365 dni – jednym z najbardziej szkodliwych filmów ostatnich lat

7 minut czytania
3887
0
Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
14 lutego 2020

Powieść Blanki Lipińskiej pod tytułem „365 dni” szturmem zawojowała polski rynek wydawniczy. Szybko została przez niektórych ochrzczona „polskim Greyem”. I choć zgodzę się, że poziom jakości obu powieści jest zgoła podobny, o tyle różnią się pod względem przedstawienia spraw łóżkowych.

W Greyu mamy do czynienia z układem BDSM, nieco wprawdzie toksycznym, ale neutralnym moralnie. Z kolei „365 dni” opowiada o tym, że gwałt jest spoko. Pozwolę sobie tu przytoczyć fragment wywiadu z autorką, który znakomicie obrazuje, z czym mamy do czynienia:

– Ja tam żadnego gwałtu nie widzę, chociaż szukałam wnikliwie – odpowiedziała Lipińska.
– Stewardesa zostaje zmuszona do seksu oralnego. To gwałt – tłumaczy pisarce dziennikarka.
– Dla jednych kobiet to jest gwałt, feministki bardzo głośno krzyczały na ten temat. Dla innych kobiet to bardzo fajny seks oralny – stwierdziła w odpowiedzi Lipińska.

Sama autorka uznaje się za prekursorkę rewolucji seksualnej w Polsce. Za taką Michalinę Wisłocką naszych czasów. To absolutnie obrzydliwe. Lipińska nie widzi nic złego w gwałcie, ba, uważa, że w wielu sytuacjach jest to bardzo pożądane przez kobiety. To nie ma nic wspólnego z rewolucją seksualną. Obrazuje bardziej porażkę, jaką poniósł polski rynek wydawniczy, promując tak szkodliwą postawę.

Jasne, że wiele kobiet fantazjuje na ten temat. Ale jest różnica pomiędzy odegraniem sceny gwałtu z zaufanym partnerem, a faktyczną krzywdą doznaną ze strony nieznanego człowieka. Nie ma nic złego w spełnianiu fantazji, byle żeby odbywało się to bez żadnych szkód na psychice, w przyzwoitych warunkach – tego niestety „prawdziwy” gwałt w żaden sposób nie oferuje.

Wraz z premierą filmu na podstawie powieści Lipińskiej wiele osób zaczęło szum, że rewolucja seksualna odbywa się na naszych oczach i że film może nie podobać się tylko zacofanym ludziom z prowincji (zasłyszane, autentyczne stwierdzenie). Otóż… to nie do końca tak.

Pomijam aspekty techniczne tego filmu, bo to samo w sobie nie jest ani bulwersujące, ani zaskakujące. Jest tragiczny pod względem montażu, otoczki audiowizualnej oraz scenariusza i to tyle, co warto o nim napisać. Głęboko gdzieś mam aspekty techniczne. Niesamowicie za to bulwersuje mnie szkodliwość społeczna tego dzieła. Gwałty, przemoc seksualna i psychiczna są tutaj skrajnie romantyzowane, przedstawione jako coś bardzo przyjemnego. Twórcy zasłaniają się tekstami o tym, że to przecież fantazje kobiet i że nie ma w tym nic złego.

Jasne, że nie każdy po obejrzeniu filmu wróci do domu i zgwałci swoją żonę, bo ona „tego przecież chce”. Problem polega na tym, że wszelkie akcje w rodzaju #metoo i wszelkie inne działania mające na celu walkę z kulturą gwałtu biorą w łeb przez to, co widzimy na ekranach kin i kupujemy w księgarniach. Społeczne przyzwolenie na gwałt i uświadamianie ludziom, że jest w porządku, jest obrzydliwe. Mamy do czynienia z jednym z najbardziej szkodliwych filmów ostatnich lat, który niczym mur wyrasta na drodze uświadamiania ludzi w zakresie seksualności. Autorka nie jest prekursorką edukacji seksualnej, jest za to osobą, która ową edukację skutecznie sabotuje.

Kuba Łaszkiewicz
Kuba Łaszkiewicz
Autor dwóch powieści młodzieżowych ("Kalesony Sokratesa" i "Wszystkie dziewczyny Wertera"), początkujący stand-uper, fan Pink Floyd, licealista.
AUTOR

Polecamy

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.