„Och! Co za urocza wojenka” – pełen ironii musical o I wojnie światowej

12 minut czytania
103
0
Aleksandra Seń
Aleksandra Seń
27 stycznia 2020
Reklamy

Richard Attenborough w swoim debiucie reżyserskim „Och! Co za urocza wojenka” z 1969 roku proponuje nam Wielką Wojnę w formie parku rozrywki z kolejką i karuzelą, a do tego ujęcia bardziej klasyczne w wyrazie, czyli błoto i szczury. Z tego miksu wychodzi nam satyra na ignorancję władz, za którą najwyższą cenę zapłacili, jak to zwykle bywa, obywatele.

Na początku był musical (o tym samym tytule), który stopniowo pojawiał się na światowych scenach, aż znalazł się na Broadwayu. Właśnie na jego podstawie Attenborough postanowił stworzyć swój pierwszy film, który zszokował publiczność, nierzadko samych weteranów I wojny światowej. Reżyser wykorzystał w nim oryginalne wypowiedzi polityków i listy żołnierzy, dzięki czemu możemy naprawdę przenieść się na chwilę w trudne realia konfliktu zbrojnego, który zmienił oblicze Europy i sprawił, że wojny już nigdy nie były takie jak wcześniej.

Z piosenką w okopy

Film, podobnie jak musical, wykorzystuje mnóstwo oryginalnych piosenek żołnierzy walczących na froncie zachodnim. Większość z nich to napisane przez walczących parodie utworów, które wówczas cieszyły się dużą popularnością, kilka z nich zostało w całości stworzonych przez żołnierzy, niektóre mają dłuższy rodowód. Są w treści na ogół antywojenne, świadczą o zmęczeniu i wyrażają chęć powrotu do domu, wyśmiewają czasem przeciwnika, czasem oficerów i opowiadają o piekle życia w okopach. Mamy tu wszystko, co doskwierało walczącym. Attenborough świetnie wplata utwory, sprawiając, że są one doskonałym komentarzem do tego, co możemy zobaczyć na ekranie. Są właściwie polemiką z wówczas powszechną narracją o dobru ojczyzny i słuszności sprawy, za którą giną miliony.

When this lousy war is over no more soldiering for me,
When I get my civvy clothes on, oh how happy I shall be.
No more sergeants bawling, ’Pick it up’ and ’Put it down’
If I meet the ugly bastard I’ll kick his arse all over town.

Park rozrywki na West Pier

Attenborough postanowił stworzyć dwa kontrastujące obrazy. Z jednej strony mamy okopy i to, co znamy doskonale ze zdjęć i „Na Zachodzie bez zmian”. Z drugiej – West Pier w Brighton, urzekające molo, po którym do dziś zostały tylko elementy drewnianej konstrukcji. Na West Pier spotykają się wszyscy politycy, którzy w 1914 roku podejmowali decyzje, prowadzące nieuchronnie do wybuchu wojny. Szczególnie symboliczna jest scena, podczas której fotograf wręcza Franciszkowi Ferdynandowi i jego żonie czerwone maki, a następnie „morduje ich” błyskiem flesza. Wtedy na dobre zaczyna się zabawa w West Pier.

Mamy tu wszystko – mieniący się dziesiątkami żarówek napis na bramie „World War One”, karuzelę, kolejkę prowadzącą do morza, strzelanie do tarczy z głowami Niemców w kaskach (jak na odpuście, tylko zamiast zabawki w nagrodę otrzymuje się mundur). O tym, że to jednak wojna, przypominają przeplatające się z tymi widokami sceny z okopów i robiąca ogromne wrażenie tablica z „wynikami” – z tym, że wyniki to bilans poległych.

Na West Pier jest też sztab z całą swoją naiwnością i wiarą w rychłe zwycięstwo. Co jakiś czas generałowie oświadczają, że wojna zbliża się ku końcowi i tym razem ofensywa na pewno się powiedzie. Gdy jeden z oficerów zwraca generałowi uwagę, że strategia wyniszczenia jest szkodliwa dla obu stron, słyszy w odpowiedzi „My mamy większą populację, a oni większe straty. Pod koniec zostanie im pięć tysięcy ludzi, a nam dziesięć tysięcy. I zwyciężymy”. Ta ignorancja widoczna jest też podczas spotkań brytyjskich elit, które rozprawiają o swoich prywatnych konfliktach osobistych i tańczą walca, gdy po drugiej stronie kanału La Manche rozgrywa się piekło na siedmiuset kilometrach frontu zachodniego. Jedna z dam z radością oświadcza, że się zgłosiła na sanitariuszkę – „te twarzowe mandurki”. Na West Pier jest po prostu beztrosko – wojna nie dotyczyła przecież wszystkich.

Maki zamiast śmierci

Attenborough nie serwuje makabry, tak powszechnej w filmach wojennych. Nie o to zresztą mu chodzi. Rozmiary wojny pokazuje przez tablicę z wynikami, a na śmierć ma swój własny, niezwykle subtelny sposób. Symbolem I wojny światowej na Zachodzie są czerwone maki i to właśnie te kwiaty postanowił wykorzystać reżyser. Gdy żołnierze siedzą w leju i planują, jak przedrzeć się dalej, jeden z nich po kolei rozdaje im maki – gdy wybiegają, rozlegają się strzały. Nie ma krwi. Ten motyw pojawia się kilka razy, tak jak przy zabójstwie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Widzimy też masowe groby.

Wrażenie robi też ostatnia scena. Widać rzut z lotu ptaka na pole – na początku tylko na pięć białych krzyży, a potem na kolejne dziesiątki i setki. Ekipa ręcznie wbiła w ziemię 16 000 krzyży, by nakręcić te ujęcia. To mrugnięcie okiem reżysera do odbiorcy, bo szesnaście tysięcy to pięćset razy mniej, niż faktyczna liczba ofiar.

„Och! Co za urocza wojenka” to film trudny i momentami szokujący. Trudno się domyślić, jakie kontrowersje musiał wzbudzać wśród weteranów z 1969 roku, gdy żyło ich jeszcze wielu. Jest słodko–gorzki, ale cała słodycz w nim to ironia i wyrzut wobec rządzących za piekło, które zgotowali obywatelom. Jeden z oficerów w filmie wypowiada się zresztą wprost: „to nie wojna, tylko rzeź”. Warto mieć przy tym na uwadze, że film powstał w czasie, gdy wojna w Wietnamie była już wyniszczająca i toczyły się trudne rokowania pokojowe. Attenborough w swoim obrazie pokazuje nie tylko dramat, który toczył się w Europie, ale wyraża ogólną prawdę o wojnach.

Aleksandra Seń
Aleksandra Seń
Studentka filologii niderlandzkiej – w dzieciństwie po kilkudniowym pobycie w Holandii stwierdziła, że jej marzeniem jest gulgać i charczeć. Próbuje zajmować się naukowo literaturoznawstwem, ale wzrusza się do łez przy podręcznikach z historii. Miesiąc bez wygłoszenia referatu na niszowej konferencji uznaje za zmarnowany.

Prowadzi koczowniczy tryb życia odkąd stwierdziła, że nie potrafi spędzić całego tygodnia we własnym domu. Najlepiej odnajduje się w otoczeniu mebli z epoki wczesnego Gierka i wśród paproci. W sercu nosi mieszankę kiczu i retro.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.