My name is Bond, James Bond. I jestem… ornitologiem

10 minut czytania
369
0
Beata Turska
Beata Turska
11 stycznia 2020

Zabójczo przystojny, z wielkim wzięciem u pań i licencją na zabijanie – agenta 007 nie trzeba nikomu przedstawiać. A jaki był prawdziwy James Bond,  jak to się stało, że to właśnie on użyczył fikcyjnej postaci swoich danych i co jej twórca zaoferował mu w zamian?

Gdyby prawdziwy James Bond nadal żył, skończyłby właśnie 120 lat. Nie był agentem służb specjalnych, lecz w pewnym sensie także zajmował się szpiegowaniem: jako znany i ceniony na świecie amerykański ornitolog podglądał ptaki.

Był ekspertem od ptaków karaibskich (i wielkim autorytetem w tej dziedzinie), a także autorem książki „Ptaki Indii Zachodnich” („Birds od the West Indies”), wydanej w 1936 roku, która, nawiasem mówiąc, jest bardzo ceniona wśród fanów serii o szpiegu i pojawiła się w filmie „Śmierć nadejdzie jutro” z 2002 roku – Bond, grany przez Pierce’a Brosnana przegląda ją w jednej ze scen.

Krótkie, męskie, nijakie

Twórca postaci agenta, Ian Fleming, pisarz, a zarazem zapalony ornitolog-amator, korzystał z książki Bonda, gdy mieszkał na Jamajce. Uznał, że dane jej autora idealnie nadają się na imię i nazwisko bohatera powieści „Casino Royale”, więc… po prostu je sobie wziął.

Przez lata James Bond był nieświadomy tego, że użyczył swoich danych tajnemu agentowi. Dowiedział się o tym z niedzielnego wydania „The Times”, gdzie w recenzji kolejnej edycji „Ptaków…” pojawiły się aluzje do rewolwerów i seksu. Żona Bonda napisała do Fleminga list, a on nadesłał odpowiedź, w której niczego się nie wypierał. Wyjaśnił jej także, dlaczego przywłaszczył sobie dane ornitologa.

„To krótkie, nieromantyczne, anglosaskie, a jednocześnie bardzo męskie nazwisko było właśnie tym, czego potrzebowałem” – napisał.

Nazwa dla paskudnego ptaka

Pisarz zaproponował Bondowi zadośćuczynienie:

„Muszę wyznać, że Pani maż ma wszelkie powody, by mnie pozwać… W zamian mogę zaoferować Jamesowi Bondowi nieograniczone użycie imienia Ian Fleming do wszelkich celów, jakie uzna za stosowne. Być może pewnego dnia Pani mąż odkryje wyjątkowo okropny gatunek ptaka, który chciałby ochrzcić w obraźliwy sposób.” – pisał w liście do jego żony.

Fleming zaprosił państwa Bondów do swojej posiadłości na Jamajce. Spotkał się tam z nimi trzy lata później i podarował ornitologowi pierwsze wydanie „Żyje się tylko dwa razy” z dedykacją, która brzmiała tak:

„Dla prawdziwego Jamesa Bonda od złodzieja jego tożsamości, Ian Fleming, 5 lutego 1964 r. (wspaniały dzień!)”.

Dziesięć lat temu książka została sprzedana na aukcji za prawie 83 tysiące dolarów.

Od bankiera do podróżnika

Prawdziwy Bond nie wyglądał jak Sean Connery, Roger Moor, Pierce Brosnan ani Daniem Craig. Z dostępnych w sieci fotografii patrzy na nas starszy, bardzo szczupły pan o krzaczastych brwiach i nieco smutnym uśmiechu. Jednak i on – choć zaczynał od pracy w filadelfijskim departamencie wymiany walut – miał ekscytujące życie.

W 1925 roku, po trzech latach za biurkiem, porzucił ciepłą posadkę, przyjął zaproszenie Rodolphe’a Meyera de Schauensee i wyruszył z nim na niebezpieczną wyprawę naukową w górę Amazonki, zorganizowaną przez Akademię Nauk Przyrodniczych w Filadelfii. Na decyzję Bonda o wyruszeniu do Ameryki Południowej wpłynął zapewne fakt, że gdy miał 11 lat, jego ojciec, Francis E. Bond, prowadził wyprawę do delty Orinoko.

Na wyprawie wzdłuż Amazonki się zresztą nie skończyło. James Bond odwiedził jeszcze ponad sto wysp karaibskich i opisał setki żyjących tam gatunków ptaków.

Linia Bonda i gryzoń wielkości kota

Co jeszcze po nim wiadomo? Na przykład to, że przez pół wieku był zatwardziałym starym kawalerem, a potem ożenił się z Mary, która była autorką kilku książek. Że na jego cześć granicę między Ameryką Północną i Południową nazwano „linią Bonda” – to dlatego, że obalił pogląd, jakoby karaibskie ptaki pochodziły z Ameryki Południowej. I że jego imieniem nazwano także… karaibskiego gryzonia – świnkę morską wielkości domowego kota.

Halo? Tu Pussy Galore

Jak mu się żyło z imieniem i nazwiskiem, które zna chyba każdy człowiek na świecie? Bywało różnie. Podobno kiedyś został zatrzymany na lotnisku, bo urzędnicy uważali, że posługuje się sfałszowanym paszportem. Miewał także problemu z czekami. Jego żonie zdarzało się także odbierać nocne telefony od rozgorączkowanych fanek. „Tak, jest tutaj – mówiła. – Tu Pussy Galore (bohaterka powieści Goldfinger – przyp. red.), James jest zajęty”.

Źródła: New York Times, Washington post, Caribbean Beat

Beata Turska
Beata Turska
Dziennikarka, redaktorka i nie tylko. Matka nastolatka, który wie wszystko najlepiej. Od niedawna tropicielka tanich biletów do Wszędzie, a od zawsze - zbieraczka osobliwości i kuriozalnych coverów. Ozdobą jej kolekcji jest "Paint it black" Rolling Stonesów w wykonaniu Karela Gotta - po niemiecku. Kocha Indie, nie potrafi żyć bez kawy, gadania i psów.
AUTOR

Polecamy

[FM_form id="1"]