Dziwne kino #20 – Tureckie Gwiezdne Wojny

8 minut czytania
221
0
Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
24 stycznia 2020
Reklamy

George Lucas jest fajnym gościem. Wyreżyserował Gwiezdne Wojny. To wystarczy, by być fajnym gościem. Gwiezdne Wojny zna każdy, każdy jest mniej więcej zaznajomiony z uniwersum czy postaciami w nim występującymi. Pewien turecki reżyser, w którego nazwisku jest mnóstwo zawijasów, nie jest fajnym gościem. Wyreżyserował coś, co jest okropnie bolesnym policzkiem wymierzonym nie tyle w stronę George’a Lucasa, co całej kinematografii. Coś, czego oglądanie wiąże się z ogromnym poczuciem beznadziejności i niewyobrażalną traumą. Mowa o filmie znanym jako Tureckie Gwiezdne Wojny.

Ocean żenady

Nie zrozumcie mnie źle – jestem wielkim fanem parodii i pastiszu, czego możecie być świadkami nawet śledząc cykl Dziwne kino. Biorąc się za oglądanie tej produkcji, byłem pewny, że mamy do czynienia właśnie z parodią. Jednak to, co dostałem na ekranie, nie wywołało u mnie żadnego śmiechu, najdrobniejszego nawet parsknięcia. Za to wielka fala żenady nie może opuścić mnie do teraz.

Wielu twórców zdążyło już udowodnić, że niewielki budżet nie musi być przeszkodą nie do przejścia w kręceniu filmu. Tutaj jednak obserwując, co się dzieje na ekranie, możemy wywnioskować, że budżet wyniósł co najwyżej szesnaście dolarów, bo taniość zabiegów zastosowanych w filmie przyprawia wręcz o mdłości. Weźmy na przykład miecze świetlne wydające absurdalne odgłosy, które prawdopodobnie podłożył jakiś lektor przy pomocy swojego własnego aparatu gębowego. Brzmi to mniej więcej: “zium, bzium”. Serio.

Brak powodów do dumy

Fabuła się zupełnie nie klei, bohaterów już nawet nieszczególnie pamiętam (a oglądałem ten film wczoraj), dziur w scenariuszu jest więcej niż na trasie ze Zbąszynka do Pcimia Dolnego (nigdy nie jechałem tą trasą, ale wierzę, że jest okropna). Coś, co najbardziej rzuca się w oczy to fakt, że twórcy są… złodziejami! I to nie takimi metaforycznymi złodziejami – nie będę miał pretensji o to, że ukradli mi mój cenny czas. Nie oszukujmy się, mam ferie i nie robię nic poza nicnierobieniem. Ale weźmy chociażby scenę, w której dwaj bohaterowie lecą statkiem kosmicznym. Jeśli przyjrzymy się uważniej, odkryjemy, że wszystko, co widzą przez swoje szyby, cała przestrzeń otaczająca ów statek została żywcem wycięta z filmów Lucasa. Nie wiem, czy zrozumieliście – twórcy wzięli po prostu fragment oryginalnych Gwiezdnych Wojen i wkleili do swojego filmu. Są paskudnymi łobuzami. I złodziejami. Co więcej, w niektórych fragmentach możemy także słyszeć oryginalną muzykę. Nie tylko z dzieł Lucasa, ale również z Indiany Jonesa. W efekcie, to prawdopodobnie produkcja, którą szanuję najmniej ze wszystkich słabych i odtwórczych produkcji, które widziałem. A widziałem ich dużo.

Ostrzegam

Co tu więcej mówić? Nic się tu nie klei. Efekty specjalne są paskudne. Kiedy – nie daj Boże – któryś z bohaterów coś powie, nigdy nie jest to w pełni zrozumiałe. Sens w dialogach jest jak prawa kobiet dla Państwa Islamskiego – próżno szukać. Przysłuchując się poszczególnym kwestiom, czułem się, jakbym był świadkiem jakiegoś dziwnego, surrealistycznego strumienia świadomości.

Nie oglądajcie Tureckich Gwiezdnych Wojen.

To nie film, to okropny cios wymierzony w naszą godność. Niektóre kiepskie filmy wywołują na naszych twarzach uśmiech politowania, tutaj jednak w żadnym momencie nie było mi do śmiechu (no, może poza scenami walk na miecze, pod które ktoś ewidentnie podkładał odgłosy ze swojej własnej paszczy). Uwielbiam słabe filmy, ale nie takie, które nie szanują ani widza, ani innych twórców. Nie znoszę Tureckich Gwiezdnych Wojen. Oby sobie upadły i głupie łby rozwaliły.

Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
Autor dwóch powieści młodzieżowych ("Kalesony Sokratesa" i "Wszystkie dziewczyny Wertera"), początkujący stand-uper, fan Pink Floyd, licealista.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.