Baby Yoda chce was skrzywdzić

12 minut czytania
589
0
Kamil Giedrys
Kamil Giedrys
1 stycznia 2020

Rok 1997 dostąpiłem sakramentu pierwszej komunii, po czym wujek kupił mi dużą paczkę czipsów z podobizną Chewbacki na froncie, w środku nie było tazosa, co za zawód! Jednak nie umywa się ten drobny życiowy zgrzyt z brakiem Sokoła Millennium pod choinką, Święty Mikołaj przyniósł mi kompas i latarkę.

Resztę świątecznego wieczoru spędziłem płacząc do poduszki, ranek również nie był udany, to nie był sen, pod choinką wciąż nie było Hana Solo z ekipą. Dzieciństwo miałem usłane zrujnowanymi marzeniami o zaspokojeniu konsumpcyjnych potrzeb, a wszystko przez zremasterowaną wersję Gwiezdnych Wojen, która tamtego roku trafiła do polskich kin.

The Mandalorian

Jak widać George Lucas ramię w ramię z Panem Jezusem wprowadzili mnie do XXI wieku, odciskając piętno na moim życiorysie. Przez kilka lat byłem fanem cyklu, podobały mi się nowe części, czytałem książki, leksykony, kupiłem kilka figurek… Oczywiście byłem dzieckiem, mój układ nerwowy jeszcze dostatecznie się nie rozwinął, mimo to do dziś coś zostało z tego naiwnego zachwytu nad opowieścią o odległej galaktyce. Najnowsze części, jak przystało na boomera, odebrałem jako połączenie konsumpcjonizmu z brakiem pomysłu i kompletnym chaosem. Światełkiem w tunelu wprawdzie były Rouge One i Solo, lecz niestety moich sympatii nie podzielała szersza widownia. Pogodzony z nieuniknionym hiperkonsumpcjonizmem pochłaniającym marki pokochane w dzieciństwie nie liczyłem, już na nic dobrego ze strony współczesnych produkcji Disneya. Wtem! Pojawiła się dobra nowina, serial aktorski, który miał stanowić nową jakość: The Mandalorian.

Coś tu się nie klei

Obiecano mi połączenie westernu, kina samurajskiego i nowej przygody, a do tego klimatyczną scenerię, świetnych aktorów i dojrzałą fabułę, a co otrzymałem? No cóż, nie jest najlepiej, a wszystko jak zwykle rozbija się o oczekiwania. Disney pragnie upiec około kilka miliardów pieczeni na jednym ogniu, zadowalając praktycznie każdego. W rezultacie tworząc kosmiczne kino spod znaku rewolweru w formie przyjaznej współczesnym, nasiąkniętym przemocą, dzieciom. Może pamiętacie przygody Herculesa z Kevinem Sorbo emitowane swego czasu między innymi na Polsacie lub Power Rangers. W każdym odcinku ukazywano nowe przygody na tle taniej scenografii, statystów i kogoś charakterystycznego dla odwrócenia uwagi od niskiego budżetu.

O dziwo „The Mandalorian” mimo wystarczających pieniędzy obrało proste i tandetne środki bazując na scenografii z poprzednich filmów lub chatkach z błota. Umieszczanie dużych robotów w mrokach nocy można uzasadniać kwestiami finansowymi, ale jak wytłumaczymy archaiczną, wtórną fabułę? Dlaczego w tych słonecznych, pięknych rezydencjach ci błyskotliwi, pełni inwencji młodzi scenarzyści postanowili na ekranizacji gry komputerowej zamiast jakiejś bardziej rozbudowanej historii?

Zasadniczo nasz bezwzględny łowca, który cierpi na atak instynktu macierzyńskiego i prawdopodobnie jest Batmanem, co właśnie znalazł nowego Robina prowadzi bardzo proste życie. Zmienia lokacje, ciągle do nich wraca, wykonuje poboczne zadania, a potem ulepsza swój ekwipunek. Jest milczący i nieprzenikniony, ale zapytany przez pierwszą napotkaną fajną laskę o kwestie higieny osobistej opowiada swoją życiówkę. Bez skrupułów przecina innych drzwiami, a nie ma serca by zabijać zdegenerowanych kryminalistów. Czasem jest w stanie walczyć z legionem płatnych zabójców, by chwilę później nakłaniać rybaków do pomocy w potyczce z leśnymi chuliganami i ich pancerną maszyną. Istny człowiek wahadełko.

Baby Yoda

Wiemy już, że nie mamy do czynienia z arcydziełem i nawet nie byłby to problem, zdarza się, generyczne kino akcji ma swoje uroki. Jednak „The Mandalorian” ma inny potężnych grzech na sumieniu. To Baby Yoda. Uroczy, mały stworek zasadniczo nie jest elementem łagodzącym mroczną wymowę serialu, nie jest łącznikiem między młodszymi i starszymi fanami, nawet nie daje ułomnej wersji relacji ojciec i syn.

Ta pocieszna zabaweczka jest pasożytem konsumującym niczego nieświadome mózgi. W XXI wieku pieski, kotki i kucyki dorabiają na dwie zmiany jako remedium na tłumione instynkty rodzicielskie, a także dźwignie handlu. Ktoś tam w siedzibie Disneya najwyraźniej stwierdził, że gdzieś w tej kaskadzie przemocy musi być wyraźny dziecięcy akcent. Pokonując na suwak kolejne „momenty” produkcji, co jakiś czas mierzymy się z nachalnym lokowaniem rozkosznej maskotki. Baby Yoda robi za rekwizyt. Niby stanowi centralny punkt fabuły, a jednak siedzi na tylnym siedzeniu przygody, stanowiąc przerywnik dla człowieka-czajnika z blasterem.

Rozczarowanie

Umieszczenie na liście płac algorytmu nie byłoby błędem, a raczej jakimś przejawem uczciwości. Serial przypomina dość chaotyczny i mocno przyśpieszony zlepek scen wygenerowanych na podstawie słupków w Excelu. Zestaw mini klasycznych elementów w wersji mocno ograniczonej byle tylko zmieściły się w krótkich odcinkach. Romans, akcja, zemsta, relacja mistrz i uczeń, podróż, walki w kosmosie. Wszystko wygładzone, mało skomplikowane, na granicy autoparodii. I znów można byłoby tą całą nijakość przyjąć do wiadomości, gdyby serial nie udawał, że jest dojrzałym westernem, opowieścią o większych ambicjach.

Z każdym rokiem coraz bardziej zbliżamy się do momentu, gdy współczesnej rozrywki nie będziemy mogli odróżnić od reklamy. Marginalizacja fabuły na rzecz niekończących się sekwencji scen akcji, softpornografii i epileptycznych efektów nie powinna nikogo dziwić. Najwyraźniej robienie rzetelnego, w miarę inteligentnego show się nie opłaca. Człowiek współczesny po powrocie z roboty nie chce dalej się męczyć, wystarczy mu iluminacja skompresowanych doznań, odwracająca uwagę od prozy życia w hiperkapitalizmie.

Oczywiście dalej będziemy oglądać takie seriale, bo to lubimy, tacy jesteśmy i zawdzięczamy to programującej nas popkulturze. Gwiezdny Wojny, to jest opowieść o nadziei i mocy wypełniającej wszechświat. Myślałem, że nie będę już płakał pod choinką, że Baby Yoda jest tanim chwytem, a serial dla dzieci ocieka przemocą.  A jednak barszczyk smakował trochę gorzej, bo znów poczułem się oszukany.

Kamil Giedrys
Kamil Giedrys
Miłośnik komiksów, sztuki nowoczesnej i mieszanych sztuk walki, a w sekrecie prawnik. Uważa, że jeden obraz wart jest więcej niż 1000 słów, a gdy dodamy do niego dymek z tekstem to nawet 1005.

Postawił sobie za punkt honoru promowanie sztuki komiksowej, więc bądźcie tak mili i sięgnijcie po jeden.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.