Dziwne kino #17 – „Wiedźmin” (2001)

Polski „Wiedźmin”, ten z Michałem Żebrowskim
11 minut czytania
548
0
Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
3 stycznia 2020
Reklamy

Liczne dyskusje można obecnie wysłuchać czy przeczytać na temat serialu Netflixa o przygodach wiedźmina Geralta. Kontrowersji jest dużo. Jedni mówią, że są zachwyceni. Inni, że twórcy serialu „Wiedźmin” zawiedli w każdej kwestii.

Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to najchętniej oglądane przez Polaków dzieło na tej platformie. Andrzej Sapkowski, autor literackiego pierwowzoru, uplasował się ostatnio na pierwszym miejscu najpopularniejszych autorów w serwisie Amazon.

Gry wideo, a w szczególności Wiedźmin 3: Zabójcy królów nadal bardzo dobrze się sprzedają. Można rzec, że pewnego rodzaju wiedźmińska mania znacznie wyszła poza granice naszego kraju. I bardzo dobrze! Cieszę się również z tego, że mało który obcokrajowiec miał okazję, by zapoznać się z polskim filmem Wiedźmin z 2001 roku.

Obsada wydaje się całkiem przyzwoita. W opisie filmu możemy natknąć się na takie nazwiska, jak Michał Żebrowski, Grażyna Wolszczak czy Zbigniew Zamachowski. Śmietanka polskiej sztuki aktorskiej, tego nie można zaprzeczyć. Jak powszechnie jednak wiadomo, znane twarze nie zapewniają dobrej produkcji.
Nie chcę się zbytnio rozwodzić o grze aktorskiej. Jest bardzo w porządku. Szczególnie Żebrowski w tytułowej roli Geralta z Rivii sprawdza się całkiem nieźle. Niektóre dialogi też są ciekawe; zostały napisane na modłę książkowego pierwowzoru i mają zaciętość charakterystyczną dla prozy Sapkowskiego, czym bardzo dobrze ukazują namiastkę wiedźmińskiego klimatu.

Wspomniałem tylko o namiastce klimatu, bo niestety, próżno w tym dziele szukać tego, co oferowała nam książkowa saga czy gry ze stajni CD-Project Red. Świat przedstawiony jest tu nieciekawy, brakuje mi mroku, charakteru i różnorodności.

Ale to nie jest najgorsze w Wiedźminie z 2001 roku. Dużo bardziej znaczący problem tej produkcji jest taki, że całość składa się tak naprawdę… z wyciętych scen z serialu pod tym samym tytułem! Muszę przyznać, że nie przypominam sobie innej produkcji, która została złożona w taki sposób. Ale pal licho koncepcję, jeszcze większy problem masakruje nasze bezbronne mózgi, kiedy orientujemy się, że całość nie trzyma się kupy. Wiele scen zostało wepchanych jakby na siłę, wiele innych pojawia się zupełnie bez kontekstu. Przyznam, że przeczytałem tylko jedną książkę z wiedźmińskiej sagi, ale wydaje mi się, że nawet zatwardziali fani Sapkowskiego będą mieli poważne trudności z połapaniem się w akcji. Twórcy chcieli chyba na siłę w swoim dwugodzinnym dziele upchnąć cały majestat dwunastogodzinnego serialu, przez co pojawiają się tryliony wątków, z czego ze znacznej części zupełnie nic nie wynika.

Nie sposób nie wspomnieć także o efektach specjalnych. Wiedźmin powstał w 2001 roku, były już wtedy możliwości na zrobienie efektów komputerowych nie tyle wybitnych, co przynajmniej nie rażących naszych oczu. Tutaj jednak dostaliśmy coś, co skutecznie popsułoby każdy film, nawet taki ze składną historią i najcudowniejszym klimatem. Potwory wyglądają jak dmuchane zabawki, które można śmiało zabrać na plażę i pobawić się z dziećmi. Cała powaga, cały patos, całe napięcie związane z nadchodzącą potyczką wiedźmina Geralta ulatuje dokładnie w chwili zobaczenia na ekranie jakiegokolwiek monstrum. Produkcja wygląda wtedy nie jak zwyczajnie nieudany film, ale jak najgorszego sortu pastisz fantasy.

Czy warto obejrzeć Wiedźmina z 2001 roku? To na pewno ciekawe doświadczenie, zwłaszcza w kontekście epickiego, mającego ogromny rozmach netflixowego serialu, który miał premierę parę dni temu. Jeśli jednak mamy do wyboru ów serial, a polską adaptację prozy Sapkowskiego, cóż – wybór jest prosty. Chyba że jesteście masochistami albo najzwyczajniej w świecie chcecie pośmiać się z dokonań polskiej kultury początku XXI wieku. Albo jeśli jesteście dziennikarzami filmowymi i piszecie rubrykę o dziwnych filmach na jakimś portalu.

Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
Autor dwóch powieści młodzieżowych ("Kalesony Sokratesa" i "Wszystkie dziewczyny Wertera"), początkujący stand-uper, fan Pink Floyd, licealista.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.