Joker – kolejny samotny psychopata

5 minut czytania
401
0
Kamil Giedrys
Kamil Giedrys
7 stycznia 2020

Zbliżająca się premiera Jokera na DVD i wyścig oskarowy wciąż podtrzymują legendę filmu, pytanie tylko czy to zbiorowe złudzenie, a może jedynak prawdziwy przebłysk geniuszu. Wybierając się na seans Jokera nie miałem żadnych oczekiwań, wystarczająco szalonym z perspektywy moralno-ekonomicznej był kurs do kina zamówiony przez popularną aplikację za kwotę 5 zł.

Pokonując kilka kilometrów za śmieszne pieniądze w towarzystwie zagranicznego kierowcy i mojego potężnego śladu węglowego, wcale nie tak dziwnym zbiegiem okoliczności zacząłem szukać definicji szaleństwa przystającej do naszej późnokapitalistycznej rzeczywistości. Nie mogło być lepszej okazji na takie rozważania – to przecież Batman Tima Burtona był jedną z tych hollywoodzkich produkcji, które wraz z upadkiem żelaznej kurtyny rozpoczęły na naszej ziemi epokę zachłyśnięcia się tym, co amerykańskie. Nie odbierając kinowej charyzmy Michaelowi Keatonowi, z całej produkcji najbardziej w pamięć zapadł mi Jack Nicholson i kreacja gangstera wykąpanego w kwasie. Czemu się jednak tutaj dziwić? Przemoc, szaleństwo i dobry gust przykuwają uwagę, a arcywróg Batmana epatował tymi cechami w nadmiarze.

30 lat później w Jokerze Todda Phillipsa spotykają się dwa światy – z jednej strony wyrobnik hollywoodzkich komedii balansujących na cienkiej granicy dobrego smaku, a z drugiej aktor zupełny, pochłaniający swoją osobowością otoczenie. Kino komiksowe przez ten czas przestało być pariasem na salonach, lecz strategia powierzająca twórcy Kac Vegas genezę jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci ze stajni DC Comics, może sugerować lekkomyślne podejście możnych Hollywood do artystycznej wartości powieści graficznych. Mimo wszystko angaż Joaquina Pheonixa, w oczach komiksiarzy, odpędził widmo kolejnej wysokobudżetowej porażki, spychając wątpliwe CV reżysera na drugi plan. Wszyscy oczekiwali groteskowej makabry wylewającej się z ekranów, miało być „grubo”.

Nim jednak zacznie się całe zamieszanie poznajemy Arthura Flecka – stereotypowego nieśmiałego szaleńca Hollywood, oczywiście biednego, mieszkającego z matką, trzymanego w ryzach przez garście leków, do których wkrótce traci dostęp. Póki wszystko jakoś się układa.

Bohater jest zwyczajnym nieudacznikiem odbijającym się od rzeczywistości niczym kauczukowa piłka. Mrok ponurego życia rozświetlają narcystyczne fantazje o karierze komika, które mają niewielkie szanse na ziszczenie się. Jak widać już sama geneza Jokera Phillipsa nie jest zbyt oryginalna, będąc zlepkiem popularnych lęków przed chorobami psychicznymi i opieką społeczną.

Operowanie tą, nazbyt startą, kliszą w konsekwencji oddziałuje na całą produkcję sprawiając, iż po 5 minutach seansu, nie tylko wydedukujemy rozwój akcji, ale nawet samą puentę. Arthur, jak to bywa w hollywoodzkich produkcjach, mimo choroby i całej masy nieszczęść stara się prowadzić spokojne życie, w czym na przeszkodzie staje społeczeństwo. Ludzie nie tylko są niewrażliwi na jego talent, ale również nie potrafią obdarzyć go współczuciem, częściej wyżywając się na nim fizycznie, niż podając pomocną dłoń. Ostatecznie miarka się przebiera i nasz bohater za sprawą kilku dni bez leków wchodzi do panteonu antagonistów przekraczających nieodwracalnie granicę między „Dzień dobry, jak minął dzień”, a „Zabiję was wszystkich”.

Wydaje się, że Todd Phillips dostrzegał niesamowite podobieństwo między fabułą filmu, a konstrukcją prostego narzędzia rolnego i pragnął odbiorcom to wynagrodzić. Otrzymujemy więc nagromadzenie epickich scen i mistrzowskich ujęć, a im więcej obcujemy z tym kinem z wyższej półki, tym bardziej dostrzegamy niepewność reżysera. Poszczególne ujęcia dziwnie przypominają fragmenty Taksówkarza i Króla Komedii, zazębiając się w wariację na temat kina Martina Scorsese.

Wraz z upływem czasu stajemy się niewrażliwi na te we wszystkie zabiegi, traktując tak samo zarówno nużące momenty, jak i rzetelnie przeprowadzone sceny. Sprawne przedstawienie życia ludzi wtłoczonych przez kapitalizm w przestrzeń między chodnikiem, a ulicą w efekcie staje się dość dziwnym pokazem upokarzających momentów z życia przyszłego seryjnego zabójcy. Joker A.D. 2019 nie ma nic wspólnego z postrachem ulic potrafiącym kontrolować całą mafię Gotham City, bliżej mu do dziecka we mgle, które przypadkiem podpala pół miasta.

Rola tak charakterystyczna, że skutecznie unicestwiająca cechy osobowości i fizycznej aparycji aktorów, dla Joaquina Pheonixa stała się pretekstem do dezynwoltury na niespotykanym  poziomie. Charyzma aktora sprawia, że pozostali członkowie ekipy przypominają jedynie zagubionych statystów na planie. W tym tłumie mniej lub bardziej znanych gwiazd Hollywood, tylko Robert De Niro momentami dotrzymuje tempa głównemu bohaterowi, lecz przypomina to bardziej bieg kelnera z tacą za ekscentrycznym klientem, niż zmianę warty na aktorskim firmamencie.

Co najbardziej zaskakujące największa zaleta filmu z czasem zmienia się w ciężkie do uniesienie brzemię. Arthur elektryzuje, przyciąga uwagę, potrafi onieśmielić i zawstydzić widza, lecz wśród tej pięknej scenografii, wytartych frazesów i jednorazowych recept, jego kreacja zaczyna przypominać uliczny performance, teatr jednego aktora, skupiający się na roli kosztem opowieści. Po pewnym czasie na sali zaczęły pojawiać się śmiechy w zupełnie nieoczekiwanych momentach, a widownia bez zahamowania komentowała zdarzenie niczym kolejny odcinek Ukrytej prawdy. Granica między fikcją, a rzeczywistością pękła jak mydlana bańka, Jokera już nie było, pozostał tylko Joaquin Pheonix po raz setny pokazujący jak dobrym jest aktorem.

Otarcie się o autoparodię aktor może zawdzięczać przede wszystkim słabości scenariusza. Todd Phillips podglądając wielkich swojego fachu zdał sobie sprawę, że wybitne kino musi dotykać spraw ważkich. Z empatią godną twórcy umieszczającego sceny ulicznego seksu oralnego po napisach swoich najznamienitszych dzieł, zainstalował pośród ulic Gotham nie tylko wołanie o sprawiedliwość społeczną, lecz również walkę klas, diagnozę kapitalizmu oraz gorycz tych, którzy nie mogą w tym nieprzyjaznym świecie walczyć o swoje. Współtowarzysze seansu pomiędzy kolejnymi garściami popcornu wyjmowanymi z kartonowych pudeł o rozmiarach kilkuletniego dziecka nie tylko doświadczali iluminacji talentu Pheonixa, lecz również musieli zadać sobie pytanie o stan naszej cywilizacji.

Ostatecznie tej jesieni zamiast przebiegłego psychopaty zatańczył przed nami Joker z mocnym załamaniu nerwowym, wrażliwiec z sąsiedztwa skonfrontowany z naiwnością swoich marzeń. Todd Phillips zrobił komiksowy film, lecz w negatywnym tego słowa znaczeniu, operujący powierzchownymi prawdami, mglistymi stereotypami oferujący rewolucję na miarę innych, popularnych super bohaterskich produkcji.

Szaleńcem kolejny raz okazał się ktoś słaby, mogący coś zmienić jedynie za pomocą przemocy. W ekranie wybrzmiała zabawna przestroga dla bogatych, by uważali, bo jakiś świr im zaszkodzi, chciwość została wytargana za uszko. A nam pozostało jedynie zachwycić się talentem Joaquina Pheonixa i uwierzyć, że szaleństwo rodzi się gdzieś w rynsztoku, z dala od najwyższych pięter, pięknych, szklanych wieżowców.

Kamil Giedrys
Kamil Giedrys
Miłośnik komiksów, sztuki nowoczesnej i mieszanych sztuk walki, a w sekrecie prawnik. Uważa, że jeden obraz wart jest więcej niż 1000 słów, a gdy dodamy do niego dymek z tekstem to nawet 1005.

Postawił sobie za punkt honoru promowanie sztuki komiksowej, więc bądźcie tak mili i sięgnijcie po jeden.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.