam o tym, jak w restauracji w Malmö ubranego po cywilnego policjanta zaalarmowało ustawienie stolików i kula dyskotekowa pod sufitem. Gdy tylko goście nielicencjonowanego lokalu ruszyli do tańca, wezwał posiłki; na miejsce przyjechali też urzędnicy skarbowi. W innym mieście policjanci kierowali się zasadą, że jeśli lokal umeblowany jest w sposób uniemożliwiający tańczenie, to licencji nie potrzeba. Jeśli jednak gościom mogłoby przyjść do głowy, by po skończonym posiłku potańczyć, to o zezwolenie należy się wcześniej postarać.

Szwedzi wielokrotnie starali się o usunięcie tego dziwacznego przepisu, ale zwolennicy utrzymania go powoływali się na względy bezpieczeństwa. I taki stan prawny trwał do 2016 r., czyli przez ponad 80 lat!

Odnoszę wrażenie, że media – społecznościowe i tradycyjne – w ogóle chętnie podchwytują różne „szwedzkie ciekawostki” i przez ich pryzmat przedstawiają Szwecję jako kraj dziwaków zafiksowanych na punkcie jakichś zasad.

Tak było, gdy król Karol XVI Gustaw opowiadał o swoim zdziwieniu związanym z tym, że hotelowy pokój, w którym zatrzymał się w trakcie konferencji klimatycznej, był wyposażony nie w prysznic, lecz wannę, która jest, jak wiadomo, mniej ekologiczna. I zażartował, że w ramach dbałości o środowisko może warto, by społeczeństwo przerzuciło się na korzystanie wyłącznie z pryszniców. Media zaraz to podłapały i w świat poszła informacja, że król chce zakazać korzystania z wanien. Dostawałam naprawdę dużo zapytań od czytelników bloga, czy Szwecja idzie w tym kierunku.

Głośno było też o panu, który pomalował dom na kolor inny niż tradycyjny czerwony, falurödi kilkoro gminnych polityków zarzuciło mu „nieszwedzkość”. W świat poszła informacja, że w Szwecji zabronione jest malowanie domów na jakikolwiek inny kolor niż faluńska czerwień. A tak naprawdę chodziło o to, że przepisy budowlane wymagają, by na radykalne przemalowanie budynku (a tak było tym razem) uzyskać zezwolenie. Ważne bowiem, by nowa gama kolorystyczna nie naruszała ładu architektonicznego okolicy. Odpowiedni organ uznał, że kolory wybrane przez właściciela domu nie wpisują się w charakter sąsiedztwa i nakazał zmianę. Pan się odwoływał i ostatecznie wyższy organ zatwierdził wybrane przez niego kolory. A krótko po tym – sprzedał dom.

W Szwecji uczyłaś szwedzkiego na kursach dla imigrantów. Nie uciekniemy od tego tematu w naszej rozmowie.

Choć dziś postrzegamy Szwecję jako kraj miodem i mlekiem – a w zasadzie kawą i bułeczkami cynamonowymi – płynący, to trzeba pamiętać, że nie zawsze tak było. Od połowy XIX do lat 20. XX wieku 1,5 mln Szwedów wyemigrowało do Ameryki w poszukiwaniu pracy, lepszego życia. Dziś kraj, w którym kiedyś panowała niewyobrażalna bieda, jest celem dla tysięcy ludzi z całego świata. Po wojnie Szwecja otworzyła bramę nie tylko dla szukających pracy, lecz również dla tych, którzy uciekali ze swoich krajów przed prześladowaniami i konfliktami.

Prowadziłam zajęcia z języka szwedzkiego dla imigrantów podczas trzymiesięcznych praktyk w ramach programu Erasmus. Piorunujące wrażenie zrobiły na mnie spotkania z kobietami, które dopiero w Szwecji mogły zacząć się uczyć czytać i pisać. Wzruszały się, mogąc pisać ołówkiem pierwsze słowa. To nie była tylko nauka szwedzkiego od zera, ale w ogóle pisania, trzymania długopisu – od podstaw. Kursy SFI to zresztą nie tylko nauka szwedzkiego także w bardziej zaawansowanych grupach. Uczestniczą w nich ludzie z całego świata, z różnych kultur i religii, więc to lekcje wzajemnego szacunku i tych niepisanych zasad panujących w Szwecji: mówiliśmy o ściąganiu butów, od czego i my zaczęłyśmy rozmowę, o punktualności, różnych modelach rodziny.

Nauka języka szwedzkiego na kursach SFI prowadzonych przez gminy jest bezpłatna, ogólne zasady mówią, że żeby w nich uczestniczyć należy mieć ukończone 16 lat, być zameldowanym w Szwecji, mieć szwedzki osobowy numer identyfikacyjny (odpowiednik PESEL-u). Zajęcia prowadzone są w oczywiście języku szwedzkim, obejmują też wycieczki, na przykład do zakładów pracy albo lokalnych muzeów. Ostatnio SFI spotkało się jednak ze sporą krytyką – przede wszystkim ze względu na niedobór odpowiednio wykształconych nauczycieli i niewystarczające dostosowanie się do indywidualnych potrzeb uczniów i ich „zaplecza”: wykształcenia, doświadczenia czy przyczyn, z których znaleźli się w nowym kraju. To rzeczywiście wyzwanie, kiedy liczba osób, które potrzebują nauczyć się języka, gwałtownie wzrosła. I ważna kwestia, bo język jest jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, narzędziem, które pomaga odnaleźć się w nowym społeczeństwie.

Trzy, cztery lata temu Szwecję przedstawiano jako przykład kraju otwartego dla imigrantów i udzielającego pomocy każdemu, kto jej potrzebuje. Czy Szwedzi nadal są tak entuzjastycznie nastawieni do przyjmowania imigrantów? Odnoszę wrażenie, że to się zmienia.

Mam wrażenie, ze Szwedzi niechętnie o tym mówią lub nie do końca potrafią o tym dobrze rozmawiać. To wszystko wynika z poprawności politycznej i jest krytykowane już nawet przez mieszkańców innych krajów skandynawskich. Dyskusja o imigracji jest trudna, bo każde bardziej krytyczne poruszenie tematu powoduje, że można się narazić na zarzuty o rasizm. Sama idea poprawności wydaje mi się szlachetna, ale została z czasem bardzo wypaczona i dziś jest narzędziem do wytykania innym niestosownych, w naszym rozumieniu, zachowań, albo po prostu od zamykania im ust. W dyskusjach o imigracji nie pomaga też to, że Szwedzi za wszelką cenę starają się unikać konfliktów i w dyskusji nie powiedzą całej prawdy, bo będą dążyć do kompromisu i łagodnego zakończenia rozmowy. Rezultat jest taki, że nie do końca ujawnią swoje zdanie, ale przynajmniej rozejdą się z przekonaniem, że nikogo nie urazili.

Biorąc pod uwagę te wszystkie odcienie Szwecji i szwedzkości, o których opowiedziałaś – czy mogłabyś mieszkać w Szwecji?

Często słyszę to pytanie. Prawda jest taka, że nigdy nie myślałam o przeprowadzce na stale nigdzie za granicę. Jestem tłumaczką, prowadzę zajęcia na uniwersytecie w Poznaniu. Myślę, ze jestem we właściwym miejscu.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.