Skandale w rodzinie hiszpańskiej

Sussexowie nie byli pierwsi – ukochany król Hiszpanów też odszedł w niesławie
21 minut czytania
230
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
23 stycznia 2020
Reklamy

Wyobraźcie sobie dziesięciolatka, którego rodzice oddają pod opiekę dyktatorowi, który pragnie wychować sobie posłusznego następcę. Opuszczając rodzinny dom chłopiec pobiera od ojca ostatnią lekcję: ma udawać mało rozgarniętego i pozbawionego krytycznego myślenia, by uśpić czujność wrogiego otoczenia. Chłopiec doskonale wywiązuje się z roli, której mógłby nie podołać niejeden dorosły. W 1975 r. zostaje królem Hiszpanii. Choć przez lata jest uwielbiany przez poddanych, to skutecznie nadużywa ich cierpliwości i w 2014 r. odchodzi w niesławie. Poznajcie historię Juana Carlosa.

„Więc brytyjska monarcha przeżywa trudne czasy i nie wiadomo, czy suchą nogą wyjdzie ze skandalu, jaki zgotował najpierw książę Andrzej, a później para Harry i Meghan? Taki skandal w rodzinie królewskiej – to żaden skandal” – tak o tym wszystkim, co dzieje się wokół Windsorów myśleć mogą Hiszpanie. Bo kto jak kto, ale wylęgarnią królewskich skandali była w ostatnich właśnie latach monarchia hiszpańska.

Gdyby tylko król Juan Carlos wiedział, jakim skandalem zakończy się wyjazd do Botswany, nawet by nie spojrzał na mapę przedstawiającą tę część Afryki. Ale stało się: w 2012 r. 74-letni monarcha poleciał polować na słonie i spotkało go nieszczęście: upadł i złamał sobie biodro. Konieczne było natychmiastowe przetransportowanie go do Madrytu, gdzie wszczepiono mu protezę stawu biodrowego. Zabieg się udał, ale przed opinią publiczną nie dało się zataić, że król kilka dni spędził za granicą na nietanim wyjeździe. Samo pozwolenie na zastrzelenie słonia kosztowało 20 tys. dolarów.

Obłudy nie darujemy

Być może w innych okolicznościach królewska eskapada nie zostałaby przez Hiszpanów w żaden sposób skomentowana, ale w 2012 r. kraj czołgał się po ziemi zmęczony trwającym od czterech lat kryzysem gospodarczym. Tysiące ludzi traciły mieszkania kupione za kredyty, których nie potrafili spłacić. Co drugi młody Hiszpan nie miał pracy, a ci, którzy jeszcze ją mieli, też nie znali dnia ani godziny. Przed wyjazdem do Botswany król najpierw ze łzami w oczach wyznał, że z powodu wysokiego bezrobocia nie może spać po nocach, a wezwał też Hiszpanów do zaciskania pasa.

Po czym wyjechał na kosztowne wakacje. Złość Hiszpanów wynikała nie tylko z wydanych pieniędzy – wszak wiadomo, że wielkim tego świata wolno odrobinę więcej. Hiszpanom nie w smak było królewskie zamiłowanie do polowań – krytykowali je zwłaszcza po tym, jak w 2006 r. Juan Carlos zastrzelił w Rosji niedźwiedzia, którego, jak głoszą plotki, wcześniej specjalnie na tę okazję upito miodem z wódką, żeby nie uciekł. W 2004 r. naraził się obrońcom zwierząt, gdy ustrzelił dziewięć niedźwiedzi w rumuńskich Karpatach. „Tylko Ceausescu robił podobne rzeczy. Żaden moralny myśliwy na tym świecie nie zabija więcej niż jednego niedźwiedzia” – oburzali się ekolodzy. Rok przedtem Juan Carlos ustrzelił potężnego żubra w Polsce (za 7 tys. dolarów). A rok wcześniej monarcha polował w Puszczy Boreckiej razem z ówczesnym szefem dyplomacji Włodzimierzem Cimoszewiczem. Polskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami uznało wydanie zgody na to polowanie za skandal.

Bo jakby tego było mało, zwierzęta ginęły z rąk człowieka, który przez lata pełnił funkcję Honorowego Prezydenta hiszpańskiego oddziału WWF.

Analizując „botswańską eskapadę” dziennikarze ujawnili coś jeszcze bardziej gorszącego: królowi towarzyszyła nie żona, lecz kochanka Corinna zu Sayn-Wittgenstein. Wprawdzie tajemnicą poliszynela było, że małżonkowie od lat pozostają w separacji, a król od dziesięcioleci znajduje pocieszenie w ramionach innych kobiet, lecz tym razem Hiszpanie uznali, że to o jeden most za daleko.

Gdy pomimo upływu dni medialny huragan nie cichł, król zdecydował się na krok bezprecedensowy: w wystąpieniu telewizyjnym przeprosił za swoje zachowanie i obiecał, że to się więcej nie powtórzy. Przeprosiny były ogólnikowe i nie wielu odbiorców uznało je za działanie PR-owe, a nie wynik osobistych przemyśleń, niemniej król osiągnął cel: uniknął rozpoczęcia debaty na temat zasadności utrzymywania monarchii. Bo o ile Brytyjczycy – niezależnie od wyrażanego niekiedy rozczarowania tą forma ustrojową – tak naprawdę nie dopuszczają myśli o rezygnacji z niej, to dla Hiszpanów monarchia wcale nie jest czymś naturalnym. Urodzeni przed 1975 r. doskonale pamiętają swój kraj w innej formule.

Królewski wychowanek generała Franco

Jakkolwiek dziwnie to brzmi, swój udział w tym, że Hiszpania jest monarchia, miał generał Francisco Franco. Na początku lat 30. ubiegłego wieku, gdy w Hiszpanii władze przejęli zwolennicy republiki, rodzina królewska uciekła do Włoch. Juan Carlos przyszedł na świat już na wygnaniu w 1938 r., a więc dwa lata po tym, jak w Hiszpanii rozpoczęła się jedna z najbardziej krwawych wojen w nowożytnej historii świata. Choć w konflikcie klęskę ponieśli republikanie, Burbonowie nadal nie byli mile widziani, gdyż do władzy doszedł rządzący twardą ręką gen. Franco, któremu daleko było do sentymentu za królestwem.

Franco zdał sobie sprawę, że potrzebuje kogoś, kto po jego śmierci kontynuować będzie jego linię polityczną. A nie ma lepszego następcy od tego, którego sami sobie wychowamy. I to najlepiej od dziecka.

Pomyślał o dziesięcioletnim Juanie Carlosie, wnuku wygnanego przed kilkoma laty Alfonsa XIII. Wprawdzie do roli kontynuatora Franco mógłby powołać syna wygnanego króla, hrabiego Barcelony Juana de Borbón y Battenberg, ale po pierwsze był on liberałem – dla Franco nie do zaakceptowania, a ponadto wiadomo, że znacznie łatwiej uformować na swoje podobieństwo dziecko niż dorosłego. Caudillo złożył się ojcu chłopca szatańską wręcz propozycję: korona za syna.

W zamian za obietnicę, że po śmierci Franco chłopiec zasiądzie na tronie, Juan Carlos miał zostać przysłany do Madrytu – bez żadnego dorosłego opiekuna – odseparowany i poddany wychowaniu w duchu frankizmu, pod okiem samego Caudillo (tym mianem w krajach hiszpańskojęzycznych określa się przywódcę politycznego, z reguły wywodzącego się z kręgów wojskowych).

Pewnie żaden rodzic nie wyobraża sobie, że miałby oddać dziecko obcemu człowiekowi, który znany jest ze swego okrucieństwa. Nie oceniajmy jednak Juana de Borbón, bo decydując się na układ z Franco działał nie jak ojciec, lecz polityk, który uwierzył, że będzie to korzystne dla narodu. Niezależnie od dobrych intencji jego syn przyznał po latach, że dzień, w którym wsiadł do pociągu na peronie lizbońskiego dworca i pożegnał się z rodziną był najgorszym dniem w jego życiu.

Przez lata Juan Carlos usypiał czujność Franco

Był rok 1948. Chłopiec zamieszkał w las Jarillas, rezydencji położonej 17 km od Madrytu. Źle znosił rozłąkę z rodzicami. Wkrótce po przyjeździe ciężko zachorował i lekarze nie mieli wątpliwości, że jest to spowodowane również silnym stresem. Ale odwrotu nie było i przez kilkanaście kolejnych lat Juan Carlos grał tak, jak kazał mu Franco.

Chodził do szkoły, która specjalnie dla niego zaprojektował generał. Na szczęście nie został skazany na nauczanie indywidualne, bo Caudillo osobiście wybrał nauczycieli i kilkunastu uczniów tej przedziwnej klasy. W jej skład weszli przede wszystkim chłopcy z wyższej klasy średniej, ale było w niej też kilku potomków arystokratów.

Wprawdzie rezydencja las Jarillas była w rzeczywistości złota klatką, obecni w niej dorośli starali się stworzyć Juanowi Carlosowi możliwie najlepsze warunki. Po latach wspominał, że uczyli go bardzo dobrzy, empatyczni nauczyciele, a opiekunowie i służba otaczali go troską.

Juan Carlos, choć nieszczęśliwy, to jednak prawidłowo wykonywał narzucone mu zadanie. Za radą ojca, który podpowiedział mu, by w obecności generała Franco powstrzymywał się od formułowania własnych myśli, przez lata odgrywał rolę średnio rozgarniętego, pozbawionego krytycznego myślenia chłopaka. Uśpił tym samym czujność Franco i pozwolił otoczeniu myśleć, że jest bezwolną „paprotką”. Bardzo dobrze się uczył, ukończył studia na kierunkach prawo i ekonomia, odbył służbę wojskową w marynarce wojennej, siłach lądowych i lotnictwie, ale i tak pozwolił otoczeniu przypuszczać, że po śmierci Franco będzie ślepo wykonywał pozostawione przez niego wytyczne.

Jakże wszystkich zmylił!

– Przez lata musiałem udawać idiotę, co nie jest łatwe – powiedział po latach, gdy nic już go nie krępowało.

Miłość małżeńska szybko wygasła

Pojawiał się na frankistowskich świętach, fetował sukcesy Franco, nigdy publicznie nie wspominał o swoim pochodzeniu. Zresztą nie było po co – Hiszpanie zdążyli już zapomnieć, że ich kraj przez wieki był monarchią i starali się nie patrzeć w przeszłość, bo to niechybnie kończyło się wspomnieniem czteroletniej wojny, w trakcie której życie straciło około pół miliona ludzi.

Odmianą w życiu Juana Carlosa był początek związku z Sophią von Schleswig-Holstein-Sönderborg, córką greckiej pary królewskiej. Pobrali się w 1962 r. Oboje mieli po 24 lata. Długie nazwisko królowej Zofii trudno zapamiętać (powyżej i tak zapisałam je w skróconej formie) – od lat nazywana jest po prostu „Zofią Grecką” lub „Zofią z Grecji i Danii”.

Przez kolejne lata Juan Carlos pracował i uczył się, ale nie odgrywał żadnej politycznej roli. Zapowiedzią tego, że kiedyś się to zmieni był dekret, który Franco wydał w 1967 r., gdy uznał, że już czas zacząć porządkować sprawy na okoliczność śmierci. Zadecydował w nim, że „Juan Carlos jest powołany do tego, aby pewnego dnia zastąpić mnie z tytułem królewskim”.

Generał Franco zmarł 20 listopada 1975 r. Dwa dni później hiszpański parlament proklamował mianowanie Juana Carlosa królem.

Niedługo po tym miało się okazać, że cichy na pozór król jest trzeźwo myślącym, pewnym siebie graczem, który zachowuje zimna krew w sytuacjach kryzysowych. Korzystając z tego, że Franco wyraźnie podupadał na zdrowiu, a struktury państwa zostały bez jego silnej ręki osłabione, król Maroka Hassan II zorganizował tak zwany „zielony marsz”. 300 tysięcy Marokańczyków, w znacznej części kobiet i dzieci, weszło na teren kontrolowanej przez Hiszpanię Sahary Hiszpańskiej (dziś Sahary Zachodniej). Gdyby żołnierze hiszpańscy, broniąc praw Madrytu do Sahary, strzelali do cywilów, wybuchłby międzynarodowy skandal i Hiszpania nijak nie mogłaby się bronić. Juan Carlos niemal natychmiast zasiadł za sterami swego samolotu, by przekonać skłonną do konfrontacji z Hassanem II administrację kolonialną i tamtejsze garnizony, że z marokańskimi cywilami nie wolno im walczyć. Ministrowie byli przeciwni tej akcji, ale zakończyła się sukcesem – dwa tygodnie później zawarto tzw. umowy madryckie, które były pierwszym krokiem do przekazania Maroku dawnych saharyjskich posiadłości Hiszpanii.

A 1979 posed picture of Spain’s Royal Family. From left to right: Infanta Elena, King Juan Carlos I, Infanta Christina, Queen Sofia and Crown Prince Felipe. (AP-PHOTO/HO)

„Dlaczego się nie zamkniesz” i wielki hiszpański skok

I tu na chwilę wybiegniemy w przyszłość. Szczyt ibero-amerykański w 2007 r. nie zapisałby się żaden szczególny sposób w historii, gdyby nie gest Juana Carlosa, który przypomniał, że król wciąż jeszcze potrafi uderzyć ręką w stół. Wypowiedział słowa, które momentalnie stały się w krajach hiszpańskojęzycznych odzywką, weszły do codziennego języka, znalazły się na koszulkach i w tekstach piosenek. To żyjące własnym życiem „¿Por qué no te callas?”, czyli „dlaczego się nie zamkniesz?”, skierowane do nieżyjącego od kilku lat prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza, który na oficjalnej debacie nieustannie wchodził w słowo hiszpańskiemu premierowi Jose Maria Aznarowi. Wygadany na co dzień Chavez zaniemówił – podobnie jak sala. Skandalu dyplomatycznego z tego powodu nie było, a Hiszpanie ponownie poczuli dumę ze swego króla

Tymczasem wróćmy do niełatwych lat zaraz po śmierci Franco. Każdy niedowiarek, który miał Juana Carlosa za ślepego frankistę, musiał przyznać, że się mylił. Król aktywnie przystąpił do demontażu reżimowych instytucji i, we współpracy z rządem, do unowocześniania skostniałego państwa, które przez lata wyraźnie nie dotrzymywało tempa Francji czy Wielkiej Brytanii. Ku zaskoczeniu wszystkich – a pewnie przede wszystkim samych Hiszpanów – wkrótce Hiszpania nadrobiła dystans i stała się krajem świetnie prosperującym: z wysokim poziomem życia, przyciągającym inwestorów, z niezwykle rozwiniętą siecią autostrad i szybkich kolei.

To wszystko jednak wątki na inną opowieść.

Z zięciem król nie wychodzi dobrze nawet na zdjęciach

Król mógłby do końca życia prowadzić wygodne życie lub w chwale odsunąć się z czasem w cień, ale tak się nie stało. Hiszpanie wspominają go przez pryzmat skandali – i to nie tylko tego z Botswany. W 2006 r. wyszło na jaw, że królewski zięć Inaki Urdangarin zdefraudował kilka milionów euro za pośrednictwem prowadzonej przez siebie fundacji. W proceder zamieszana była córka króla oraz niestety – również Juan Carlos. Śledczy bez większego trudu wykazali, że nie tylko wiedział on o przekrętach zięcia, ale też go krył.

Sprawa trafiła do sądu, stając się tym samym pierwszą, w której członek rodziny królewskiej zasiadł na ławie oskarżonych. Nie tylko w Hiszpanii, ale w Europie.

Za kradzież pieniędzy publicznych, fałszerstwa i oszustwa podatkowe Urdangarin został w 2017 r. skazany na karę sześciu lat pozbawienia wolności.

Królewska córka i żona Urdangarina, Cristina, uniknęła skazania, gdyż nie dowiedziono, by brała udział w przestępstwach męża lub o nich wiedziała, choć – owszem – korzystała z jego lewych dochodów. Cristina musi jedynie zwrócić pół miliona euro i zapłacić 250 tys. euro grzywny fiskusowi.

Wprawdzie Juan Carlos nie poniósł konsekwencji prawnych, lecz jego autorytet monarchy runął bezpowrotnie. W zlecanych chętnie w tamtym okresie przez różne media sondażach poparcia Hiszpanie gremialnie wskazywali, że są przeciwni utrzymywaniu ustroju monarchicznego w swoim kraju. By ratować prestiż monarchii, w 2014 r. Juan Carlos zdecydował się na krok radykalny – abdykował na rzecz swego syna Filipa. Od kilku lat Filip V odbudowuje dobre imię monarchii, a siostrę i szwagra trzyma daleko od dworu.

Juan Carlos nie może liczyć na spokój na emeryturze, bo jak bumerang powracają echa danych wydarzeń. Dawna kochanka Corinna zu Sayn-Wittgenstein w 2018 r. oskarżyła byłego króla o to, że wykorzystał ją jako słup do prania pieniędzy, gdyż kilkanaście cennych nieruchomości – należących w rzeczywistości do monarchy – zostało formalnie zapisanych na jej nazwisko. Tak, to ta nie niemiecka księżniczka, która towarzyszyła mu w nieszczęsnej wyprawie do Botswany. Na światło dzienne wypłynęła też inna niekorzystna dla Juana Carlosa tajemnica, a mianowicie o wartym kilka milionów euro spadku, który dostał od ojca, a od którego nie zapłacił podatku. Opinia publiczna prawdopodobnie nigdy nie dowie się już, czy obowiązek został wykonany, gdyż organy skarbowe przechowują dokumenty przez 20 lat.

A gdyby tak odwrócić opowieść?

Podsumowując: mamy złego, rozkapryszonego, ulegającego pokusom króla, który, choć dojrzały wiekiem, nie umie myśleć o konsekwencjach? To by było zbyt proste. Odwróćmy sytuację: oto mamy dziesięcioletniego chłopca, którego w imię politycznego „wyższego celu” rodzice oddają na wychowanie obcemu człowiekowi. Chłopiec na wiele lat traci kontakt z najbliższymi, jeśli nie liczyć listów, które prewencyjnie cenzurowane są podobno przez samego Franco. Ten chłopiec, później nastolatek, musi ukrywać swoje prawdziwe myśli i udawać kogoś, kim nie jest, by przeciwnicy polityczni nie mogli go rozgryźć. Jest nieustannie obserwowany, wręcz inwigilowany. Nie może sobie pozwolić na słabość.

Dopiero jako trzydziestoparoletni mężczyzna może zacząć o sobie decydować; okazuje się też, że jest sprawnym organizatorem i strategiem, który do tego na samym początku rządów zapobiega rozlewowi krwi.

Mijają lata i ten sam człowiek nie ma już wątpliwości, że życie coraz szybciej umyka, a on wciąż nie doświadczył swobody i beztroski. Wspominał zresztą czasem w wywiadach, że dzieciństwo i nastoletnie lata odebrał mu siłą Franco. Stąd ten spóźniony okres buntu – podróże, luksusowe zakupy, zdrady (które z moralnego punktu widzenia są złe, ale przecież, brutalnie mówiąc, zdarzają się i u nas pod niejedną strzechą).

Czy jeśli tak postawimy sprawę, żywimy więcej sympatii wobec 82-letniego monarchy? Takiego właśnie szerokiego spojrzenia mogę życzyć wszystkim, którym osoba Harry’ego i Meghan nadmiernie podnosi ciśnienie. Pamiętajmy, że każdy ma swoją historię.

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.