Roast Hitlera – recenzja filmu Jojo Rabbit

8 minut czytania
265
0
Kamil Giedrys
Kamil Giedrys
28 stycznia 2020
Reklamy

Druga Wojna Światowa skończyła się dawno temu, tak dawno, że niektórzy nie mają już problemu z głosowaniem na ludzi o podobnych poglądach co Hitler. Zresztą w ostatnich latach spuścizna Adolfa została sprowadzona do udziału w zabawnych przeróbkach scen z filmu Upadek Olivera Hirschbiegela, gdzie Führer dowiaduje się o obowiązkowej maturze z matematyki, czy śmierci Hanki Mostowiak. Ekscentryczny akwarelista w masowej świadomości powoli przeistacza się w mema z kategorii smutnych ludzi umieszczonych w podręcznikach do historii. Nie ulega jednak wątpliwości, że ludzkość nie powinna nigdy zapomnieć o tej ciemnej karcie historii i prawdziwym obliczu pana ze śmiesznym wąsikiem. Tylko jak dotrzeć do masowego odbiorcy w XXI wieku, czy suche fakty i moralizatorski ton to najlepszy sposób mówienia o holocauście?

Prawdopodobnie nie. W epoce przesytu, gdzie przeciętny film oferuje huśtawki emocjonalne na poziomie nieoczekiwanego udziału bibliotekarki w porachunkach meksykańskich karteli narkotykowych… Potrzebujemy mocniejszego przekazu. Taika Watiti w swoim najnowszym filmie Jojo Rabbit, bardzo luźnej ekranizacji książki Christine Leunens Caging Skies, postawił na terapię szokową opowiadając dramatyczną historię środkami charakterystycznymi dla lekkich, rodzinnych komedii. Starając się mówić o rzeczach ważnych językiem bliskim fanom komediowych skeczy i niekończących się roastów. Stworzył jedną z lepszych wysokobudżetowych produkcji ostatnich lat.

Nowo Zelandzki reżyser za sprawą trzeciej odsłony przygód Thora, flagowego bohater filmowego uniwersum Marvela, zapewnił sobie wyjątkową pozycję w świecie trwonienia pieniędzy na kinematografię. Kto inny otrzymałby fundusze na realizację komedii o małym chłopcu, którego wymyślonym przyjacielem jest Adolf Hitler? Specyficzne poczucie humoru, ciepły sarkazm służący wyśmiewaniu świata ludzi dorosłych i wiara w siłę dziecięcej niewinności, to znaki rozpoznawcze jego kina, łagodzące nawet takie horrenda jak żarty z wojny światowej.

Niewidzialny przyjaciel

Akcja przenosi się do III Rzeszy chylącej się ku upadkowi. Dziesięcioletni Jojo wychowywany przez samotną matkę, pogrążony jest w fascynacji nazistowskimi wartościami. W tej obsesji towarzyszy mu wyimaginowany przyjaciel, sam Adolf Hitler. Będący ciepłą, trochę niezdarną wersją samego siebie. Oczami uroczego chłopca poznajemy świat skażony morderczą propagandą. To wizja przepuszczona przez groteskowy, zabawny filtr charakterystyczny dla filmów Watitiego. Fanatyzm w tej rzeczywistości zdaje się czymś tak głupim, że aż śmiesznym, a ludzie kierujący się wartościami narodowego socjalizmu wydają się bandą idiotów.

Nowozelandczyk z premedytacją buduje lekką, przyjemną atmosferę, gdzie fajtłapowaty Hitler rozbawia niejednego widza, by momentalnie zmienić ton opowieści, brutalnie obnażając prawdę o wojnie. Nie stara się również moralizować, czy pouczać. Przewrotnie konfrontuje świat nazistowskiej ideologii z rzeczywistością. Wojna zostaje obdarta z całego patosu i klimatu zachwytu nad bohaterską śmiercią (np. byciem rozjechanym przez czołg lub zmiażdżonym przez sufit). Bez motywu walki o wyższe wartości, staje się dość bezsensowny zdarzeniem, podczas którego nawet małe dzieci i staruszkowie są zmuszeni, by chwycić za Panzerfausta. Jojo Rabbit naśmiewa się z tego szaleństwa, obnażając bezsensowność zbrojnych konfliktów i ideologii każących nienawidzić innych.

Świetna gra

Nie byłoby jednak tej opowieści bez świetnych kreacji aktorskich. Przede wszystkim dziecięcych ról emanujących młodzieńczą beztroską i niewinnością. Na barkach Romana Griffisa Davidsa, Thomasin McKenzi i Archiego Yatesa spoczął ciężar nieustannego balansowania po cienkiej granicy między komedią, a tragedią. Całość uzupełnia doskonały drugi plan wypełniony takimi aktorami jak Scarlett Johansson i Sam Rockwell oraz popularnymi komikami. Oczywiście nie można zapomnieć o kreacji Taikiego. Jako pierwszy w historii, nowozelandzki Hitler bezczelnie ośmiesza wizerunek Führera, robiąc z niego tchórzliwego despotę podniecającego się możliwością omotania umysłu małego dziecka.

Warto, a nawet trzeba

Czy wypada żartować z nazizmu, ludzi owładniętych majakami o czystej rasie i prymatem jednego człowieka nad drugim? Jojo Rabbit udowadnia, że nie tylko wypada, ale nawet trzeba. W XXI wieku musimy wciąż przypominać o mrocznej stronie ludzkiej natury, która tak łatwo potrafi poprowadzić do zagłady milionów. Taika Watiti robi to z wdziękiem, odnajdując błyskotliwą ścieżkę komunikacji z masowym odbiorcą, co rusz ukrywając w żartach życiowe prawdy, niechcący wkroczył do świata legend kinematografii, tworząc film dobry, a może nawet kultowy.

Kamil Giedrys
Kamil Giedrys
Miłośnik komiksów, sztuki nowoczesnej i mieszanych sztuk walki, a w sekrecie prawnik. Uważa, że jeden obraz wart jest więcej niż 1000 słów, a gdy dodamy do niego dymek z tekstem to nawet 1005.

Postawił sobie za punkt honoru promowanie sztuki komiksowej, więc bądźcie tak mili i sięgnijcie po jeden.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.