Prawdziwa twarz polskich uzdrowicieli

„Ja nie leczę, ja uzdrawiam...”
22 minut czytania
1199
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
11 stycznia 2020

„Wolę być wyleczony przez szarlatana, niż uśmiercony przez sławę medyczną” – mówił słynny profesor Julian Aleksandrowicz. Co skłania ludzi do tego, że przestają wierzyć lekarzom i korzystają z usług uzdrowicieli?

W Polsce działa około stu tysięcy uzdrowicieli i nie ma nikogo uprawnionego, poza urzędem skarbowym, kto by ich kontrolował. Nikt nie panuje nad paramedycznym biznesem wartym miliardy. Aby zostać bioenergoterapeutą, nie trzeba zdawać egzaminów. Nikt nie sprawdza „daru”, wystarczy zarejestrować działalność. Dziś każdy, kto skończy kurs, uważa się za bioenergoterapeutę.

Kiedy człowiek słyszy od lekarza, że ma nowotwór złośliwy z przerzutami i trzy miesiące życia, wszystkie racjonalne wybory tracą sens. Ludzie wybierają uzdrowicieli ze strachu. Boją się śmierci, ale też operacji. Zrobią wszystko żeby tego uniknąć. Uzdrowiciele nie żądają dokumentacji medycznej. Opierają się na tym co mówi pacjent.

Pacjent, który nie wierzy w lekarza, w możliwość powrotu do zdrowia, częściej walkę o życie przegrywa. Nadzieja, jest częścią procesu terapeutycznego.

Są pacjentki, które miały guza w piersi, bioenergoterapeuta dotknął i guz się wchłonął. Jak tłumaczą lekarze takie cudowne przypadki wyzdrowień ? „To zwykła remisja choroby, siła sugestii lub placebo. Równie dobrze zamiast iść do bioenergoterapeuty mogła jeść trzy razy dziennie buraki, albo iść na basen. Na to samo by wyszło. Jeżeli coś pomogło jednej osobie, trzem to jeszcze o niczym nie świadczy.”

„Choć oficjalnie polegamy tylko na medycynie konwencjonalnej, na spotkaniach z bioenergoterapeutami gromadzą się tłumy. Dla niektórych jest to jednorazowa przygoda, inni jeżdżą na nie regularnie przez kilkanaście lat…” – pisze Katarzyna Janiszewska w książce „Ja nie leczę, ja uzdrawiam. Prawdziwa twarz polskich bioenergoterapeutów”.

W Polsce bioenergoterapię zapoczątkował Clive Harris. W zbiorowych seansach jakie organizował w kościołach brało udział nawet kilka milionów osób.

Clive Harris Fot. Radosław Drożdżewski (Zwiadowca21) CC BY-SA 4.0

Medycyna akademicka jest bardzo negatywnie nastawiona w Polsce do bioenergoterapii. Im gorzej w publicznej służbie zdrowia tym lepiej w prywatnych gabinetach.

36 tysięcy Polaków umrze w tym roku z rąk lekarzy

Oczywistym powodem wzrostu popularności leczenia pozamedycznego jest spadek zaufania do lekarzy i rozczarowanie do medycyny konwencjonalnej. Kreowany jest obraz lekarzy niekompetentnych, którzy biorą łapówki. Była taka okładka tygodnika „Wprost”: 36 tysięcy Polaków umrze w tym roku z rąk lekarzy.

Oficjalna medycyna nie traktuje uzdrowicieli poważnie. Okazuje im poczucie wyższości, lekceważenie. Lekarze powtarzają wyraźnie nie ma czegoś takiego jak lecznicze biopole, przekaz energii, która może działać cuda. Lekarze apelują, by nie rezygnować z tradycyjnego leczenia.

Bioenergoterapeuci podejmują się leczenia poważnych chorób somatycznych, ale nie ma przypadków wyleczenia raka trzustki energią. Bioenergoterapeuta nie jest cudotwórcą, a bioenergia nie jest panaceum na każda chorobę. Bywa, że bioenergoterapia może okazać się przydatna, jeśli ktoś ma przewlekłą depresję, albo nawracające bóle głowy, wtedy może pomóc. Bioenergoterapeuci mogą spełnić bardzo pozytywną rolę w procesie zdrowienia, dodać pacjentowi woli walki, poprawić jego samopoczucie. Poza tym są choroby które leczy czas.

Profesor Julian Aleksandrowicz, autorytet w dziedzinie hematologii. W jednym z wywiadów mówił: „Gdyby do mnie jako lekarza zgłosił się szaman z buszu i dowiódł eksperymentalnie rzeczy według mnie niemożliwej, że za pomocą zaklęć potrafi zahamować rozwój choroby białaczkowej bez wahania zatrudniłbym go w swojej klinice, nie bacząc na to, że znacznie poderwałoby to mój prestiż naukowy.”

Lekarzom brakuje umiejętności miękkich, wyczucia, rozmowy. Pacjent często nie rozumie co lekarz do niego mówi, jeśli w ogóle coś mówi. A zawsze miło usłyszeć : „wszystko będzie dobrze”. Uzdrowiciel mówi językiem prostym, zrozumiałym. W dodatku nie traktuje pacjenta w sposób wyniosły, jak czyni to wielu lekarzy. Wiara w leczeniu jest ważna w tym sensie bioenergoterapia jest podobna do psychoterapii.

Medycyna stawia granice, bioenergoterapeuci leczą wszystko. Nie są ograniczeni regułami, zasadami, mogą robić wszystko.

Według Zbigniewa Nęckiego, psychologa społecznego, uzdrowiciele to charyzmatyczne osobowości, mają cechy przywódcze, mocno wierzą w siebie.

W bioenergoterapii wykształcenie nie jest potrzebne, potrzebna jest wiara w swoją energetyczną moc. Uzdrowiciele mają wielkie ego, sami siebie przekonują, że są bardzo dobrzy i w efekcie naprawdę pomagają. Przypadki cudownych uzdrowień można by mnożyć.

Przemek Kossakowski, dziennikarz, autor cyklu programów pt. ,,Kossakowski szósty zmysł” postanowił sprawdzić na sobie efekty szeroko pojętej medycyny niekonwencjonalnej, w tym bioenergoterapii. – „Kiedy zaczynałem pracę nad tą tematyką miałem zdiagnozowany refluks żołądka. Dolegliwość, z którą można żyć, ale też to życie nie jest jakoś specjalnie komfortowe. Któregoś dnia, mniej więcej półtora roku później zorientowałem się, że wszystko jest w porządku. Że nie odczuwam żadnych dolegliwości i to nie odczuwam ich już od dłuższego czasu. Tylko nie potrafiłem wskazać od kiedy. Sprawdziłem z iloma uzdrowicielami spotkałem się do tej pory i z moich obliczeń wynikało, że z ponad setką. Zakładam, że ktoś z nich mógł mi pomóc, z tym że nie mam bladego pojęcia kto.”

Bioenergoterapeuta rozpoznaje zaburzenia energetyczne. Niektórzy, nieliczni, potrafią je zobaczyć. Przykładając dłonie w miejsce gdzie jest problem zdrowotny w ciele, bioenergoterapeuta zazwyczaj odczuwa ciepło lub mrowienie.

Bioenergoterapeuci poprzez psychologiczne mechanizmy wiary, autosugestii powodują nie tylko polepszenie samopoczucia, ale również odporności organizmu. Chodzi o to by uruchomić naturalne siły organizmu, które każdy ma.

Po czym poznać dobrego uzdrowiciela

Lecznictwo niemedyczne przestało być symbolem zacofania, nieszkodliwym dziwactwem. Dziś to duży, bardzo dochodowy biznes.

Specjaliści w branży na pytanie: „Po czym poznać dobrego uzdrowiciela?”, odpowiadają prosto: „Po stanie konta bankowego”. Stawki za wizytę oscylują pomiędzy 120-150, ci bardziej popularni, znani z mediów biorą ok 250 złotych. Uzdrowiciele zarabiają na wielu rzeczach: na wodzie naładowanej energią, na ziołach, książkach i filmach. Niektórym udało się stworzyć wielkie, dochodowe biznesy, zbudować kliniki oferujące najróżniejsze zabiegi.

Tak jak Tadeusz Cegliński, bioenergoterapeuta, doktor nauk humanistycznych i filozof. Twierdzi, że jest jedynym uzdrowicielem w Polsce, który ma potwierdzone umiejętności. W Niemczech podczas badań nad dotykiem Ceglińskiego opisanych zostało około 100 przypadków uzdrowień. Niektórzy na pytanie o fenomen Ceglińskiego, odpowiadają nie wiem jak, ale działa. Cegliński jest właścicielem hotelu w Tychach, który jest wierną kopią piramidy Cheopsa, która jest dostrojona do biegunów ziemi. Mówi się, że to miejsce niezwykłe, bo położone na starożytnym czakramie. Badali je radiesteci i geomanci, okazało się, że promieniowanie tutaj jest silniejsze niż gdziekolwiek indziej i ma właściwości lecznicze.

Jak pisze Katarzyna Janiszewska w książce „Ja nie leczę. Ja uzdrawiam..” pewnego dnia do „Piramidy” przyjechał bardzo chory człowiek, miał raka krtani, okazało się, że to był romski książę z Ciechocinka. Po zakończonej terapii wystawił Ceglińskiemu czek na milion dolarów. Ale Cegliński czeku nie przyjął, w czym bardzo uraził księcia. W poczekalni u pana Ceglińskiego można spotkać lekarzy, pielęgniarki. Zdarza się, że to lekarz kieruje pacjenta do „Piramidy”.

Doktor Bronisława Ogonowski rozmawiała z wieloma osobami, które przychodziły do Ceglińskiego. „Były takie osoby, które przerwały leczenie, albo nie podjęły leczenia i od razu przyszły do uzdrowiciela. On tym osobom zdecydowanie poleca pójście do lekarza i odradza odstawiania leków. Zajmuję się zawodowo funkcjonalnością mózgu i wiem, że wiele mechanizmów jego działania jest jeszcze nieodkrytych, niewytłumaczalnych, tak samo jest z bioenergoterapią, jest ciągle poza wiedzą naukową.”

Lekarze przychodzą leczyć się do Ceglińskiego, ale większość z nich raczej oficjalnie nie popiera tego typu praktyk. W niektórych państwach usługi bioenergoterapeutów, homeopatia np. w Anglii są refundowane. Stanowią uzupełnienie akademickiej medycyny. Uzdrowiciele pracują na oddziałach szpitalnych.

Lecznictwo ludowe istniało od wieków i nie budziło tylu kontrowersji. Wiele technik ludowego uzdrawiania zostało przebadanych, potwierdzonych naukowo, a następnie przez medycynę wchłoniętych, chociażby leczenie ziołami.

Są lekarze wprawdzie nieliczni, którzy stosują terapie naturalne w swojej praktyce. W Polsce to jest zakazane, chociaż unijne przepisy tego nie zabraniają. W 1985 roku Ministerstwo Zdrowia wydało oficjalny zakaz praktykowania bioenergoterapii na terenie placówek służby zdrowia. W Kodeksie etyki lekarskiej znalazł się zapis stwierdzający, że lekarz nie może posługiwać się metodami uznanymi przez naukę za szkodliwe.

Hanna Chmiel-Pietriczenko nie pracuje w szpitalu, od wielu lat prowadzi prywatny gabinet lekarski, gdzie w zależności od stanu zdrowia i preferencji pacjentów stosuje zarówno naturalne jak i inne leki. Studiowała na Uniwersytecie w Kijowie w latach 80. „Tam medycyna akademicka często wspomagała się sprawdzoną od lat medycyną ludową. Na stażu na oddziale kardiologicznym nikogo nie dziwiły przyssane pijawki do nóg u pacjentów po zawale. Dobrze byłoby, gdyby w Polsce pacjent miał wybór, a terapie naturalne refundowane. Przez wiele lat we Francji refundowane było leczenie homeopatyczne. Według mnie medycyna naturalna i akademicka nie wykluczają się wzajemnie, obie są ważne i mogą spokojnie ze sobą współistnieć. Nie każda infekcja wymaga antybiotyku, czasem wystarczą łagodniejsze środki. Homeopatię stosuję od ponad 20 lat. Sprawdziłam jej skuteczność na sobie i swojej rodzinie. Wiem, że dzięki niej mogę pomóc wielu pacjentom unikając działań ubocznych leków chemicznych. Leki homeopatyczne są alternatywą dla osób wrażliwych, kobiet w ciąży, małych dzieci ponieważ tylko mobilizują układ odpornościowy do walki z chorobą. Są doskonałym uzupełnieniem medycyny akademickiej.”

Ja nie leczę, ja uzdrawiam

„Ja nie leczę, ja uzdrawiam”, tak określają swoje działania bioenergoterapeuci. Wielu z nich twierdzi, że działają w imieniu siły wyższej, oni są tylko medium.

Przeciętny uzdrowiciel ma silne biopole, dzięki czemu pobudza siły żywotne w organizmie, odblokowuje kanały energetyczne, regeneruje wątrobę, trzustkę, pobudza krążenie krwi, zwiększa przemianę materii. Istnieje skala w której przeciętny człowiek ma od 180 do 200 stopni radiestezyjnych. Biopole można zbadać. Przed laty podjął się tego psycholog społeczny Leszek Mellibruda.

W latach 80 wyjeżdżał do Indii, Chin żeby zbadać jak wyglądają tradycyjne metody leczenia. W kraju prowadził duży eksperyment mający wykazać, czy bioenergoterapeuci potrafią leczyć i diagnozować choroby. Zastosowano do tego specjalne urządzenie, które wykorzystuje się w diagnostyce przed i po zabiegach bioenergetycznych, reiki, oczyszczaniu aury Kiriliana. Zdjęcia pokazują wyładowania bioelektryczne które wyglądają jak korona na obrazie. Im ta korona jest dłuższa, tym dana osoba uznawana była przez uzdrawiaczy, że ma więcej bioenergii. Obraz koronowy uznaje się za odzwierciedlenie dwunastu najważniejszych meridianów, czyli dróg energetycznych człowieka. W eksperymencie wzięło udział 100 uzdrowicieli, działali różnymi metodami, leczyli dotykiem, energią, wahadełkiem, pracowali z pacjentami chorymi na nowotwór. W żadnym z tych przypadków nie sprawili że doszło do remisji, w ciągu półtora roku pacjenci zmarli. Obserwacja jednak wykazała, że chorzy mniej cierpieli fizycznie i psychicznie. W kolejnym eksperymencie uczestniczyła grupa dwudziestu pięciu pacjentek, które chorowały na kamice pęcherzyka żółciowego. Po trzech miesiącach seansów z bioenergoterapeutami wszystkie pacjentki poczuły się na tyle dobrze, że wróciły do swojej normalnej diety. Kontrolne badanie radiologiczne wykazało jednak, że u wszystkich 25 kobiet kamienie w pęcherzyku żółciowym nadal były obecne.

„Ogólny wniosek był taki, że w tych eksperymentach nie udowodniliśmy, że bioenergoterapeuci leczą, natomiast że pomagają na różne sposoby na zasadzie autosugestii, wiary. Jednak tam gdzie zmiana chorobowa jest daleko posunięta to optymizm i wiara często nie wystarczy. – mówi Leszek Mellibruda.

Psycholog obserwował przez lata jednego z najsłynniejszych bioenergoterapeutów Stanisława Nardellego, który na stadionach gromadził tłumy. Mellibruda uczestniczył jako ekspert w kilku takich grupowych spotkaniach podczas których ludzie wstawali z wózków inwalidzkich. Okazało się, że diagnozy, które przykuły ich do wózków nie do końca były sprawdzone. Ktoś miał zdiagnozowane stwardnienie rozsiane, a okazało się że miał problemy z kręgosłupem. Ci u których doszło do tak zwanych cudów nie zostali precyzyjnie zdiagnozowani.

„Nardelli, zanim zaczął uzdrawiać, był chory na marskość wątroby, lekarze dawali mu 7 lat życia. On przekuł to na swoją siłę mówiąc, że sam się wyleczył. I rzeczywiście się tak stało.”– mówi Leszek Mellibruda.

Stanisław Nardelli po ukończeniu pięćdziesiątego roku życia i przejściu na rentę inwalidzką zaczął uzdrawiać ludzi. Podczas seansów zbiorowych, w których często brali udział ciężko chorzy ludzie, Nardelli tworzył tzw. łańcuchy energetyczne. W czasie jednego seansu na stadionie w Tomaszowie Mazowieckim w 1983 roku emitował swą energię poprzez łańcuch trzymających się za ręce 27 tysięcy chorych. Lekarze pomagali tym, którzy w trakcie seansu tracili przytomność. Nie spodziewał się, że stanie się jednym z największych uzdrowicieli w Polsce. Stopniowo zaczął odkrywać swoje moce, zdarzało mu się widzieć wnętrze człowieka jak na kliszy rentgenowskiej. Jego ręce zawsze były suche i ciepłe, podczas rozmowy z chorym zawsze dążył do kontaktu przez dotyk. Kiedy jego córeczka miała zaledwie półtora roku, uległa ciężkiemu poparzeniu, jej stan był beznadziejny. Ojciec codziennie przez dwa miesiące nosił ją na rękach. Dziewczynka w ciągu dwóch miesięcy wróciła do zdrowia. Potem ciężko zachorowała żona Nardellego. Wezwano pogotowie, tuż przed zabiegiem objawy skrętu kiszek ustąpiły. Według pomiarów biopole Nardellego było czterysta razy większe niż normalnego człowieka. Większe biopole odnotowano tylko u indyjskiego uzdrowiciela zwanego Sai Babą.

– Gdy jestem syty i wypoczęty oddziaływuję słabiej – twierdził Nardelli – Gdy przeciwnie słaniam się na nogach, efekty są natychmiastowe. Swoje życie z leczeniem opisał w książce „W kręgu biopola” . Pisał w niej: Bioenergoterapia nie jest panaceum, nigdy nie zastąpi lekarza, który decyduje o naszym zdrowiu, jest jedną z metod ubiegających się o swoje miejsce w medycynie.

Podobne tłumy co Nardelli gromadził na stadionach John Bashabora, duchowny z Ugandy. Wśród księży jest wielu uzdrowicieli, którzy są przekonani, że uzdrawiają mocą Boga.

Stanowisko Kościoła katolickiego w sprawie bioenergoterapii jest jasne: to jeden z najcięższych grzechów. Księża utożsamiają działania uzdrawiaczy ze stosowaniem praktyk okultystycznych, niebezpiecznych bo mogących zawładnąć duszą człowieka. Uzdrowienie możliwe jest tylko wtedy gdy, chory odwróci się od grzechu i pójdzie w stronę Boga. W świetle tradycji biblijnych Bóg zsyła czasem chorobę na człowieka żeby go przywołać do porządku lub skłonić do nawrócenia.

Kościół uznaje różne cuda, uzdrowienia. Na całym świecie w miejscach objawień powstają sanktuaria. Stają się one miejscami kultu, do których pielgrzymują miliony wiernych w nadziei na otrzymanie łaski zdrowia, zbawienia. Lourdes to najbardziej znane sanktuarium uzdrowień w Europie. Rocznie pielgrzymuje tam kilka mionów ludzi. Wciągu 150 lat odkąd istnieje uznano tam komisyjnie zaledwie kilkadziesiąt uzdrowień. Biuro medyczne przy sanktuarium w Lourdes każdy taki przypadek bada przez 6 lat. Uzdrowienie musi spełnić wiele kryteriów: powinno być szybkie i niespodziewane, natychmiastowe, całkowite i trwałe.

Jak ukarać szarlatana ?

Mało mówi się o szkodach wynikających z korzystania usług uzdrowicieli. Trudno porównać ryzyko wycięcia zdrowej nerki z tym jakie niesie ze sobą leczenie energią kosmiczną. Lekarz ma aparaturę, która może pomóc, ale może też zaszkodzić, uzdrowiciel ma energię która jeśli założymy, że to placebo, nie zrobi krzywdy. Wszystko jest w porządku dopóki pomaga dorosłym, gorzej gdy zaczyna pomagać małym dzieciom. Było kilka takich przypadków w Polsce. Przykład małej Madzi z Brzeznej, rodzice dziewczynki stosowali się do wskazówek uzdrowiciela, żywili dziecko mlekiem kozim i wodą. Dziecko zmarło z niedożywienia.

Polskie prawo podchodzi do kwestii uzdrowicieli bardzo swobodnie. Jest ustawa o zawodzie lekarza i dentysty, która w art. 58 mówi, że kto bez uprawnień udziela świadczeń zdrowotnych polegających na rozpoznawaniu chorób oraz ich leczeniu podlega karze grzywny. Mieliśmy w Polsce przypadek uzdrowiciela, który leczył nowotwory. Jego terapia była specyficzna bo należało spożywać surowe ryby i do tego pić mocz. Przed prokuraturą uzdrowiciel wyjaśniał, że nie wyleczył danej osoby, bo ta osoba jadła ryby, ale moczu nie piła. O odpowiedzialności możemy mówić gdy uda się udowodnić związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy zastosowaną terapią, a jej następstwem.

„Nie należy potępiać ludzi za to, że chcą się leczyć alternatywnie, jeśli polepsza się im dzięki temu samopoczucie, nie powinno to podlegać restrykcjom, no chyba, że się szkodzi. A szkody nie zawsze są dostrzegalne przez pacjenta, dlatego nie można unikać konsultacji medycznej” – mówi Leszek Mellibruda, psycholog.

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

[FM_form id="1"]